„Szukając przystani”. Anna Karpińska.

Cykl „Rodzinne roszady”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.

Premiera książki 15.11.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Anna Karpińska, jedna z moich ulubionych autorek, książką „Szukając przystani” rozpoczyna nowy cykl noszący wspólny tytuł „Rodzinne roszady”.

No i muszę przyznać, że mnie ta książka wciągnęła niesamowicie i już nie mogę się doczekać książki następnej, noszącej tytuł „Bezpieczny port” (która to książka jest w przygotowaniu przez Autorkę). 

Już kilkakrotnie wspominałam co mi się podoba w książkach Anny Karpińskiej , a mianowicie to, że często bohaterkami jej opowieści są nie młode dziewczyny czy kobiety stojące u progu życia a kobiety około czy ponad pięćdziesięcioletnie. Podobnie jest w tej książce.

Bohaterką i narratorką pierwszoosobową jest Wanda. Szczęśliwa mężatka Ludwika, który prowadzi odziedziczoną po ojcu restaurację w Chełmnie. Wanda jest też szczęśliwą matką trójki dzieci, z których wszystkie już wyrosły. Z trójki dzieci dwójka starszych, najstarsza córka Joanna i syn Łukasz nie sprawia matce problemów , natomiast najmłodsza Kasia nie raz i nie dwa spędza matce sen z powiek. Nic nie zapowiada jednak jej najbardziej spektakularnego czynu jakim jest zajście w ciążę, postanowienie wychowywania dziecka samej a następnie pozostawienia córki, Poli pod opieką dziadków. Szybko los sprawi, że Wanda z opieką nad ukochaną pierwszą wnuczką zostanie sama. I sama zostanie ze zmartwieniami dnia codziennego. Córka Kasia zostawiwszy matkę z Polą decyduje się zamieszkać i pracować w Niemczech. Starsze dzieci co prawda nie sprawiają problemów ale również prowadzą swoje życie a Wanda z dnia na dzień zostanie sama z wnuczką i restauracją, którą musi poprowadzić. 

Szczęśliwie Wanda nie jest całkiem sama ze swoimi zmartwieniami. Pomaga jej matka, starsze dzieci, przyjaciółka Mirka, kilkoro serdecznych ludzi. Z czasem powoli pewne sprawy ulegają wyprostowaniu i Wanda nawet będzie w stanie zająć się restauracją. Jako, że jest młodą emerytką, będzie mogła część czasu wolnego od opieki nad Polą, poświęcić na restaurację, która była oczkiem w głowie jej męża. Trudno jednak być samej z tym wszystkim co przynosi życie codzienne, tym bardziej, że w życiu Wandy z pewnością nie jest jak w bajce. Jeszcze parę lat wstecz planowała wczesną emeryturę i być może nareszcie spełnienie marzeń i odpoczynku od pracy nauczycielki , wypad z mężem do któregoś z ciepłych krajów, a już na pewno nie sprawowanie opieki nad malutkim dzieckiem. Jednak życie pokazuje , że w jej przypadku samo planuje i pisze jej scenariusze i Wanda odpowiedzialnie stawi czoła jego wyzwaniom. Nawet jeśli oznacza to nieprzespane noce czy martwienie się często na zapas a często niekoniecznie. Jak jednak już pisałam, Wanda ma pewne wsparcie ze strony bliskich i przyjaciół a ci, nawet jeśli nie martwią się za nią samą to przynajmniej często pomogą dobrą radą czy podsuną właściwsze rozwiązanie. 

Zakończenie książki wbiło mnie w fotel (przenośnia, nie mam fotela 🙂 ), jednak mam nadzieję, że w następnym tomie wszystko się wyjaśni i dobrze rozwiąże bowiem jako czytelniczka zdążyłam się już nim (zakończeniem) zdenerwować. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Równonoc”. Anna Fryczkowska.

Wydana w Wydawnictwie Od Deski Do Deski. Seria na F/Aktach. Warszawa (2018). Ebook.

Zafundowałam sobie „Równonocą” bardzo ciężką lekturę ale nie mogłam po nią nie sięgnąć. Autorkę uważam za jedną z najlepszych polskich pisarek i po prostu chciałam zobaczyć jak udało się Jej podejść do serii tego wydawnictwa opartej na faktach ale jednak zbeletryzowanej czy też po prostu ubranej nie w formę reportażu a jednak fikcji, czego przykładem jest chociażby zmienienie imion zarówno samych bohaterów jak i ich bliskich.

