Książki z motywem świątecznym…

Jesień jeszcze nie nadeszła a wydawnictwa kuszą nas już tytułami książek związanymi w mniejszym bądź większym stopniu ze Świętami Bożego Narodzenia.

Już o kilku tytułach pisałam a dziś swoje świąteczne tytuły przedstawiło Wydawnictwo Czwarta Strona. 

Znalazłam tam co najmniej trzy tytuły, które wiem, że kupię i przeczytam. Może przed Mikołajkami lub Świętami będą jakieś promocje na książki z motywem świątecznym ? Przydałoby się bo wiadomo, kieszeń nie jest bez dna 😉

Oto tytuły, które są proponowane. 

1. Joanna Szarańska „Anioł na śniegu”. To kontynuacja „Czterech płatków śniegu” i bardzo na nią czekam.

2. Karolina Wilczyńska „Spełnione życzenia”.

3. Gabriela Gargaś „Magia grudniowej nocy”.

4. Agata Przybyłek „Siedem cudów”.

5. Natalia Sońska „Uwierz w miłość, Calineczko”.

6. Agnieszka Olejnik „Randka pod jemiołą”. 

„Dziewczyna z gór”. Małgorzata Warda.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

W sprzedaży od 02.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie lubię takich książek 😛 Spytacie dlaczego? A dlatego, że to taka książka, która aby naprawdę o niej porozmawiać, poruszyć wszystkie jej aspekty, trzeba ją już znać, mieć przeczytaną. Nie lubię więc pisać recenzji o takich książkach dlatego, że bardzo muszę się pilnować aby Wam zbyt wiele nie zdradzić a zarazem zachęcić. Bo – zdecydowanie jest do czego zachęcać. Nie pamiętam czy już tu kiedyś o tym pisałam ale Małgorzata Warda jest jedną z moich ulubionych polskich autorek. Nie, nie czytałam wszystkich książek Jej autorstwa, po niektóre nie sięgnęłam celowo ale każda, którą czytałam jest niesamowicie dobrą książką wartą polecenia. Nie inaczej jest z „Dziewczyną z gór”. 
Opis na stronie wydawnictwa i w materiałach promocyjnych nie zapowiada tego, co otrzymujemy. Sądziłabym po tym, co przeczytam, że będzie to raczej coś w rodzaju kryminału z mocno uwydatnionym wątkiem psychologicznym. Oto bowiem dowiadujemy się, że jedenastoletnia Nadia została pewnej nocy uprowadzona z przyczepy kempingowej, stojącej na terenie posiadłości należącej do jej rodziny. Porywacz wywiózł dziecko w górską głuszę, która nie ma nic wspólnego z cywilizacją i ślad po nich zaginął. Tymczasem po kilkunastu latach samochód w Bieszczadach zostaje zatrzymany przez młodą kobietę. Czy jest to uprowadzona przed laty Nadia? I jak to się stało, że tyle lat przebywała poza domem? Tyle materiały promocyjne. Tymczasem my , czytelnicy, już w pierwszych słowach dowiadujemy się kto jest narratorką opowieści. A jest nią sama Nadia. Teraz już młoda kobieta, w pierwszych słowach mówi, że jest uprowadzoną czternaście lat wstecz wówczas jedenastolatką. Obecnie mieszka z Jakubem, swoim porywaczem, w głębi Bieszczad, na odludziu, z rzadka zaglądając do wioski, w której, gdy jedzie tam bez Jakuba,  czekają ją od ludzi niewygodne pytania. Od razu w nas, czytelnikach budzi się coś w rodzaju lekkiego buntu, „Ale jak to? Porwana przed laty i tak spokojnie o tym mówi? Ba, żyje nieźle, ma się dobrze, prowadzi prace i badania naukowe. A jak sama przyznaje , jest niewyjaśnionym przypadkiem w policyjnych kartotekach? Jak to wszystko jest możliwe?”.

Jak to wszystko jest możliwe dowiadujemy się z kart książki, która wciągnęła mnie niesamowicie, dosłownie nie byłam w stanie jej odłożyć. 

Lubię styl pisania Małgorzaty Wardy. Za to, że nie podaje mi gotowych tez, gotowych rozwiązań. Że prowadzi mnie przez akcję książki i to ja bez żadnych sugestii, nacisków zadaję sobie w danej chwili bądź nie, pytanie. Zżymam się , denerwuję, irytuję, nie dowierzam. 

