„Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie”. Katarzyna Gurnard

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2018).

Autorkę tego kryminału „znam” ze strony Pani Halinka , która to nieustająco mnie bawi i śmieszy a bawiłaby i śmieszyła zapewne jeszcze bardziej gdyby nie fakt, że jest tak bardzo prawdziwa. 

Słysząc, że autorka napisała kryminał zastrzygłam uchem. Na okładce książki widnieje informacja o autorce, że lubi ona książki Agathy Christie i Murakamiego więc tym bardziej chciałam poznać Jej debiut książkowy. 

Tytułowa pani Henryka faktycznie budzi skojarzenia z panną Marple znaną z kryminałów autorstwa Agathy Christie ale też szczęśliwie, nie jest jej wierną kopią. Łączy je to, że obie są samotne , nie mają dzieci . Jednak nie siedzą w domu, wychodzą do ludzi a co za tym idzie, czynią wiele przydatnych potem podczas prywatnego śledztwa, obserwacji. Pani Henryka dodatkowo ma poczucie humoru i wielbi kawę parzoną w tradycyjny sposób. Żadne tam ekspresy, żadne tam rozpuszczalne. Ma być kawa tak zwana „plujka” z dużą ilością cukru. 

Zrządzeniem losu pani Henryka otrzymuje spadek i stać ją na podróże . Jednak pora roku, w której decyduje się na wyjazd nie do końca sprzyja i w rezultacie pani Henryka decyduje się na pobyt w luksusowym i stylizowanym na angielską posiadłość hotelu o nazwie Yorkshire. Hotel w folderach reklamowych zapewnia wszelakie atrakcje dla ciała i ducha , nie wspomina, że może w nim dziać się coś więcej. A stanie się to podczas pobytu pani Henryki. I będzie to zbrodnia. Popełniona , że tak się wyrażę kolokwialnie, w dość ścisłym gronie. Kameralność zapewne tak doceniania przez osoby poszukujące spokoju i ciszy w miłym otoczeniu nie jest jednak atutem w tego typu sytuacji. 

Pani Henryka nie pozostaje bierna w sytuacji, która owszem, zaskoczyła ją ale jedynie początkowo. Nie ma czasu siedzieć i panikować, tu trzeba działać. Co też czyni starsza pani i rozpoczyna swoje własne śledztwo, nie kolidujące przecież z tym policyjnym. A samorodna śledcza ma przed sobą niewielkie grono potencjalnych morderców, z których nikt nie wydaje się zdolny do popełnienia tak okropnego czynu. A jednak, pozory najwyraźniej mylą. 

Książkę czytało mi się dobrze. Faktycznie, zgodnie z opisem na okładce, jest w niej sporo niewymuszonego poczucia humoru i taki właśnie Agathowo Christie’owo subtelny klimacik. Do tego miła bohaterka, która dla każdego znajdzie serce. Plus fragment nieco rodem ze wspomnianej wyżej przeze mnie strony Pani Halinka, czyli scena nadawania przesyłki w kurierskiej firmie 🙂 Można się pośmiać i odnaleźć wspólną nutę. 

Autorka zapowiada kontynuację dalszej detektywistycznej działalności pani Henryki więc najwyraźniej po pierwszej pozytywnie rozwiązanej sprawie, starsza pani wyraźnie na więcej nabrała apetytu. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Winne Wzgórze. Wiara”. Dorota Schrammek.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki. 

To moja pierwsza książka tej autorki i już wiem, że nie ostatnia! Bardzo , bardzo mi się spodobała ta książka, pierwsza część z trzyczęściowego (jak na razie , przynajmniej, z tego co zrozumiałam) cyklu noszącego wspólny tytuł „Winne Wzgórze”.

Winne Wzgórze to ważne miejsce dla Doroty Schrammek gdyż jest to miejsce, w którym się urodziła. I ta miłość do tej części naszego kraju jest w tej książce bardzo widoczna. Co mi się bardzo podobało bo jestem uwrażliwiona na taki rodzaj „patriotyzmu lokalnego”. Lubię, kiedy w książkach jest coś niecoś o miejscu , w którym dzieje się akcja książki. Nie musi być przewodnikowo bo przecież od szczegółów i dat są przewodniki turystyczne właśnie ale przyjemnie się czyta książkę z opisami konkretnych miejsc i atrakcji turystycznych. A co dopiero muszą odczuwać osoby, które pochodzą z danego regionu , to dopiero przyjemność. 