Czterech chłopców, wszyscy w podobnym wieku, z nich trzech trójka tak podobna fizycznie, że pomimo, że pochodzili z trzech różnych miejscowości (w Zachodniopomorskiem), można by ich wziąć za rodzeństwo czy rodzinę. Wszyscy mający około czternastu, piętnastu lat.  Wszyscy zaginęli w marcu. Pierwsze zaginięcie miało miejsce w czasie równonocy , od której wziął się tytuł książki. 21 marca 1998 roku Szymon zginął świętując nadejście wiosny nad rzeką przepływającą nieopodal jego miasteczka. Wyszedł z kolegami i już nigdy nie wrócił. Prawie rok po nim zaginął Darek, również w marcu a konkretnie pierwszego dnia marca 1999 roku, a niemal pod koniec miesiąca , trzydziestego marca 1999 zaginęło dwóch wychowanków ośrodka opiekuńczego, Kamil i Jędrzej. 
Czterech zupełnie nie znających się chłopców, którzy nagle zniknęli jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Co ja robiłam w marcu 1999 roku ? Niewiele już z tego czasu pamiętam. Cztery pozostawione bez swoich bliskich rodziny pamiętają ten dzień zapewne tak, jakby zdarzył się wczoraj.
Anna Fryczkowska oddała głos matkom. W przypadku jednego chłopca, narratorem jego opowieści o zaginięciu jest ojciec. Pozostałe trzy głosy to głosy matek. 

Tyle już napisano o tej książce i usiłuję napisać coś, co nie byłoby powieleniem tego co już padło. Co mnie ujęło w „Równonocy” to wyważenie ze strony Fryczkowskiej. Wyważenie w doborze słów, w doborze natężenia emocji , opisów tego co mogłoby się stać. Bardzo łatwo można to było „popsuć” tworząc strukturę kiepskiego reportażu rodem z fabularyzowanego pisemka dla domorosłych śledczych. Anna Fryczkowska oczywiście nie poszła tą drogą , za co jestem jej wdzięczna ale i wiedziałam , że po tej autorce szczęśliwie tego obawiać się nie trzeba. Natomiast wciąż uważam za ładne i serdeczne (strasznie dziwnie brzmią takie słowa być może w odniesieniu do tak ciężkiej książki) to w jaki sposób ubrała to, co sądzi, że mogły myśleć matki zaginionych chłopców. Jak padło w pewnym momencie w książce, a wiedzą to doskonale wszyscy ci, którzy przeszli jakąś traumę, życie po czymś takim dzieli się na życie „przed” i życie „po”. 
Co łączy te nigdy nie wyjaśnione zaginięcia? To jak te dwadzieścia lat temu podchodzono do zaginięć młodocianych. Przez te kilkadziesiąt lat naprawdę zmieniło się podejście i służb i ludzi do zaginięć, zwłaszcza nieletnich. Jak również, co jest zapewne truizmem, rozwój techniki sprzyja większym możliwościom zainteresowania innych tym, że dana osoba zaginęła.

Nie wiem co tak naprawdę wówczas powodowało, że owe zaginięcia traktowano w kategorii nieszczęśliwych wypadków. Szymon jak stwierdzono najprawdopodobniej utopił się, Darek również. Nie wiadomo co według śledczych miało stać się z uciekinierami z ośrodka opiekuńczego. Czy dziś śledczy podjęliby się próby zwrócenia uwagi na dane o zaginięciach, przyjrzeniu się chłopcom, stwierdzeniu, że zadziwiające, że pochodzili z tej samej części kraju, że byli do siebie łudząco podobni? Czy któryś z nich postarałby się przyjąć również i inną hipotezę tego co mogło się stać w marcu 1998 i marcu 1999 roku z czterema chłopcami? 
Nie wiem i myślę, że bardzo chciałabym aby te sprawy znalazły jednak kiedyś swoje rozwiązanie. I dały spokój ducha tym matkom , bliskim, którzy zostali nagle osieroceni. Matkom, którym nagle wyrwano część nich samych i którym pozostało tkwienie w stanie pomiędzy. „Pomiędzy” oczekiwaniem a żałobą. 
Fryczkowska nie tworzy z matek niezłomnych heroin. To kobiety, które są w złym stanie psychicznym i zdecydowanie trudno jest im się dziwić. A pomimo tego jest w nich wciąż nadzieja na to, że kiedyś dowiedzą się prawdy. Anna Fryczkowska w swoich słowach na końcu książki życzy matkom i bliskim zaginionych spokoju. Ja oprócz spokoju życzę im z całego serca dowiedzenia się kiedyś prawdy na temat zaginięcia ich synów. 