Nadia Okołotowicz została porwana  w końcu sierpnia 2003 roku i poza domem przebywała aż czternaście lat. Dowiadujemy się co się w tym czasie działo z nią i jej porywaczem, a także stopniowo otrzymujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania „dlaczego nie wróciła wcześniej do domu?”. Dowiadujemy się też co działo się podczas śledztwa dotyczącego uprowadzenia dziewczynki , które to śledztwo w pewnym momencie zostało przerwane gdyż nikt nie wierzył, że uda się ją odnaleźć. 

„Dziewczyna z gór” to książka dotykająca mnóstwa ważnych tematów a pomimo tego, o dziwo, nie sprawia wrażenia, że jest „przeładowana”, że tak może niezbyt elegancko to określę. 

Mamy więc zatem po raz kolejny poruszony w prozie Wardy wątek zaginięć ludzi. Widzę, że z jakiegoś powodu (nie wnikam , z jakiego ) dla autorki zaginięcia i brak odnalezienia są ważne bo motyw ten jest przez Nią poruszany co jakiś czas. Po drugie, jest tu bardzo poważny wątek rodzin zastępczych i ich odpowiedzialności jak również autorka poruszyła kwestię doboru rodziców zastępczych dla dzieci i młodzieży. Pomiędzy słowami możemy wyczuć Jej niepewność i niepokój o to czy aby kryteria doboru nie są zbyt łagodne a może gdzieś jest jakaś inna przyczyna. W „Dziewczynie z gór” dowiemy się o „Domu Zła”. Wiem, do której, bardzo głośnej , bardzo smutnej i bardzo przerażającej sprawy z pierwszych stron gazet odnosi się Małgorzata Warda. I chociaż tu zmieniła wiek dzieci, problem jest wciąż ważny. Czy każdy powinien móc podjąć się bycia rodzicem zastępczym? W jaki sposób weryfikować kandydatów. A nadto, czy w chwili zgłoszenia przez podopiecznego odpowiednim instancjom swojego cierpienia i nieszczęścia, zostają na pewno wdrożone potrzebne procedury mające stwierdzić jak sytuacja wychowanka wygląda naprawdę ? W tak delikatnej kwestii jak wychowywanie dzieci , zwłaszcza często skrzywdzonych, po traumach nie ma zapewne jednego dobrego rozwiązania. A najwyraźniej wciąż dla wielu poczucie władzy staje się narzędziem zła. Nie chciałam sama sięgać do internetu do sprawy, do której pośrednio odnosi się Warda, zostawiłam to mojemu Mężowi, który w dodatku stwierdził, że nie jest w stanie. Podał mi tylko suche fakty, które przypomniały mi to piekło, które wtedy miało miejsce. Stwierdził też z lekkim niepokojem, że jego przeszukiwanie zaowocowało zaskakująco (niestety !) licznymi wynikami dotyczącymi przemocy i nieprawidłowości dziejącymi się w rodzinach zastępczych. Z drugiej strony wiem,że krzywdziłabym tych ludzi, którzy rodzicami zastępczymi są z powołania i którzy z poświęceniem i miłością wypełniają tę niełatwą, nie ma co się ukrywać, pracę. Niedawno miałam okazję wysłuchać interesującego wywiadu z kobietą, która wraz z mężem prowadzi dom zastępczy dla sporej gromadki dzieci i młodzieży. Wywiad był interesujący o tyle, że nie koloryzował. Pani na przykład opowiadała o żmudnej logistyce dowozu dzieci do przedszkoli, szkół, na zajęcia wyrównawcze czy pracę z psychologiem. Nie ukrywała, że wieczorem najczęściej, zamiast polegiwać na kanapie i zerkać na ulubiony serial, wypisuje i układa treść pismo do najrozmaitszych placówek i instytucji. Brzmi bardzo przyziemnie, a nie wzniośle, prawda? Życie.