Winne Wzgórze to osada położona pod Czaplinkiem, w którym zamieszkali bohaterowie książki. Większość z nich trafia tam nieco przypadkowo, nie urodziła się tam. Dorota wraz z mężem Arkiem i dwoma synami, Jankiem i Pawełkiem, trafiają za sprawą sytuacji domowo rodzinnej, a głównie finansowej. W Czaplinku postanawiają prowadzić restaurację „Nóż i widelec”. Dorota rozpoczyna pracę w miejsko szkolnej bibliotece, mąż prowadzi restaurację, zaczynają mieć wrażenie, że ich sytuacja życiowa powoli się poprawia. 

Tadeusz, to wdowiec, osoba skrupulatna i aż nazbyt drobiazgowa. Wychował się w Niemczech ale ścieżkę zawodowej kariery realizował w Polsce. Emeryturę spędzi w domku na Winnym Wzgórzu. Początkowo nie budzący mojej wielkiej sympatii, z czasem pokazał, że nie jest taki niesympatyczny , jakby można o nim myśleć. 

Liliana to pracująca zbyt ciężko i zbyt wiele w korporacji młoda kobieta, która przybywa na Winne Wzgórze aby zaopiekować się babcią. Początkowo nie potrafi wyhamować z tempem jakie sama sobie narzuciła, z czasem zacznie przyzwyczajać się do tego, że na Winnym Wzgórzu żyje się w ciut innym rytmie i tempie życia, do którego była przyzwyczajona. Czy będzie w stanie całkowicie mu się poddać?
Autorka opisała też interesująco pozostałych bohaterów książki a jest ich niemało. Każdy z nich jest na swój sposób ciekawy i każdy niesie swój własny bagaż doświadczeń, tych dobrych ale i tych złych. Nie każdy z nich jest chodzącym ideałem i dzięki za to, bo od tych idealnych i będących wspaniałym we wszystkim czego się nie tkną, dostaję czytelniczego szczękościsku. 

A jednak na swój sposób każdy z bohaterów nas interesuje i jeśli nie kobicujemy jego poczynaniom , to dzięki wiarygodności opisu postaci , zdajemy sobie sprawę, że tak, otaczają nas podobni ludzie. A pewnie jakieś ich wady i w sobie możemy ujrzeć.

Podtytuł tej części , „Wiara”, również znalazł się w tej a nie innej części cyklu nieprzypadkowo. Wydarzenia dzieją się wraz z nastaniem okresu Wielkiego Postu, potem Wielkanocy i Niedzieli Miłosierdzia Bożego i dla niektórych z bohaterów akurat te daty i religijne wydarzenia, odgrywają znaczącą rolę.

Wiem, wiem, ktoś może zarzucić, że „to już było”, czyli, że motyw wsi sielskiej i grona ludzi, którzy się powoli poznają i wchodzą we wzajemne ze sobą relacje, jest dość popularny w literaturze obyczajowej. Być może ale też i nie oczekiwałam nowatorskich rozwiązań a bardzo dobrej prozy obyczajowej, z prawdziwymi bohaterami a nie papierowymi postaciami niemożliwymi do zaistnienia. Których losy poznając mogłam wzruszać się i irytować (a nawet kilka razy udało mi się uronić łzę podczas lektury). „Przyczepiam się” jedynie do wątku ornitologicznego podczas pewnego widowiskowego wschodu słońca ale to być może wynika z nieścisłości w opisie, nie jest to najważniejsze dla treści a jedynie moja ptasia fiksacja zapewne daje znać o sobie.

Miłe krajobrazy, ciekawa historia północno-zachodniej części Polski, ciekawe przepisy kulinarne, które wymieniane są zarówno w treści książki jak i podane pod jej koniec, ciekawi bohaterowie i przyjemna atmosfera, jaka panuje w książce, to wszystko złożyło się na to, że nie mogłam się od niej oderwać.

Na zapowiadanie następne tytuły z tego cyklu czyli „Nadzieja” i „Miłość” czekam więc bardzo.

Moja ocena to 6 / 6.

„Lawenda w chodakach”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. Premiera 10.07.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

„Lawenda w chodakach” to kolejna książka Ewy Nowak, którą przeczytałam i która bardzo mi się podoba. Nie mogłam się od niej oderwać, tak wciągnęłam się w podróż na kartach książki. Podróż jaką odbywają cztery osoby, dwie pary, znany nam z „Wszystko, tylko nie mięta” Kuba i jego narzeczona Magda oraz przyjaciel Kuby Wiktor i jego dziewczyna Damroka. 