W książce wspomniana jest organizacja charytatywnie działająca i pomagająca osobom, których bliscy zaginęli. To właśnie pracownicy tej organizacji dostrzegli wielkie podobieństwo fizyczne pomiędzy zaginionymi, jak również zbieżność czasową zaginięć. Niemniej jednak nawet i najbardziej prężne organizacje nie mają możliwości jak służby profesjonalnie do tego przygotowane. 

Nie zapominajmy jednak, że jest to wciąż fikcja bazująca na prawdziwych zdarzeniach. Pod sam koniec Anna Fryczkowska pisze o jednym z możliwych rozwiązań tej zagadki. Spotkałam się z zarzutem do tej „propozycji” (złe słowo ale nie znajduję właściwszego). Uważam, że trzeba pamiętać, że biorąc pod uwagę właśnie to, że jest to fikcja, takie rozwiązanie zagadki może być równie prawdopodobne jak co najmniej kilka innych. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę dla bliskich zaginionych obecnie najważniejsze jest aby otrzymać prawdziwe rozwiązanie, niezależnie od tego jak bardzo ciężka do przyjęcia byłaby prawda. Do jednej z matek, matki Szymona , po roku od zaginięcia syna, zadzwonił ktoś z groźbami i „przypomnieniem”, że ma jeszcze jednego, żyjącego syna, na którego powinna uważać. To również niesie ze sobą różne przypuszczenia i możliwe scenariusze tego, co tak naprawdę stało się z Szymonem, Darkiem, Kamilem i Jędrzejem. 

W „Równonocy” pada zdanie, które wypowiada mama Szymona do reporterki, że nikt nie jest bezpieczny. Sądzę, że w przypadku niewyjaśnionego zaginięcia faktycznie poczucie niewiedzy jest bardzo traumatyczne i niszczące. I zapewne niestety, podobnie jak w przypadku innych dramatycznych wydarzeń, może powodować stałe następstwa czy wywołać lęki. Trudno jest patrzeć z nadzieją w przyszłość. Trudno jest nie myśleć o tym jakie kolejne nieszczęście może spotkać rodzinę, bliskich. 

Za delikatność materii , za przeprowadzenie nas czytelników przez tę historię bez zbędnego epatowania nadmierną sensacyjnością a przede wszystkim za szacunek do samych zaginionych nastolatków i ich bliskich przyznaję tej książce ocenę 6 / 6. 

Jesień kolejny już raz z rzędu …

…”sponsorują” w naszym domu Muminki. 

Takie mam wrażenie, że ta opowieść jest wręcz idealna do tego aby czytać ją właśnie o tej porze roku… Część z książek mam z własnego dzieciństwa, część dokupiłam. Moją ulubioną jest „Lato Muminków” ale właściwie lubię niemal wszystkie.

„Dwanaście życzeń”. Karolina Głogowska. Katarzyna Troszczyńska.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2018). 

Premiera książki 17.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Niech Was nie zwiedzie okładka (projekt autorstwa Marty Weroniki Żurawskiej-Zaręby). „Dwanaście życzeń” nie będzie opowieścią ze słodkim lukrem i zapachem piekących się świątecznych pierników w tle. Będzie natomiast przepełniony klimatem być może bardzo często znanym w polskich rodzinach , a mianowicie wzajemnych żali, które wreszcie się wyleją i niezabliźnionych ran emocjonalnych. 

„Dwanaście życzeń” opowiada nam głównie o kobietach. Są one splątanie wzajemną siecią rodzinnych powiązań i nawet jeśli nie zawsze sobie tego życzą, jest jak jest. 

Akcja książki rozpoczyna się od momentu gdy Dagna Kreft, prezenterka mniejszej stacji telewizyjnej zostanie wysłana do rodzinnej miejscowości gdzie na szybie domu (jej rodzinnego , nawiasem mówiąc) ukazał się podobno wizerunek Matki Boskiej. Dagna do rodzinnego domu nie lubi jeździć. Pojęcia nie mam zupełnie czemu, bo dom rodzinny prezenterki jest domem dobrym, w którym dodatkowo to ona była ulubienicą rodziny a nie starsza o kilka lat siostra Bogusia. I w sumie do końca książki powodu takiej niechęci Dagny nie poznałam a raczej jej argumenty nie przemawiały do mnie a sama bohaterka bardzo mnie irytowała. 