Wracając do książki, lubię czytać posłowia samych piszących na temat ich książek i tak, przeczytałam podziękowania i parę słów od Autorki na końcu tej książki. Gdzie zwróciłam uwagę na to, że książka powstała na skutek rzucenia hasła aby Małgorzata Warda spróbowała napisać coś o „manipulacji”. To prawda, że ta książka właśnie głównie dotyczy problemu manipulacji. Powoli z jej treści dowiadujemy się co stało się w życiu Nadii, że po uprowadzeniu nie skorzystała w pewnym momencie z możliwości ucieczki. Trudno jest generalnie od tak małego jakby nie było, dziecka, oczekiwać w pełni dorosłej gotowości na wymyślenie właściwego rozwiązania każdego problemu, zwłaszcza, gdy w grę zaczyna wchodzić właśnie uczucie bycia manipulowanym. Na końcu książki dorosła już Nadia sama stwierdza, że ktoś skradł jej życie. Ale nie jest w stanie do końca stwierdzić, kto. 

Autorce udało się świetnie i wiarygodnie oddać stan ducha i samopoczucia jedenastoletniej dziewczynki w tak traumatycznej sytuacji. Wielki ukłon za tę wiarygodność bo odnosiłam wrażenie, jakbym czytała autentyczny pamiętnik ofiary porwania. Tak w ogóle psychologiczne wątki w tej książce udały się Małgorzacie Wardzie świetnie. 

To bardzo dobra książka, która mam nadzieję, że nie przepadnie w zalewie nowości (również wielu zapewne tak samo interesujących, nie to, że chcę tu teraz uprawiać jakieś porównania bo nie o to mi chodzi). Chciałabym po prostu zwrócić Waszą uwagę na „Dziewczynę z gór” bo bezsprzecznie warto.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca”. Katarzyna Droga

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2014). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po moim zachwycie nad najnowszą książką autorstwa Katarzyny Drogiej , o której to książce pisałam w tym wpisie, sięgnęłam po polecaną mi przez kilka osób książkę z cyklu „Pokolenia”. 

I również tym razem jestem bardzo zadowolona. Opowieści rodzinne , snucie ich na tle ciekawej historii naszego kraju, dodatkowo piękny język i styl książki, to składa się na lekturę, od której nie mogłam się oderwać. 

„Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca” to opowieść o rodzinie autorki. Poznajemy ją to z narracji autorki to z pamiętników Janki, jej mamy. Rozpoczyna się życie tuż po IIWŚ. Czas nastał ni to pokoju ale jakby nie do końca pewny. Jednak z czasem wiele się normalizuje. Zmęczeni faktem, że najlepsze czasy młodości przypadły na straszne czasy wojny, młodzi ludzie chcą zacząć swe życie jakby na nowo. Wiążą się z partnerami, biorą śluby, uczą się. Janka wychodzi za mąż za za Leszka Borengę. Najpierw ruszają do Poznania, gdzie młody człowiek wykształci się i zostanie lekarzem. Potem los rzuci w rodzinne strony Janki, na Podlasie. 

Pomimo, że brzmi to dość zwyczajnie, ot, opowieść o rodzinie na tle losów Polski po wojnie, zapewniam, że od lektury nie można się oderwać. Po raz kolejny odnosiłam wrażenie, że siedzę wraz z autorką , popijamy herbatę i przeglądamy stare fotografie, które przynoszą ze sobą wspomnienia. Wspomnienia te dotyczą przede wszystkim ludzi, członków rodziny Borengów i Janki ale oczywiście są też wydarzenia dziejące się w kraju , zmiany władzy w Polsce i na świecie. A w tym wszystkim kraj w powojennej odbudowie. Akcja książki dzieje się jednak przede wszystkim na powojennej prowincji, gdzie być może nowinki techniczne czy wieści na temat mody nie docierają natychmiast ale żyje się tam całkiem udanie. Leszek odnosi coraz większe sukcesy na polu medycyny, stawia właściwe diagnozy, jest lubiany zarówno przez personel jak i pacjentów. Janka, pomimo, że bardzo by chciała, nie może zajść w ciążę. Zajmuje się domem gdyż tak kiedyś , na samym początku, wymyślił Leszek. Młodzi poznają nowych znajomych, zwłaszcza, że w Białymstoku mieszkają wraz z kilkoma innymi rodzinami w Pałacu Branickich więc i okazji do spotkania sąsiada jest dużo więcej niż gdyby młodzi mieszkali w domu. 

