„Dwie kobiety”. Hanna Dikta.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Data premiery 28.05.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Dwie kobiety” już okładką zapowiadają klimat tej opowieści. Nie będzie to lukrowana opowiastka o pani, która jest na życiowym zakręcie , wyjeżdża w góry i tam realizuje się na nowo przy wspomożeniu nowych przyjaciół. Nie nie, nic bardziej mylnego. Ta opowieść ma w sobie bardzo dużo prawdy życiowej a niekoniecznie fikcji literackiej.
Nieświadomie „zafundowałam” sobie niesamowicie ciężką lekturę. Z powodu tematu, który odgrywa ważną rolę w „Dwóch kobietach”. Jednak pomimo tego nie żałuję , że po nią sięgnęłam. Książka ta jest z pewnością jedną z lepszych jakie czytałam w tym roku a na pewno jedną z najbardziej poruszających w ogóle książek, jakie czytałam.

Ewa to była pracownica uniwersytetu, która zostawia męża Adama i pracę i wynosi się na Dolny Śląsk , do miejscowości Glinka, gdzie trafia do pracy w pensjonacie prowadzonym przez Bognę. Bogna to prawie pięćdziesięcioletnia kobieta od kilku lat wdowa. Prowadzi pensjonat odwiedzany głównie przez osoby starsze. To też pasuje Ewie, która trafia do Glinki wyraźnie naznaczona jakąś traumą, wydarzeniem, o którym stopniowo się dowiemy aczkolwiek wraz z rozwojem akcji zaczynamy domyślać się jakie zło przytrafiło się w życiu Ewy i Adama.
Ewa zadowolona jest też z faktu, że sama gospodyni nie ma we wsi przyjaciół. Bognę odwiedza jedynie zaprzyjaźniony z nią bardzo ksiądz Marek, co stanowi ciekawostkę bo kobieta jest raczej niewierząca i czasem do pensjonatu zostaje oddana pod opiekę na krótki czas Marysia, czteroletnia córeczka sąsiadów Bogny, Kulów. Kulowie mają swoje dramaty, Zofia, matka rodziny poważnie choruje.

Chociaż wydaje się, że bohaterów jest całkiem sporo to jednak nie ma tu postaci, która byłaby zbędna. Każdy odegra swoją rolę , większą bądź mniejszą, w wydarzeniach, które będą miały miejsce.

„Dwie kobiety” to bardzo dobrze napisana książka. Bardzo dobry jest jej styl ale również polszczyzna. Hanna Dikta to poetka i w tej książce widać, przynajmniej według mnie, jej poetycki warsztat ale to dobrze bo wśród zdań zdarza się bardzo dużo pojedynczych mądrych i przejmujących zdań – stwierdzeń, które czytelnik ma potrzebę wypisać sobie i zostawić w pamięci.

Ja osobiście zachwyciłam się, zdaniem nie, to złe słowo tym bardziej, że bardzo wiem o co chodzi i wciąż to odczuwam pomimo upływu lat, a mianowicie , cytuję „(…) Cierpienie nie ma względu na czas. (…) I nigdy nie odejdzie”. A w innym miejscu „(…) W takie dni ludzie po prostu żyją, nie myślą o śmierci. Z wyjątkiem tych, którzy myślą o niej stale”.

Bardzo prawdziwie i bez przekłamania udało się autorce oddać to, co czuje ktoś w pewnej traumatycznej sytuacji, która zaznacza go na resztę jego życia. Ba, stygmatyzuje względem otoczenia na zawsze. Widać, że autorka ma świadomość tego, o czym pisze, ba, że po prostu pewnych spraw mogła doświadczyć. Rewelacyjnie odmalowane są wzajemne relacje bohaterów książki, łączące ich na zawsze a wręcz być może wpływające na postępowanie i podejmowane przez nich decyzje.

Autorka w niesamowicie piękny i mądry sposób napisała książkę o rzeczach smutnych, przerażających ale i pięknych i dobrych. Nie ma tu według mnie zbędnego zdania, wydarzenia, postaci. Jest życie, które jak już wielokrotnie pisałam w swoich własnych wpisach, nie zawsze układa się jakbyśmy tego chcieli a los potrafi być przewrotny i zanim zrzuci na nas niewyobrażalny ciężar naprawdę nie stuka do drzwi i nie pyta „Czy mogę? A może nie jesteś na to gotowy? Mam pójść do kogoś innego?”.
W końcu, jak padło w „Dwóch kobietach” , „(…) wszystko, co ważne, przełomowe w życiu, dzieje się w ciągu chwili nie dłuższej niż pstryknięcie palców”. A kiedy coś już się wydarzy, nie mamy na to często wpływu lub, jak pisze Dikta „(…) nie ma jakiegoś cholernego punktu zero, do którego można tak po prostu powrócić i zacząć od nowa”.