Starsza siostra Bogusia czuje się bardzo źle z faworyzowaniem siostry, która nawet nie chce odwiedzić rodziców w Święta Bożego Narodzenia i która właściwie nie ma chęci na kontakty z rodziną, która nie zrobiła jej nic złego. Bogusię natomiast poznajemy w chwili gdy jest mocno zmęczona codziennym życiem, kieratem i byciem niby to jedną z dwóch a właściwie jakby jedyną córką. 

I tak oto telefon matki sprawia, że do rodzinnych Kaczor zjedzie córka marnotrawna czyli Dagna. Wysłana przez szefową , Ritę, ma w ich stacji telewizyjnej przedstawić cud na oknie i zrelacjonować masową histerię jaka się w związku z tym odbędzie.

Poznajemy też warszawską gałąź tej rodziny. A nawet dwie jej „odnogi”. Córkę Rity, Basię, dorosłą już kobietę, która nie przepracowała odejścia ojca Czesława i założenia przez niego nowej rodziny. I ową nową rodzinę, w której to Czesław chyba nie do końca się odnalazł. Mieszka jednak z drugą żoną, córką Polą i swoją matką, babcią Basi i Poli, Różą.

Akcja książki rozpoczyna się na dzień przed Wigilią ale już po paru stronach czytelnik orientuje się, że tym razem będzie bez lukru, cukru , wspomnianego przeze mnie zapachu pierników i spektakularnych pogodzeń rodzinnych. 

W tej rodzinie bowiem wiele jest jakiegoś nie do końca opracowanego wzajemnego żalu, czasem zdecydowanie słusznego, czasem nie. Są kobiety, które natomiast w ten czy inny sposób odczuwają brak mężczyzn w swoim życiu. Czasem jest to tatuś, który założywszy nową rodzinę jakby zapomniał o pierworodnej córce, czasem porzucona na chwilę przed Ślubem narzeczona. Czasem kobieta, która w codziennym kieracie orientuje się, że właściwie gros pracy w domu i opieki nad dziećmi spoczywa na niej. Dużo tu nieprzepracowanych traum ale i chociaż nie w nadmiarze, nadziei na to, że niektóre z tych traum uda się jeszcze przepracować zanim będzie za późno. I zanim zostanie jedynie żal, że się nie spróbowało dopóki była ku temu okazja. 

Jak pisałam na samym początku, okładka, która to nawiasem mówiąc, bardzo mi się podoba , nie do końca oddaje to, co znajdziemy w środku książki. Muszę przyznać, że ta książka działała na mnie raczej przygnębiająco chociaż cieszę się, że na samym końcu jednak zdarzyło się nieco więcej pogodnych i niosących nadzieję na poprawę relacji w tej skomplikowanej rodzinie, sytuacji. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

No dobrze, a teraz, przyznaję bez jakiejkolwiek skruchy i nie to ,żebym się tłumaczyła, mam ochotę na coś ze Świętami w tle co będzie ociekało lukrem, cukrem a zapach pierników spowoduje u mnie głód. 🙂

„Gdzie zaczyna się przeszłość”. Amy Tan.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Data premiery 18.10.2018.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. 

Tytuł oryginalny Where The Past Begins.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Amy Tan jest jedną z tych autorek, których książki bardzo chętnie czytam. Z tym, że uczciwie się przyznam, ostatnio jej książkę czytałam naprawdę dawno temu. Tym chętniej sięgnęłam po najnowszą książkę tej autorki na naszym rynku. „Gdzie zaczyna się przeszłość” to kolejny jej zbiór esejów. Pierwszego zbioru esejów nie czytałam. Po ten sięgnęłam z zainteresowaniem. Nie okazał się lekturą łatwą i przyjemną. Nawet, powiedziałabym, okazał się lekturą bardzo trudną. 

Sądzę, że większość z nas wraz z wiekiem dąży do poznania historii własnej rodziny, bliższej analizy własnych korzeni. Na pewno dodatkowo ta ciekawość może się wzmóc jeśli nie pochodzimy z kraju, w którym przyszło nam żyć. 

Amy Tan ten etap również nie ominął. Sięga po listy, zdjęcia, dokumenty rodzinne, własne zapiski ale przede wszystkim po wspomnienia aby wrócić do przeszłości, która zdeterminowała jej życie takim jakim ono jest obecnie. 