Pewnego dnia wpadają na pomysł wyprawy jaką chcą zrealizować. Wyprawy autem po Europie. Z noclegami na kempingach. Pomysł na tyle im się podoba, że go zrealizują. I oto pewnego dnia ruszają z Warszawy aby przez kolejne sześć tygodni zwiedzać Europę. 

Lubię książki i filmy drogi a niewątpliwie „Lawenda w chodakach” jest taką książką. Dodatkowo trasa Magdy, Kuby, Damroki i Wiktora wiedzie po ciekawych miejscach i krajach, stąd można powiedzieć, że to bardzo dobry pomysł na książkę czytaną w czasie wakacji. Chociaż, jak to u Ewy Nowak, nie będzie tylko i wyłącznie lekko i wakacyjnie. Autorka w tej książce po raz kolejny opisuje problem niepełnosprawności (Magda jest osobą niepełnosprawną), porusza tematykę alkoholizmu, przemocy domowej. Wszystko to jednak w zrównoważony sposób bez nachalnych tez i wniosków sugerowanych czytelnikowi. 

Mama Wiktora jest pisarką. Przed wyprawą syna prosi go o czynienie notatek w zeszycie specjalnie do tego przeznaczonym. Akcję książki poznajemy więc dzięki notatkom czynionym  przez Wiktora jak i Damrokę (chociaż na te same sprawy patrzą oni w odmienny sposób) jak i opis  wydarzeń. 

Wyprawa niby to zwyczajnie turystyczna (od Monachium przez Prowansję, Lazurowe Wybrzeże, Hiszpanię, Brukselę i Holandię), stanie się jednak ważna bo prowadząca do wielu istotnych zmian w życiu bohaterów. Często w książkach nadużywa się motywu trzech osób zaplątanych w układ uczuciowy. Tu emocje odbywać się będą w szerszym gronie gdyż w początkowej fazie podróży do czwórki znajomych dołączy tajemniczy Jacek.  Postać wprowadzona nieprzypadkowo gdyż w powieściach Ewy Nowak nawet drugoplanowe postaci są po coś, z jakiegoś istotnego powodu. W tej książce będzie jeszcze parę postaci drugoplanowych, które okażą się bardzo ważne dla treści. 

Podróż, która okażę się czymś więcej niż jedynie zwiedzaniem a przy tym mimo wszystko pozostanie też jednak poznawaniem nowych miejsc, atrakcji turystycznych i po prostu momentami beztroską i leniwym spędzaniem czasu, przyniesie nie tylko zmiany w życiu niektórych postaci. Przyniesie chyba też samoświadomość postaci jak i przekonanie co do tego jak sprawdzają się w nietypowych sytuacjach. A przede wszystkim, że jakby nie było, zawsze mogą na siebie wzajemnie liczyć. 

Myślę, że trasa podróży bohaterów „Lawendy w chodakach” może stać się przyjemnym impulsem do zaplanowania własnej podróży po Europie. 

Ewa Nowak pisze bardzo dobre książki młodzieżowe. Książki, po które chętnie sięgam i ja, która co jak co ale młodzieżą już nie jestem od pewnego czasu. Wraz z zawsze interesującą treścią niosą one bowiem głębsze przesłania podane jednak w mądry i nienatarczywy sposób. 

Bardzo jak to ma zwykle miejsce w przypadku książek pani Ewy Nowak, polecam i „Lawendę w chodakach”.

Moja ocena to 6 / 6.

„Kobiety w blasku słońca”. Frances Mayes.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. 
Premiera książki 03.07.2018

Przełożyła Magdalena Rychlik. 

Tytuł oryginalny Women in Sunlight.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Dobrze, że premiera tej książki odbędzie się dosłownie „na dniach” bo osoby lubiące książki Frances Mayes, a do takich się zaliczam, nie będą musiały długo czekać na możliwość lektury.

Bardzo ale to bardzo podobała mi się ta książka. Dawno nie czytałam nic tej autorki, widzę, że chociaż wydawało mi się, że czytałam wszystkie jej książki to jednak umknęła mi książka „Pod drzewem magnolii” (muszę koniecznie nadrobić). I dawno nie czytałam czegoś tak przyjemnie napisanego, takiego optymistycznego w nienachalny sposób a po prostu opisującego bogactwo życia i jego możliwości. 