„Dwie kobiety” to wspaniała książka o życiu po traumie, o życiu, w którym wydaje się, że nie będzie już drugiego życia (znam to poczucie podziału na życie „przed” i drugie życie, które zaczęło się „po”) i o tym jak pomału, powolutku można jednak zacząć podnosić się z niewyobrażalnego smutku i nieporadnie ale jednak stawać na nogi.

Myślę, że tę książkę w mnogości innych można łatwo przegapić. W końcu nie kusi różem, pięknym dworkiem , kwitnącym drzewkiem czy wizerunkiem jak ja to określam „ślicznej pani” na okładce. Nazwisko autorki też nie jest wciąż jakoś bardzo promowane. Tym bardziej więc zwracam Waszą uwagę na ten tytuł i naprawdę szczerze ją Wam polecam pomimo, że jak pisałam, nie jest to wesoła książka i porusza naprawdę ciężkie tematy.

Moja ocena to 6 / 6.

„Wspaniała Gilly”. Katherine Paterson.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Alicja Skarbińska.

Tytuł oryginalny The Great Gilly Hopkins.

Nie do końca rozumiem klucz doboru autorów, których książki ukazują się na naszym rynku wydawniczym. W przypadku bowiem tej autorki fakt ukazania się na naszym rynku wydawniczym jedynie dwóch jej książek („Mostu do Terabithii” i tej, o której dzisiaj piszę), dodajmy bardzo dobrych książek, jest dla mnie faktem zupełnie niezrozumiałym. Katherine Paterson w niesamowity sposób pisze książki dla czytelnika niby to młodszego ale zdecydowanie dla każdego. Porusza przy tym zawsze tematy nielekkie, niepopularne, a na pewno nie będące takimi w czasach gdy autorka je pisała a jednocześnie jej proza adresowana do starszych dzieci nie sprawia wrażenia nieustającego pasma nieszczęść i przygnębienia. Wszystko jest tu starannie wyważone i odmierzone tak , że całość stanowi bardzo dobrze napisaną książkę, którą czyta się świetnie a jednocześnie chce się ją polecać innym.

„Wspaniała Gilly” opowiada o jedenastolatce, którą matka oddała w wieku trzech lat opiece społecznej licząc na to, że „system” coś z dzieckiem zrobi. System owszem, rozpoczął procedury umieszczania dziewczynki w rodzinach zastępczych ale coś najwyraźniej poszło nie tak gdyż to tak naprawdę bardzo wrażliwe i samotne dziecko przenoszone jest z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nie dziwi więc, że Galadriel Hopkins traktowana tak przedmiotowo wypracowuje w sobie coś na kształt pancerza ochronnego przed światem i ludźmi aby zwyczajnie nie dać się kolejny raz złamać i doświadczyć rozczarowania. Aż do dnia kiedy Gilly trafia do domu prowadzonego przez zastępczą mamę, Maime Trotter. Pani Trotter sprawuje opiekę nad jeszcze jednym wrażliwcem, małym Williamem Ernestem a również przyjaźni się z niewidzącym Afromaerykaninem , panem Randolphem. Z początku nieufna a nawet lekko agresywna Gilly da się jednak poznać jako dziecko dobre i wrażliwe a jedynie naznaczone swoim cierpieniem i wynikającą z kolejnych doświadczeń nieufnością w stosunku do innych . Z czasem jednak wszystko powolutku zacznie się zmieniać.

„Wspaniała Gilly” to opowieść o tym, że nic nie jest czarno białe. Że patrząc na kogoś z boku nie powinniśmy nigdy ferować wyroków czy głosić opinii na temat kogoś dopóki nie znamy jego historii. To wreszcie pięknie napisana opowieść bez łzawości i niepotrzebnej łopatologii ani bez uczuciowego manipulowania czytelnikiem. Opowieść o rzeczach a raczej sprawach najistotniejszych w życiu każdego człowieka, o miłości, rodzinie, poczuciu więzi i korzeniach, które mogą ale nie muszą nas determinować.