Pomimo, że zapiski te mieszczą również bogatą korespondencję autorki z jej wydawcą, dotyczącą jej pisania, jak również spraw bardziej osobistych, pomimo, że są tu jej myśli na temat muzyki, tworzenia , ogólnie strefy artystycznej to mnie najbardziej zainteresowały jej wspomnienia na temat niełatwego dzieciństwa. 

Ta część książki okazała się najbardziej interesująca ale też najbardziej trudna. Dawno nie zdarzyło mi się a tak miało miejsce teraz, bym z powodu czytanego tekstu nie mogła zasnąć. Kiedy przerwałam na noc lekturę tej książki, okazało się, że opisane w niej sytuacje i wydarzenia nie dają mi spokojnie zasnąć tylko wciąż do nich wracam myślami.

Niewątpliwie wspomnienia Amy Tan z rodzinnego domu służyć by mogły za kanwę co najmniej kilkudziesięciu książek. W „Gdzie zaczyna się przeszłość” autorka dokonuje bardzo bolesnej analizy swojego związku z chorą psychicznie matką. Zapewne teraz sytuacja matki ale przede wszystkim cierpiącej z powodu jej choroby rodziny ułożyć by się mogła o wiele lepiej , przede wszystkim gdyby choroba została zdiagnozowana a kobieta była leczona. Nie wiem czemu wówczas tak się nie stało, czy powodem była niechęć do wypowiedzenia głośno stanu rzeczy czy też inne powody stanęły na przeszkodzie, dość, że obraz dzieciństwa Amy Tan jawi się w książce mocno niewesoło. Nie widać tego na załączonych przez autorkę fotografiach, niemniej jednak z jej książki wyłania się obraz dziecka wzrastającego w poczuciu wiecznej niepewności, w poczuciu braku stabilizacji a przede wszystkim w poczuciu braku tak potrzebnego dziecku bezpieczeństwa. Wieczne wahania nastrojów matki i jej zachowania a do tego choroba i śmierć najstarszego z trójki dzieci rodziców Amy Tan, to wszystko składa się na to, że jej dzieciństwo raczej nie może być nazwane beztroskim. Może jednak tłumaczyć po części (oprócz talentu) chęć do wyrwania się z tego stanu poprzez literaturę ale również może być powodem tego, że zaczęła pisać. Być może łatwiej było jej pewne sprawy utrwalić na piśmie, zwłaszcza, że jak się okazuje, niektóre wspomnienia były przez nią samą skrywane bardzo , bardzo głęboko w podświadomości. 

„Pisząc, rozpoznaje siebie” pisze Amy Tan w pewnej chwili aby pod koniec tej książki ponownie odnieść się do tego słowami, cytuję „(…) Piszę, aby przedłużyć wspomnienia życia teraz, na dowód, że towarzyszyły mi myśli, emocje, pomysły, że przeżywałam i doświadczałam”.

Być może próba okiełznania wspomnień, i tych złych i tych dobrych, stanowi jakiś kolejny etap zarówno osobisty jak i twórczy w życiu autorki. Oprócz wspomnień związanych z matką, jest też rozdział poświęcony jej relacjom z ojcem, którego jednak mając przy sobie, jakby nie do końca poznała, również z powodu jego wczesnej śmierci.

Na plus muszę stwierdzić, że pomimo, że niektórzy mogliby stwierdzić, że Amy Tan balansuje podczas tych wspomnień na cienkiej granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu, według mnie granicy tej nie udało jej się szczęśliwie przekroczyć. 

Osobną problematyką poruszaną przez autorkę jest jej doświadczenie życia w Ameryce jako dziecka imigranta. Może to tłumaczyć jej zaangażowanie w pewne kwestie polityczne jak również przeżywanie przez nią samą wyników ostatnich wyborów prezydenckich w USA.

Sądzę, że dla osób, które chętnie czytają prozę jej autorstwa, książka ta stanowić będzie uzupełnienie do jej twórczości. Tym bardziej, że są tam też jej refleksje dotyczące samego procesu twórczego, jest sporo o jej zamiłowaniach muzycznych, przenikających się z jej prozą, wreszcie, widać erudycję i wykształcenie autorki.