I tak jednych się lubi, innych mniej ale jest pokój, nie ma wojny, która na nich młodych odcisnęła wieczne piętno, są możliwości. Można się uczyć, pracować, dążyć do swojej małej stabilizacji. W sklepach co prawda z zaopatrzeniem bywa różnie ale generalnie nie żyje im się w Białymstoku źle. Przyjaciele i rodzina żenią się i mają dzieci, rodzina się rozrasta. Są bardziej jak i mniej udane mariaże, jak w życiu. Są i chwile wielkiego szczęścia i ogromne tragedie. Janka zdobyła moje serce, kibicowałam jej i Leszka losom. Martwiłam się wraz z nią, że nie może doczekać się upragnionego dziecka, przy jednym wydarzeniu (które niestety, przewidziałam niemal od samego początku) rozpłakałam się bardzo. „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca” to opowieść jaką nosimy w sercu, w pamięci wszyscy, to opowieść o rodzinie na przestrzeni kilkudziesięciu lat (od roku 1945 do 1965). O rodzinie ale i o otaczających ją ludziach, którzy dla czytelnika też nie są obojętni i których losami przejmujemy się podczas lektury. 

To pięknie (podkreślam to bo i styl autorki mi się podoba i to jak poprawny jest język polski w Jej książkach ) napisana książka, która według mnie spodoba się wielu, wielu osobom, a na pewno komuś, kto lubi poznawać historię własnej rodziny i komu nie są obce zarówno wspominki jak i przeglądanie fotografii i rozmowy o bliskich, tych, którzy jeszcze żyją ale i o tych, których już z nami nie ma. Książka ma swoją kontynuację noszącą tytuł „Pokolenia. Powrót do domu”.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Dwanaście niedokończonych snów”. Natasza Socha

Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała. (2017).

Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ta książka z silnym motywem nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia a więc czasu, który lubię i do którego mam wielki sentyment, przeleżała się u mnie na półce. I dopiero zapowiedź najnowszej książki autorki spowodowała, że nareszcie po nią sięgnęłam. A kiedy już sięgnęłam, to nie byłam w stanie się oderwać.

Momo to dwudziestoośmioletnia kobieta, rozwódka, wychowywana od trzynastego roku życia przez mamę Pati i ciotkę Rebekę. Momo to skrót od jej imienia i nazwiska, który to przydomek nadał kobiecie jej tata, zanim zniknął z jej życia. Momo nosi niezabliźnioną ranę po ojcu, który pewnego dnia zniknął z życia żony i córki. Momo miała wtedy trzynaście lat, wszystko już rozumiała i nie dało się jej zamydlić oczu niczym innym niż pozwoleniem jej na zmierzenie się z prawdą. Czy jej się to udało? Niekoniecznie. Jak pisałam, kobieta nosi w sobie sporo niepoukładanych spraw, nieco smutku. I tak naprawdę, to sama siebie więzi w pudełkach ograniczeń. Ta piękna dziewczyna z rudymi włosami i piegami rozsianymi po całej twarzy, nosi na przykład jedynie czarne ubrania. Jej życie w chwili gdy ją poznajemy, pozbawione jest w sporej części barw, smaków, zapachów. Co dziwi bo zawodowo Momo jest artystką, prowadzi bowiem galerię z wykonywanymi przez siebie przedmiotami z niepotrzebnych już rzeczy. I tak, daje ona drugie życie łyżkom, opakowaniom po płytach, i wielu, wielu innym, tworząc torebki, stoliki podstawki pod umywalkę itd. 

Ta stagnacja i zapętlenie w przeszłość niedającą się ruszyć naprzód Momo wkrótce się zmieni. A to za sprawą snów, które będą śnić się bohaterce i staną się wskazówkami jak ma postępować i co dalej robić ze swoim życiem. W interpretacji tych snów pomoże jej znana z „Biura przesyłek niedoręczonych”, o których pisałam krótko w tym wpisie pani Mila.

Po raz kolejny i to nawet silniej niż w „Biurze…” miałam skojarzenia z filmową Amelią. Momo bowiem podobnie jak tamta, nie daje sobie początkowo zbyt wielu szans na szczęście i zmianę życia. 

„Dwanaście niedokończonych snów” to książka bardzo ładna, mądra, pokrzepiająca. Tak, jest w niej motyw Świąt i to właśnie z owym cudem, który się wydarzy ale jest to opowieść pozbawiona cukru i lukru a przepełniona dobrem, ciepłem i charakterystycznym poczuciem humoru. Bardzo przypadła mi do gustu postać cioteczki Rebeki, oryginalnej i klnącej jak szewc nauczycielki historii. 