Czytajcie prozę Katherine Paterson bo warto!

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Cisza między dźwiękami”. Karolina Wilczyńska.

Cykl „Stacja Jagodno”. Dziewiąta część.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

Jak pamiętacie, dopiero co skończyłam poprzednią część serii „Stacja Jagodno” czyli „W obiektywie wspomnień”. „”Cisza między dźwiękami” jest kontynuacją cyklu ale i tradycyjnie losów starych i nowszych bohaterów. 
Tym razem większość książki opowiada o Tamarze i Łukaszu po narodzinach dziecka a konkretnie skupia się na stanie i uczuciach Tamary i jej relacjach z nadopiekuńczą rodziną. Tamarze nie jest lekko, czasem ma wrażenie, że nie ma żadnego wpływu na wychowywanie młodszej córki. Oprócz tego autorka pozwoli nam poznać dalsze losy Lei, projektantki biżuterii, która wreszcie zrozumie, czego tak naprawdę jednak jej przez całe życie brakowało. Również poznana nam w „W obiektywie wspomnień” Agata, żona fotografa Huberta doczekała się w tej części rozwinięcia wątku jej losów. Dowiemy się też czegoś więcej o losach Beaty, młodej dziewczyny, która w tej części mieszka u babci Róży i jest jej pomocą.

Cykl „Stacja Jagodno” czyta mi się nierówno. Są części, które podobają mi się bardziej i te, które podobają mi się mniej. Ta podobała mi się mniej. Odczuwałam wręcz lekką irytację nagromadzeniem wątków z problemami, które rozwiązywały się samoistnie i idealnie. Owszem, pamiętam własną irytację nad około świąteczną książką Karoliny Wilczyńskiej , w której z kolei nastąpiło nagromadzenie nieszczęść i zła ale tu z kolei odczułam przesadę w drugą stronę, jak dla mnie podczas lektury odczułam aż nadmiar lukru. Niestety, w życiu aż tak pięknie nie jest co też nie oznacza, że musi być od razu dramatycznie. Najczęściej jest jakoś ” po środku”. Ta część pozostawiła u mnie jednak rozczarowanie. Może następna sprawi, że zmieni się to odczucie?

Sytuację „ratował” wątek Tamary i nadopiekuńczej rodzinki. Szczerze mówiąc był moment gdy wręcz wyczekiwałam, że autorka w tej części zajmie się problemem depresji poporodowej, co stanowiłoby zapewne wyjątek mimo wszystko wśród naszej prozy (wiem, że temat jest poruszany ale podejrzewam,że jednak w niewielkim procencie). Szkoda, że skończyło się jedynie na apetycie, jaki nabrałam czytając początek książki. Mimo wszystko sam motyw wtrącających się do wszystkiego bliskich, którym oczywiście wydawało się, że wszystko wiedzą lepiej od matki wydał mi się ciekawy chociaż, jak mówię, nieco niewykorzystany. 

Tym razem moja ocena książki to jedynie 4 / 6. 

„W obiektywie wspomnień”. Karolina Wilczyńska

Cykl „Stacja Jagodno”.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

To już ósma część cyklu „Stacja Jagodno”, po którą sięgnęłam zmobilizowana faktem, że właśnie ukazał się tom dziewiąty tej serii.

„W obiektywie wspomnień” nie jest zaskoczeniem dla wiernych miłośników cyklu czyli wciąż poznajemy losy znanych nam już z poprzednich części bohaterów , Tamary, Marysi, Łukasza , Ewy, Adama, Zofii, Jadwigi, Kaśki, Małgorzaty ale i tradycyjnie w tym tomie pojawia się i kontynuacja losów kogoś „poznanego” w poprzednim tomie jak Lea jak i pojawiają się zupełnie nowi bohaterowie, w tym przypadku fotograf Hubert.

Fotografie to ważny element tej części „Stacji Jagodno”. Po pierwsze, wreszcie dowiemy się dlaczego pewna stara fotografia tak zaniepokoi mamę Kaśki, panią Zofię. Czy w przeszłości w jej życiu wydarzyło się coś, co powoduje, że nie chce rozmawiać o dziewczynie z fotografii? Ta tajemnica zostanie nam wreszcie wyjaśniona.