To właściwie trzy książki w jednej. Narratorka , mieszkająca w Toskanii poetka Kit Raine, opisuje swój proces twórczy przy powstawaniu książki o jej przyjaciółce, pisarce i reporterce Margaret Merrill. Mamy też trzy amerykańskie przyjaciółki, które przyjeżdżają na rok do Toskanii i osiedlają sie w bardzo bliskim sąsiedztwie Kit i jej partnera Colina. Narratorka snuje opowieść o nich, o ich procesie „zagnieżdżania się” w Toskanii i cofa w ich przeszłość, w której działo się wiele dobrego i złego. Wreszcie trzecia książka czyli historia Margaret, której hołd usiłuje oddać Kit pisząc książkę o swojej dawnej przyjaciółce. O której dowie się znacznie więcej w chwili gdy we własnej posiadłości znajdzie pozostawioną walizkę Margaret zawierającą zarówno niewydany rękopis książki jak i pewne cenne dokumenty. 

Kit poznaje swoje nowe sąsiadki czyli przybyłe z Południa Ameryki Julię, Susan i Camillę. Co mi się podobało w tej książce? Fakt, że bohaterki nie dość, że się przyjaźnią i ta przyjaźń jest faktycznie mocna i silna i mogąca przenosić góry, jak również fakt, że trzy przyjaciółki przybyłe ze Stanów Zjednoczonych do Toskanii to nie młode kobiety, stojące u progu życia a kobiety już dojrzałe. Pewnie ktoś określiłby przynajmniej jedną z nich mianem „starszej pani” i zapewne nie można byłoby oponować jednak wiek Julii , Susan i Camilli nie jest do końca taki jak wpisany w ich dokumenty. Mentalnie i psychicznie zdają się one być wciąż młode, wciąż gotowe na życie. Na życie pełnią sił! Na doświadczanie go wraz z tym dobrym co przynosi jak i z jego przeciwnościami. „Kobiety w blasku słońca” z nieprzypadkowo takim tytułem to gloryfikacja życia z możliwością przyjaźni, z możliwością miłości, z możliwością rozwoju. Przyjaźń w tej książce odgrywa wielką rolę. Poznajemy trzy przybyłe bohaterki, które poznały się podczas zwiedzania osiedla dla osób starszych i to to spotkanie stało się początkiem zarówno przyjaźni jak i postanowienia, że nie dadzą się „zamknąć” w osiedlu dla staruszków. Poznajemy też niełatwą przyjaźń narratorki i Margaret. Przyjaźń, która dla Kit nie do końca była jasna i zrozumiała, a którą uda się jej przeanalizować po odkryciu, jakiego dokona w swojej posiadłości. 

Narratorka jest bystrą obserwatorką ludzi i otaczającego ją świata i potrafi w opisie niby to zwykłych zdarzeń podkreślić to co w życiu najważniejsze. Możliwość posiadania kogoś bliskiego obok siebie, cieszenie się niby to zwykłymi rzeczami i wydarzeniami. Docenianie stabilnego życia ale i danie sobie szansy na zmianę. Bo o tym w końcu również jest książka „Kobiety w blasku słońca”. O zmianach, o sile do ich podejmowania, o odwadze jaką mamy decydując się na zmiany, często radykalne.  To również książka o macierzyństwie, o jego różnych odmianach i nie zawsze łatwych momentach. Przede wszystkim jednak to książka o sile i mocy przyjaźni. 

Dodatkowo książka zawiera piękne przykłady wierszy, pasujące do treści, opisy smakowitych uczt toskańskich, nawet jeśli odbywają się one w bardzo kameralnym gronie i piękne opisy krajobrazów i przyrody. Naprawdę czułam się podczas lektury tak jakbym towarzyszyła jej bohaterkom i wraz z nimi przebywałam w Toskanii w czasie niemal pełnego roku.

Ciekawostką jest również fikcyjna postać Margaret, której hołd chce oddać Kit. Autorka w posłowiu wyjaśnia, że chciała tym samym już jako ona sama , złożyć hołd dwóm nieżyjącym pisarkom Ann Cornelisen i Claire Sterling, które poznała w Toskanii.

Miłośnicy książek Frances Mayes z pewnością się nie zawiodą, jak i ja się nie zawiodłam.

Moja ocena to 6 / 6.

„Morderstwo przy Rue Dumas”. M.L. Longworth.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2018). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Trzebiatowska. 

Tytuł oryginalny The Murder in the Rue Dumas.

To drugi kryminał z serii kryminałów z tą samą dwójką bohaterów. Poznaliśmy ich w części pierwszej, noszącej tytuł „Śmierć w Chateau Bremont”, o której to książce pisałam w tym wpisie.