Podoba mi się wrażliwość Momo, jej prawdziwość. Jej doświadczenie, które sprawiło, że zapętliła się we własnych obawach, lękach. Wreszcie – podoba mi się jej odwaga, która w pewnej chwili każe jej iść za wskazówkami, które sobie kobieta wyśniła.  Sny jej są pełne kolorów, smaków, zapachów, wszystkiego tego czego brak na co dzień w jej życiu. Z pomocą innych ale przede wszystkim samej siebie, Momo nareszcie oswoi własne lęki. Powoli, powolutku zacznie robić kroki w nowym dla siebie kierunku. Przestanie podglądać życie, jak określa jej egzystencję mama, Pati , a wstanie i otworzy szeroko drzwi do przyszłości.

To taka książka, z której wynotowałam sobie kilka cytatów, jak chociażby taki : „(…) Wspomnieniami nie wolno żyć, ale można je od czasu do czasu pogłaskać”. 

Bardzo to ładna i mądra, jak już pisałam książka, w takim nieco magicznym klimacie. Ogromnie się cieszę, że po nią sięgnęłam i bardzo ją Wam polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.

jesień nadciąga…

… a wraz z tą porą roku pojawia się coraz więcej zapowiedzi wydawniczych. A ponieważ karteczka na październik w moim notesie z zapowiedziami zapełniła się bardzo, stwierdziłam, że napiszę Wam co się ma niebawem ukazać z nowości, może na coś również czekacie?

Najpierw dwie japońskie książki. Pierwsza to mająca się ukazać w Wydawnictwie Otwartym ( sprzedaż od 08.10.2018) „Cuda za rogiem” Keigo Higashino. Nie wiem oczywiście jaka okaże się ta książka ale opis brzmi bardzo dobrze (okładka natomiast mi się nie bardzo podoba i gdybym miała się kierować jedynie nią to nie wiem czy bym sięgnęła gdyby nie to, że książka z Japonii). 

Druga książka japońska to , mająca się ukazać w końcu października książka, na podstawie której powstał bardzo ładny film (obejrzeliśmy dwa tygodnie temu i naprawdę polecam) czyli „Kwiat wiśni i czerwona fasola”. Bardzo ładna opowieść, z gatunku tych niby truistycznych czyli pokazująca to , co w życiu jest tak naprawdę najważniejsze i powinno być takie dla każdego. Ukaże się w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

19.09.2018 w Wydawnictwie Książnica ukaże się najnowsza książka Beaty Majewskiej pod tytułem „Zapisane w chmurze”. To kolejna z serii „owocowych” okładek tej autorki. 

Nie czytałam pierwszej książki z cyklu „Uśmiech losu” czyli „Kamienicy pod Szczęśliwą Gwiazdą” a mam na nią wielką chęć a tu widzę, że niebawem ukaże się już następna część nosząca tytuł „Dobre uczynki”. Premiera na stronie Wydawnictwa to 17.10.2018.

Anna Fryczkowska na swojej stronie zapowiedziała coś bardzo nowatorskiego (wcale mnie to nie dziwi, wiem, że ta Autorka lubi eksperymenty i nie boi się ich, to dobrze, to znaczy, że się rozwija) a jest to „Równonoc” , mająca się ukazać 03.10.2018 w Wydawnictwie Od Deski Do Deski. Nie będzie to lekka książka, ba, wiadomo, że będzie to bardzo trudna książka ale sądzę, że Fryczkowska napisała coś co nas zaskoczy pozytywnie i wiem, że można polecać „w ciemno”.

Anna Sakowicz wyda w listopadzie (premiera to 14.11.2018) w Edipresse Książki najnowszą swoją książkę czyli „Postawić na szczęście”.

Z kolei Natasza Socha nie zawodzi w kwestii książek z motywem Świąt Bożego Narodzenia ale już wiem, że jak to Ona, nie ulepi nam słodkości kapiącej lukrem a otrzymamy coś bardzo dobrze napisanego, mądrego. Wstyd się przyznać, że dopiero wczoraj zaczęłam czytać Jej książkę „Dwanaście niedokończonych snów” z zeszłego roku i powiem Wam,że jest bardzo dobrze. Tym razem ukaże się „Pokój kołysanek”, premiera o ile dobrze się orientuję, 31.10.2018 , tym razem w „Edipresse Książki”.