Inne ważne zdjęcia to fotografie kobiet związanych z dworkiem i „Stacją Jagodno”, kobiet, bez których to miejsce nie mogłoby zaistnieć. Hubert sportretuje wszystkie te kobiety i w ten sposób oprócz pięknych fotografii zostaną uchwycone na zdjęciach twarze , kiedyś wywołujące w widzach emocje i wspomnienia właśnie. Hubert boryka się również z osobistymi kłopotami i zapewne ucieczka w ukochane portrety zdjęciowe stanowi jeden z nielicznych jego sposobów na zapomnienie chociaż czasem o własnych problemach.

Przyzwyczaiłam się, że w tych opowieściach generalnie wszystko z czasem się układa. Podejrzewam, że są osoby, które może to drażnić, wszak przypomina to trochę jak to nazywam „bajkę dla dorosłych” a nie prawdziwe życie, w którym nie raz walczymy z przeciwnościami losu. Sądzę jednak, że tego typu literatura zdecydowanie jest nam potrzebna właśnie bądź to dla rozrywki bądź dla poprawy nastroju w tych gorszych chwilach, kiedy się dzieją w naszym życiu. Proza Wilczyńskiej ma to do siebie, że jest napisana dobrze i nawet jeśli w sumie wszystko układa się ostatecznie czasem aż zbyt gładko, to czyta się ją bardzo dobrze bo napisana jest dobrą polszczyzną (wyłapałam jeden błąd, którym było „pod rząd” a nie „z rzędu”, uważam, że to jest niewiele), porusza ważne tematy jak alkoholizm, przemoc w rodzinie i wiele innych ale jednocześnie umiejętnie dysponuje wydarzeniami i emocjami tak, że nie czujemy się jako czytelnik niepotrzebnie manipulowani.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Cuda za rogiem”. Kiego Higashino.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2018). Ebook.

Przełożył Nikodem Karolak.

Tytuł oryginalny Namiya zakkaten no kiseki.

Nie sądźmy książek po okładce. Teoretycznie okładka projektu Nikoli Hahn nie jest zła. W praktyce, nie przemawia do mnie i pewnie gdyby nie moje zainteresowanie Japonią, nie sięgnęłabym po tę książkę tym bardziej,że okładka kompletnie nijak się ma do treści.

Ale przejdźmy do książki. Dawno temu pewien starszy pan zupełnie przypadkowo został „doradcą”. Otóż ludzie zostawiali mu listy z pytaniem o radę. Z czasem wrzucali je do sklepiku, który kiedyś prowadził poprzez sklepową roletę. Yuji Namiya wkładał wiele czasu i staranności a przede wszystkim mądrych rad w pisane do ludzi odpowiedzi i umieszczał je w skrzynce na mleko, skąd odbierały odpowiedzi osoby zadające pytania. Okazuje się, że wbrew temu co można sądzić, pytających było z czasem coraz więcej gdyż starszy pan najwyraźniej pomagał osobom , które nie wiedziały jak dalej pokierować swoim życiem. Jednak nic nie trwa wiecznie. Starszy pan zmarł a sklepik pozostał niezagospodarowany. Do niego trzydzieści trzy lata później trafiają wydawałoby się przypadkowo trzej młodzi mężczyźni. Właśnie okradli dom i szukają schronienia do czasu gdy ruszą rano pociągi.

W pewnej chwili gdy wydaje im się, że spokojnie przeczekają noc poprzez sklepową roletę do sklepu wpada…koperta z listem. W liście tym młoda sportsmenka pyta się starszego pana o radę. Mężczyźni początkowo nie chcąc w to wierzyć zaczynają z czasem rozumieć , że stało się coś niezwykłego i niemożliwego , a mianowicie trzymają w ręku list pochodzący z przeszłości ! W dodatku list, który wymaga natychmiastowej odpowiedzi. I tak zaczyna się ta opowieść. Akcję książki poznajemy zarówno współcześnie, gdy Atsuya, Shota i Kohei odpowiadają na kolejne wpadające do sklepiku listy z prośbami o radę, jak i w przeszłości gdy dowiadujemy się co powodowało bohaterami, że zwracali się z prośbą o radę do pana Namiyi. Wszystkich bohaterów połączyło jedno miejsce, pewien dom dziecka.