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

„Gwiazdeczka”. Maja Jaszewska.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Rozpoczynam sezon na czytanie książek około świątecznych. Tę książkę „spotkałam” w paru miejscach reklamowaną jako książkę świąteczną. Według mnie to niejasne określenie. Akcja książki dzieje się głównie latem i jesienią. Owszem, momenty najważniejsze zdarzają się podczas czasu przed Świętami Bożego Narodzenia ale na pewno nie nazwałabym tej książki książką świąteczną. Wyjaśniam, bo wiem, że niektóre osoby sięgają po coś właśnie z rozmysłem a potem mogą czuć się rozczarowane, co może rzutować na ocenę samej książki. A książka jest całkiem dobra. Owszem, z góry zastrzegam, kto oczekuje traktatów filozoficznych czy noblowskiej literatury, może czuć się co najmniej zawiedziony. „Gwiazdeczka” to wpisująca się w nurt New Adult opowieść obyczajowa o młodej kobiecie, po studiach. Józia pochodzi z Podlasia, z miejscowości Białkowa, skończyła studia polonistyczne a do Warszawy przyjeżdża aby podjąć pracę korektorki w piśmie „Przemiany”.  

Pismo adresowane jest do nowoczesnych kobiet, które nie boją się zmian. Koleżanki z redakcji stanowią ciekawy i barwny zespół. Betty i Julka pomagają Józi (pełna wersja jej imienia została jej nadana przez tatę, miłośnika Napoleona Bonapartego i brzmi Józefina) , którą w pracy przechrzczą na Dżozi zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Generalnie dziewczyna nieźle sobie radzi, byle by tylko nieco więcej płacili . Józia nie ma żadnych większych kompleksów, nie czuje się jak prowincjonalna gąska. Szkoda tylko, że pewien mężczyzna tak dokładnie ją potraktuje. Jacek Sobiepański, słynny coach współpracujący z „Przemianami” obierze sobie dziewczynę za obiekt doświadczalny. Pod jego wpływem dziewczyna zmieni nieco styl ubierania, fryzurę, schudnie. I tylko z czasem zrozumie, że to bezsensowne bo była bardzo fajną, młodą osobą, której nie potrzeba było zmieniać. 

Na horyzoncie pojawia się przeciwieństwo eleganckiego i nadmiernie wystudiowanego Sobiepańskiego, sympatyczny Michał, trener jogi ale również przewodnik po Warszawie. A ponieważ Józia interesuje się swoim nowym miejscem zamieszkania, wybierze się kiedyś na spacer połączony ze zdobywaniem wiedzy o stolicy, który na dobre zapoczątkuje znajomość kobiety i Michała. Tylko czy będzie on miał jakiekolwiek szanse przy Jacku Sobiepańskim, który nawet kolor skarpetek ma opracowany z najdrobniejszymi szczegółami? 

„Gwiazdeczka” to pozytywna opowieść o tym jak stojąc u progu życia chcemy być akceptowani i podziwiani. Jak bardzo czasem zapominamy, że owszem, zmiany są ważne w życiu ale nie te na siłę i nie takie, które zmieniają nas niemal całkowicie. I że przeszłość i przyszłość mają szansę się wiązać i że nie trzeba całkiem od przeszłości się odcinać. 

To optymistyczna opowieść o młodej kobiecie, która nie obawia się sięgnąć po swoje szczęście. I której oczy błyszczące jak gwiazdki zawrócą w głowie pewnemu miłemu chłopakowi. No i  co z tego zawrócenia w głowie wyniknie. 

Przyczepiam się do używania słowa „buzia” w odniesieniu do twarzy dorosłej kobiety. Jestem na takie określenia trochę wyczulona, bo jakoś z gruntu kojarzy mi się z książką dla dzieci. Ale poza tym, książka spełniła swoją rolę, a nawet , powiedziałabym, że okazała się lepsza niż mogłam sądzić. Na pewno napisana jest z wielkim poczuciem humoru i jest zwyczajnie taka pozytywna. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Laureatem Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus…

…w 2018 roku został Maciej Płaza. Mój rówieśnik (co potwierdza, że rocznik 76 to bardzo dobry rocznik). Po raz pierwszy od trzynastu lat czyli od chwili jej przyznawania, nagroda zostanie przyznana Polakowi. Maciej Płaza otrzymał również nagrodę im. Natalii Gorbaniewskiej przyznawaną od czterech lat podczas tej samej imprezy. Przyznam się, że nie czytałam debiutu autora, zbioru opowiadań „Skoruń”, który ukazał się w roku 2015. Nagroda Angelusa została mu przyznana za kolejną książkę jego autorstwa jaką jest „Robinson w Bolechowie” wydaną w 2017 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.

Gratulacje !

„12 miesięcy ze Św. Mikołajem, czyli trawnik pełen reniferów”. Friedbert Stohner.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Przełożył Bartosz Nowacki.