Miłośnicy a do takich się zaliczam, kryminałów autorstwa Aleksandry Marininej powinni zacząć się cieszyć bo już 03.10.2018 w Wydawnictwie Czwarta Strona ukaże się jej kryminał (ten nowszy, Anastazja Kamieńska jest już od pewnego czasu na emeryturze) pod tytułem „Niebezpieczna sekwencja”. Tym razem akcja książki dziać się ma w środowisku łyżwiarzy figurowych. Zostanie bowiem zamordowany jeden z trenerów. Brzmi ciekawie i chociaż poprzedniej książki Marininej z tego wydawnictwa czyli „Sztuki śmierci” nie dokończyłam , na tę czekam i mam nadzieję, że tym razem ją skończę. 

No i ostatnia moja zapowiedź, na którą czekam to „Byle do przodu” Olgi Rudnickiej, która ukazać się ma już 02.10.2018 w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Również w tym Wydawnictwie ukaże się 02.10.2018 „Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy. 

 

Może i Was o czymś poinformowałam tym wpisem, o czymś, o czego ukazaniu się jeszcze nie wiedzieliście i Was zainteresuje. Jakby nie było, pod kątem czytelniczym jesień zdecydowanie zapowiada się bardzo dobrze. 

 

„Zaginieni”. Patricia Gibney.

Wydana w Wydawnictwie NieZwykłe. Oświęcim (2018).

Przełożył Bartosz Czech.

Tytuł oryginalny The Missing Ones.

Wygrana w konkursie okazała się tak ciężka tematycznie jak sądziłam ale wciągnęła mnie pomimo tego. Po pierwsze, ze względu na samą postać autorki. Jak sama pisze, pisanie na poważnie stało się jej terapią po śmierci męża. I ten smutny fragment jej biografii widać w tym kryminale gdyż główna bohaterka, inspektor Charlotta Parker, nazywana przez bliskich Lottie, jest wdową i również z trójką dzieci jak Patricia Gibney. Według mnie ten motyw jest najbardziej wiarygodny i prawdziwy ze względu na to, że Gibney dokładnie wie z własnych doświadczeń żałoby po śmierci męża o czym pisze. 

„Zaginieni” to swoistego rodzaju rozliczenie z postępkami a również tuszowaniem zła jakie miało miejsce w Irlandii przez dziesiątki lat na łonie kościoła katolickiego. Wszystko bowiem, każdy ślad w tej książce, prowadzi do domu opieki dla dzieci prowadzonego przez siostry zakonne. 

Akcja książki rozpoczyna się w dosłownie końcu roku 2014 , kiedy to zostaje zamordowanych kilkoro osób. Zaczyna się morderstwem w katedrze gdy ofiarą jest mająca ponad pięćdziesiąt lat Susan Sullivan. Chwilę potem ginie kolejna osoba, tym razem mężczyzna w podobnym wieku. 

Oboje pracowali w tym samym urzędzie w Wydziale Zagospodarowania Przestrzennego. W Irlandii panuje kryzys, ziemia bywa sprzedawana za cenę niewspółmiernie niską do jej prawdziwej wartości. Czy może więc oboje zamordowanych nie miało może czegoś na sumieniu? Może weszli w jakiś podejrzany układ z kimś ze świata przestępczego? 
Lottie Parker rozpoczyna śledztwo usiłując jednocześnie ogarnąć swoje życie po stracie męża a przede wszystkim być odpowiedzialną i dobrą mamą dla trójki dzieci, z których jedynie najstarsza Katie jest już studentką. Dwójka pozostałych, córka Chloe i syn Sean, to jeszcze nastolatki. W sumie jednak wszystkie dzieci potrzebują matki tak samo, w końcu i im zdarzyła się wielka tragedia jaką jest strata jednego z rodziców. 

Jak już jednak wspomniałam, szybko orientujemy się, że cała akcja sprowadzi się do ogromu zła i potworności jakie miały miejsce w domu opieki dla dzieci imienia świętej Angeli. Bohaterów i tych złych i tych krzywdzonych jest w tym kryminale wielu ale ich losy zaskakująco się łączą. 

Jak się z czasem okaże, nie tylko inspektor Parker rozpoczęła śledztwo w sprawie tego co działo się w tym domu opieki podczas tych kilkudziesięciu lat. Jednak nawet osoby z kościoła katolickiego będą napotykały mur niemal nie do przebicia jeśli chodzi o tajemnice, które miały miejsce wśród murów ponurego sierocińca. Dla Lottie Parker ta sprawa z pewnych powodów staje się sprawą bardzo osobistą. 