„Cuda za rogiem” to opowieść z gatunku niespiesznych i pokrzepiających, pozytywnych. Podejrzewam, że z gatunku tych, które niektórzy moi znajomi określiliby jako nudnawe. Ja tak jednak nie określę tej książki w ten sposób. Podobał mi się pomysł na doradcę listowego i sam pomysł zapętlenia czasu. Historie poszczególnych bohaterów zaciekawiły mnie i byłam zainteresowana dalszymi losami postaci.

Książka ta jest jak napisałam pokrzepiająca i pełna takiego niewymuszonego wdzięku i optymizmu.
Moja ocena jej to 5.5 / 6.

„Tajemnica diamentów”. Martin Widmark.

Seria „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”.

Wydana w Wydawnictwie Zakamarki. Poznań (2016).

Przełożyła Barbara Gawryluk.

Tytuł oryginalny Diamantmysteriet.

Ciekawym zbiegiem okoliczności jest to, że piszę o tej książce akurat w dniu Bibliotekarza i Bibliotek albowiem to właśnie moja ulubiona Bibliotekarka z Częstochowy, która nieustająco dba o rozwój czytelnictwa mojego Syna, podesłała nam tę książkę jakiś czas temu. Książka tym bardziej cenna bo z imienną dedykacją dla mojego Syna więc naprawdę przemiła pamiątka.

Sama książka ogromnie nam się spodobała. Czytałam ją ja na głos ale jest to zdecydowanie książka idealna dla dziecka, które rozpoczyna naukę samodzielnego czytania. Jaś już czyta ale nie wiem dobrze to czy źle, woli jak się Jemu czyta. Czytam więc bo jak może Wiecie a może nie, uwielbiam czytać na głos (powinni mnie zatrudnić do czytania audiobooków, biorę od razu !). Książki z tej serii z tego co się orientuję wszystkie są podobne, czyli dość krótkie, ale mają ciekawą treść i zagadkę kryminalną. Nie męczą jednak natłokiem nazwisk czy informacji tak aby dziecko z chęcią samo czytało historię w książce opowiedzianą. Do tego ładne ilustracje (czarno białe ) autorstwa Heleny Willis , mili bohaterowie, rówieśnicy czytelników i już mamy naprawdę udaną lekturę dla dziecka 6+. Wiem, że spora część moich znajomych zna te książki, my dopiero rozpoczniemy z nimi przygodę ale naprawdę jestem tym podekscytowana, tak mi się podobała „Tajemnica diamentów”.

Do Mai i Lassego, dzieci chodzących do jednej klasy, które założyły w szwedzkim miasteczku Valleby biuro detektywistyczne, zgłasza się właściciel ekskluzywnego sklepu jubilerskiego, pan Muhammed Karat. Zrozpaczony właściciel salonu z biżuterią twierdzi, że od pewnego czasu jest okradany przez któregoś z trójki pracowników. Konkretnie giną diamenty. Kto z wydawałoby się zaufanych pracowników jest złodziejem? Czy może panna Siv Leander, która jakiś czas temu została bez dachu nad głową? Czy może Ture Modig, którego ojciec prowadził sklep przed panem Karatem a potem zbankrutował i musiał sprzedać salon a Ture nie może sobie tego darować? A może jednak Lollo Smitt młody i polecany przez poprzednich pracodawców chłopak, który lubi sport i nowe sportowe auta?

Maja i Lasse będą musieli to właśnie zbadać i przeprowadzić śledztwo, co z ochotą czynią i oczywiście udaje im się odkryć, kto okrada pana Karata.
Widać, że Szwecja kryminałem stoi bo jak widać pisze się je dla najmłodszych nawet czytelników. Muszę jednak powiedzieć, że jest to zdecydowanie lektura dla całej rodziny, która ma z niej przyjemność. No i , przyznaję się, ja do końca nie wiedziałam, kto jest sprawcą kradzieży diamentów.

Polecam.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zauroczenie”. Donna Leon.

Wydana w Oficynie Wydawniczej Noir sur Blanc. Warszawa (2019). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny Faling In Love.

Jedna z moich ulubionych autorek, która akcję swoich kryminalnych książek osadziła w Wenecji, powraca w nowym na naszym rynku wydanym kryminale pod tytułem „Zauroczenie”. Tym razem zabrakło tak charakterystycznej dla Donny Leon  intensywnej publicystycznej refleksji dotyczącej współczesnego świata, społeczeństw, polityki czy kościoła. Mamy raczej po prostu klasyczny kryminał, w którym najważniejsze są zbrodnia i emocje, które nasilają się podczas rozwoju akcji. 