Tytuł oryginalny „Ein Rentier Kommt Selten Allein. Unser Jahr Mit Dem Weihnachtsmann”.

Data premiery 23.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Raz na jakiś czas sięgam po literaturę dla dzieci z myślą o przyszłych lekturach dla Jasia. A ponieważ sama bardzo lubię książki z motywem świątecznym dlatego z ciekawością sięgnęłam po tę książkę.

Od razu napiszę, że nie do końca mnie zachwyciła. Mam wrażenie, że autor trochę nie wykorzystał naprawdę fajnego pomysłu jakim było ściągnięcie Świętego Mikołaja do domu jednej z niemieckich rodzin. 

Oto bowiem w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia do pewnej czteroosobowej rodziny składającej się z rodziców i dwójki dzieci, starszej dziewczynki o imieniu Lotte, narratorki i jej brata, Larsa, przybywa wraz z saniami i zastępem reniferów Święty Mikołaj. 

Jego tłumaczenie jest dość mętne, podobno do Laponii, gdzie przecież mieszka, ściąga tylu turystów, że nie mógłby spokojnie szykować się na następne Święta więc Biuro Bożego Narodzenia skierowało go do niemieckiej rodziny. Brzmi jak kiepska wymówka dla kogoś, kto zwyczajnie ma chęć zrobić sobie przerwę od natłoku zajęć i obowiązków, i taka argumentacja brzmiałaby dla mnie bardziej wiarygodnie. No ale dobrze, to książka dla dzieci więc tu Mikołaj nie powie szczerze, że goni w piętkę i ma ochotę zrobić sobie odpoczynek na czyjś koszt a wymówi się tym, czym się wymówi. 

I tu był moment, na który czekałam, bo stanowił bardzo dobry punkt wyjściowy dla tego co też mogło się wydarzyć w rodzinie Larsa i Lotty. Kiedy zaczynałam tę książkę nie ukrywam, że oczekiwałam jakichś bardziej spektakularnych przygód. W końcu, nie każdemu przytrafia się okazja goszczenia u siebie w domu Świętego Mikołaja i to przez okrągły rok. Niestety, nie dostałam aż takich fajerwerków, jak się spodziewałam. Owszem, sama opowieść jest poprawna, bywa zabawna , kiedy rodzina musi ukrywać obecność gościa w swoim domu i nawet dziadkowie czy sąsiedzi nie mogą wiedzieć o tym kto ich gości a obecność zastępu reniferów w ogródku tłumaczy się względami praktycznymi. Jako, że renifery świetnie pozbawiają ogród nadmiaru trawy. Ale czegoś mi zabrakło w tej opowieści. 

W sumie Święty Mikołaj okazuje się gościem mało wymagającym i sympatycznym, więc dodatkowa osoba w domu nie stanowi dla rodziny większego problemu. Szybko też niektóre osoby orientują się kim jest gość tej rodziny ale szczęśliwie nikt nie zdrada tej tajemnicy. Ale w sumie nie ma w tej książce ani jakichś emocjonujących przygód czy to samego świętego czy rodziny, u której się zatrzymał ani nie denerwujemy się, że tożsamość gościa wyjdzie na jaw. Jest spokojnie i bez napięcia. 

Przez rok, który spędzi w domu rodziny narratorki Święty Mikołaj odpocznie, a także, wraz ze swoimi licznymi pomocnikami skrzatami przygotuje prezenty na nadchodzące Święta. Plus nawiąże przyjaźń z pewną starszą panią.

Jak już jednak wspomniałam, miałam nadzieję na coś więcej niż otrzymałam. Nie musiało być od razu dwudziestu zwrotów akcji na stronie ale sądzę, że jakieś przygody Święty Mikołaj mógłby przeżywać podczas tego urlopu w Niemczech.

Plusem książki są ładne ilustracje autorstwa Katrin Engelking, nawet muszę powiedzieć, że chętnie widziałabym ich więcej. 

Książka ta według mnie dobra jest dla dzieci 6+. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego

W tym dniu nie może nie pojawić się ten wpis. Mam w sercu i w pamięci Emilkę i wszystkie te Dzieci, które odeszły przedwcześnie. To nie miało się im zdarzyć.

Mam również w pamięci Was , Rodziców i Bliskich tych Dzieci. Niezapełniona pustka towarzyszyć będzie przecież do końca życia. 

„Zapisane w chmurze”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. (2018). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To chyba o ile dobrze rozumiem, ostatnia z serii „owocowych” okładek książka pani Beaty Majewskiej. Według mnie jest to najlepsza i najbardziej dojrzała z „owocowej” serii autorki. 