Nie pomagała mi w lekturze ta przygnębiająca tematyka ale wiem, że jest to jedna z możliwości rozliczenia się z haniebnymi czynami jakie działy się w sierocińcach i domach opieki dla dzieci w Irlandii ale również, oczywiście, nie tylko tam. 

Polubiłam natomiast główną bohaterkę, jaką jest Lottie Parker, z jej niedoskonałościami, z jej ułomnościami i czekam na następną część opowieści o jej śledztwach.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Szkoła Dyrektora Dreamera”. Justyna Balcewicz.

Wydana w Wydawnictwie Skrzat. Kraków (2018).

Pomimo tego, że jest to książka dla dzieci i młodszej młodzieży, zagrałam o tę książkę na stronie wydawnictwa na Fb jako, że okładka przypomniała mi moje osobiste marzenie z dzieciństwa a mianowicie – szkołę pod żaglami. Tak, kiedy była mała potrafiłam godzinami wyobrażać sobie taką formę nauki i podróży. Jako dziecko zapewne nie miałam świadomości ,że tego typu wyprawa jest właściwie niemal nieustającą pracą ale ta świadomość, wiadomo, pojawiła się wraz z dorastaniem. Niemniej jednak okładka , na której oprócz dziewczynki z papużką na ramieniu widnieje morze i kawałek żaglowca, przypomniał mi dziecięce marzenia.

„Szkoła Dyrektora Dreamera” rozpoczyna się w pewien deszczowy poniedziałek , w Londynie czy raczej na jego przedmieściach, gdzie w domku mieszka trzyosobowa rodzina. Elizabeth, czy raczej Liz (pełnej formy jej imienia używają jedynie rodzice dążący do doskonałości) i jej rodzice, Helen i Jack.

Jak wspomniałam, rodzice dziewczynki, która ma niemal czternaście lat, są perfekcjonistami i do pełni ich szczęścia potrzebują również idealnie uczącej się córki. Cóż, kiedy akurat tu ich marzenie nie do końca zostało spełnione. Liz nie przepada za swoją szkołą a już jej prywatną zmorą są lekcje geometrii. Pewnego dnia jej ojciec słyszy w radio reklamę niezwykłej Szkoły pod Żaglami Dyrektora Dreamera. Podobno nawet najmniej rozgarnięty uczeń po pobycie na statku i nauce pod żaglami staje się zdyscyplinowanym geniuszem. Jack namawia żonę i wysyłają Liz w rejs i naukę. To znaczy im się tak wydaje ale oczywiście domyślamy się, że los spłata im figla. Co prawda, szczęśliwie ta dążąca do osiągnięcia pełnego profesjonalizmu para nie dowie się nigdy co tak naprawdę odbyło się po tym jak skończyli machać swojej córce na wybrzeżu. 

A kiedy niewidoczne już postaci rodziców znikną za horyzontem , dla Liz i dziewiętnastu innych młodych ludzi rozpocznie się niezapomniana przygoda. 

„Szkoła Dyrektora Dreamera” to bardzo przyjemna książka dla dzieci i wczesnej młodzieży. Nie ma w niej niezwykłych nieszczęść czy problemów ale jest to po prostu książka przygodowa, w której bohaterami jest młodzież ucząca się w naprawdę niezwykłej szkole. Poznajemy nie tylko Liz ale i dzieciaki, które wraz z nią zostały wysłane do reklamowanej szkoły aby zostać geniuszami i świetnymi uczniami. A przeżyły, można tak określić, przygodę swojego życia. Niezwykli nauczyciele, ciekawe zajęcia zupełnie nie przystające do nudnych wykazów zajęć szkolnych w szkołach stacjonarnych, fajni bohaterowie, no i niezwykłe miejsce, w którym odbywa się nauczanie, to wszystko składa się na bardzo przyjemną książkę, jak już napisałam, przygodową. 

I chociaż początkowo nie wszyscy będą się wzajemnie lubić czy szanować, to to, co wydarzy się podczas semestru nauki i inne wydarzenia spowoduje, że dzieci połączy niepowtarzalna więź i przyjaźń, która zaowocuje współpracą i dobrą zabawą jak również połączeniem sił w obronie tak lubianej szkoły.

Moja ocena to 5 / 6.