Bohaterka książki to znana śpiewaczka operowa, Flavia Petrelli, którą poznaliśmy w innej dziejącej się w weneckiej operze książce noszącej tytuł „Śmierć w La Fenice”. Nawiasem mówiąc to właśnie „Śmierć w La Fenice” zapoczątkowała niezwykle popularny cykl opowieści kryminalnych o weneckim komisarzu Guido Brunettim.

W „Zauroczeniu” po wielu latach Brunetti i Petrelli spotykają się ponownie i oczywiście znów za sprawą zła, które dzieje się wokół śpiewaczki. Otóż od pewnego czasu ma ona jakiegoś natrętnego wielbiciela czy raczej, jak moglibyśmy to teraz określić „stalkera”. Początkowo dość niewinne gesty w postaci przysyłanych aktorce kwiatów,  konkretnie ogromnej ilości bukietów żółtych róż, zaczynają z czasem przybierać na sile i sprawiać, że Flavia zaczyna czuć się osaczona. 

Do tego najprawdopodobniej właśnie ów niepoczytalny wielbiciel zaczyna zagrażać zarówno otoczeniu Petrelli jak i ostatecznie jej samej. W tym momencie czas na działania Guido Brunettiego, który jak zwykle wraz z pomocą pracowników a zwłaszcza Signoriny Elettry rozwiązuje zagadkę tego, kto stoi za działaniami i atakami na osoby z towarzystwa śpiewaczki. 

W tej części cyklu o komisarzu Brunettim autorka powraca znów (to dla niej dość charakterystyczne) do sytuacji współczesnych kobiet.  Może nie w jakiś intensywny sposób, o czym wspomniałam  na początku ale jednak nie sposób nie zauważyć jak ważny to temat dla autorki. Powraca więc ona do tego jak postrzegane są współczesne kobiety ale i tego jak chciałyby być traktowane. Donna Leon pokazuje też nieco inne oblicze „świętej” jak ją nieco ironicznie nazywam Paoli, żony komisarza. Ci, którzy czytają mój blog regularnie wiedzą, że Paola, mówiąc delikatnie, nie jest moją ulubioną postacią literacką ale to akurat mnie cieszy bo lubię gdy bohaterowie budzą we mnie prawdziwe, żywe uczucia i emocje. W „Zauroczeniu” Paola jakby nawet była zmęczona i potrzebowała oddechu od swojej idealnej rodziny. Naprawdę, niezwykłe 🙂 .

Ciekawy jest też sam problem stalkera, który zostaje poruszony przez Leon w „Zauroczeniu”. Faktycznie, to dość chyba jednak nowe zjawisko współczesnych czasów. Owszem, pewnie zawsze osoby bardziej znane miały przy sobie osoby zafascynowane nimi również w jakimś niezdrowym wydaniu ale sądzę, że współczesność i technika mocno takowym stalkerom działania ułatwiły. Osaczona Flavia odczuwając coraz większy lęk mimo to nie do końca jest chętna do współpracy z Brunettim, jakby nie chciała dać wiary w to, że działania z jej przeszłości mogły stać się siłą napędową do działań atakującego przeciwnika. 

Tak więc jest jak zawsze, jest Wenecja (jakoś jej w tej części niewiele, bardziej sam gmach opery weneckiej zostaje w tej książce wyeksponowany), jest niespieszne wciąż życie z możliwością zjedzenia obiadu w domowym zaciszu , jest idealne małżeństwo i rodzina samego Brunettiego i jest zbrodnia i ciekawe jej tło. Oto przepis znany nam od lat , który serwuje nam Donna Leon pod postacią wypieczonego i smacznego dania , jakim jest finał w postaci książki. Czy ktoś może czuć się zawiedziony? Pewnie tak. Jest jak zwykle spokojnie, bez nagłych zwrotów akcji. Sądzę, że dla miłośników tego cyklu do jakich ja niewątpliwie się zaliczam to kolejna warta poznania książka autorki. Być może ktoś mniej lubiący jej kryminały miałby się do czego przyczepić? Ja w każdym razie nie zamierzam a czekam na dalsze opowieści o komisarzu Brunettim. 

Moja ocena to 5 / 6.