Początkowo wydaje się, że będzie to cóż, dość banalny romans. Magda, niemal czterdziestoletnia mężatka z dwójką pełnoletnich córek, bliźniaczek, które zaraz po wakacjach wyjeżdżają do innego miasta na studia. Magda pogubiła się w swoim życiu. Od ponad osiemnastu lat wiedzie je u boku Łukasza, przedsiębiorcy. Początkowo niczego im nie brakowało. Ani zdrowia, ani szczęścia, ani przede wszystkim miłości. Z czasem jednak, jak to w życiu, kierat domowych obowiązków a nadto fakt, że Łukasz jest mocno zaangażowany w pracę, sprawia, że ich życie dalekie od ideału. Przynajmniej według Magdy. Która czuje się po prostu niedostrzegana i zaniedbywana przez męża. Ale również coraz bardziej niepotrzebna córkom. 

Gorycz, zniechęcenie, to wszystko powoduje, że korzystając z długich wakacji (Magda jest nauczycielką geografii) kobieta decyduje się na samotny urlop w Rumunii. Początkowo chyba chce po prostu wyjechać, odpocząć, przemyśleć swoje życie i to co się z nim stało i dlaczego nie jest dla niej satysfakcjonujące. 

Kiedy na miejscu okazuje się, że zamiast przewodniczki po Rumunii oczekuje na Magdę dwudziestosześcioletni mężczyzna, Iulian, sytuacja przybiera zupełnie inny obrót. 

A nawet można powiedzieć, wymyka się spod kontroli. Magdę i Iuliana połączy romans, nagły, gwałtowny, taki aż do zachłyśnięcia się sobą wzajemnie. 

Iulian zachowuje się nie do końca etycznie. Nie, nie dlatego, że wdaje się w romans z mężatką bo tego ona również chce. Jednak w pewnym momencie chowa list od Łukasza czym nie daje Magdzie możliwości przeczytania informacji od męża i stwierdzenia czy wobec listu i słów, jakie tam zostały napisane, dalej chce podróżować z Iulianem.

Jednak, ponieważ niemal od samego początku mamy pewną wiedzę, możemy domyślić się motywacji chłopaka. Od razu napiszę, że nie, nie polubiłam go, chyba właśnie znielubiłam go za ukrycie listu. Ale cieszę się, że autorka nie uczyniła z niego chodzącego ideału. Zwłaszcza, że szybko orientujemy się dlaczego Iulian tak łyka życie, tak zachłannie, drapieżnie, na zapas?

Zwiedzają Rumunię i oddają się miłości do życia, do siebie, do świata. Ona wreszcie przez chwilę pozwala sobie na szaleństwo, zapełnia pustkę, która zbyt wypełniła jej życie. Czuje się kochana, doceniana, pożądana. On, cóż, zaborczo korzysta z życia. 

Poszczególne rozdziały książki rozpoczyna świetnie dobrana do treści rozdziałów poezja autorów rumuńskich za co z mojej strony wielkie podziękowania dla Autorki za to, że dzięki Niej zapragnęłam przeczytać coś z poezji z tamtego kraju. Bardzo mi się ten pomysł spodobał, tworzy niesamowite wypełnienie treści i z pewnością dodaje książce tego „czegoś” co sprawia, że staje się ciekawsza. 

Zabrzmię teraz strasznie cynicznie ale pomimo, że ta książka mnie wciągnęła (skończyłam ją czytać dziś w nocy o wpół do pierwszej ,a to o czymś świadczy) to nie spowodowała u mnie ona łez. Owszem, zakończenie jest bardzo emocjonalnie ale nie , nie będę udawać, że płakałam aczkolwiek czułam się poruszona. Sądzę jednak, że spora część czytelniczek znajdzie w tej książce coś na kształt swoistego katharsis więc szykujcie chusteczki, zakończenie na pewno jest pełne emocji. 

To osadzona w malowniczym krajobrazie wciąż nie do końca znanego u nas kraju historia o tym, co jest w życiu najważniejsze i jak trzeba cenić każdą jego chwilę.

Po skończeniu książki dźwięczała mi taka myśl w głowie, że w niektórych przypadkach, jedyne co zostanie po kimś to to, co zostanie zapisane na nielicznych fotografiach…ważne aby czerpać z życia jak najwięcej i zostawić po sobie jak najpiękniejsze wspomnienia. 

Moja ocena to 6 / 6.