Tym razem sędzia Verlaque i jego partnerka Marine Bonnet będą obserwowali i usiłowali wyjaśnić sprawę morderstwa dziekana wydziału teologii na uniwersytecie w Aix. Starszy pan, który miał zrzec się swojego stanowiska, jednak postanowił tego nie robić ale najwyraźniej ktoś się zniecierpliwił albo istniał jakiś inny powód i została popełniona zbrodnia. 

Ciekawy jest opis wzajemnych walk i wojenek prowadzonych w środowisku uniwersyteckim. Z założenia jednak chyba na samej teologii powinno być chociaż nieco bardziej „miłosiernie”. Nic bardziej mylnego. Wzajemne niechęci i rywalizacja mają się tam dobrze.

Do tego ponownie autorka wprowadza raczej niewielką ilość bohaterów i trochę jak Agatha Christie, tworząc hermetyczny krąg „zainteresowanych”, powoli odsłania przed nami karty. Powodów zbrodni może być co najmniej kilka. Wzajemna zawodowa niechęć, zazdrość o władzę i profity płynące z bycia na stanowisku dziekana , jak również być może przyczyny osobiste. Każdy mógł mieć jakiś powód, i dwójka studentów, i część kadry uniwersyteckiej. Kto popełnił zbrodnię?

M.L. Longworth nie ukrywa bohaterów , którzy ujawnią się w ostatniej chwili. Właściwie szybko poznajemy wszystkie osoby dramatu , niemniej jednak aby poznać motywy działania wszystkich postaci, musimy książkę przeczytać. To taki dość staroświecko pisany kryminał, zdecydowanie nie przepełniony nagłymi zwrotami akcji, raczej solidny i konkretny , bez zbędnych opisów . Nie znajdziemy też tu tak lubianych w kryminałach skandynawskich analiz psychologiczno społecznych. Jednak według mnie to taka stara, dobra szkoła, mnie samej kojarząca się ze stylem Agathy Christie. Z tym, że tu akcja dzieje się w słonecznej (chociaż w tej części niekoniecznie bo jesiennej ) Prowansji. 

Dobra rozrywka dla kogoś, kto nie czeka na brutalne opisy, na przelane litry krwi i nie wiedzieć jak wymyślne sposoby na popełnienie zbrodni. Podlane to smaczkiem dobrego wina, smakowitych potraw, jakie oczywiście jedzą bohaterowie (jak Francuzi mogliby obyć się bez smakołyków). Ot, dobra rozrywka na letnie leniwe popołudnie. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Błoto”. Hillary Jordan.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2018). 

Przełożyła Adriana Sokołowska-Ostapko.

Tytuł oryginalny Mudbound.

„Błoto” udało mi się wygrać wraz z czterdziestoma dziewięcioma innymi szczęśliwcami w konkursie z dwa albo i więcej miesięcy temu. U mnie najwyraźniej musiało się „uleżeć”. I podczas gdy już chyba wszyscy znajomi dali znać, że książka jest bardzo dobra, ja sama o tym się przekonałam.

Stwierdzę tak. gdyby ktoś miał chęć modyfikować sensownie listę lektur dla klas powiedzmy, licealnych, to według mnie jest to tytuł, który bym na liście lektur widziała jak najbardziej. 

Akcja książki „Błoto” rozpoczyna się w poważnym i ważnym momencie, w którym dwaj synowie wykopują grób dla swojego ojca, zwanego w rodzinie Papą. Wbrew miłemu przydomkowi szybko orientujemy się, że Papie daleko było do ciepła, empatii czy zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Nie był to dobry człowiek. O tym, jaki był i co doprowadziło to tego, że akcja książki rozpoczyna się w takim a nie innym momencie dowiadujemy się z wielu narracji przedstawionych w książce. 

Oto chwila po tym jak zakończyła się największa jak dotąd i najpoważniejsza w skutkach wojna czyli rok 1946. Rodzina Henry’ego McAllana przenosi się na farmę w Delcie Missisipi. Laura wraz z dwiema małymi córkami w wieku przedszkolnym jedzie oczywiście „za mężem”. Do kompletu na farmę jedzie wraz ze starszym synem Papa. Młodszy syn, Jamie, dopiero powróci z frontu walk do domu. Również do domu wróci syn afroamerykańskich dzierżawców farmy, Ronsel Jackson. Wtedy postaci tego dramatu będą już wszystkie. 

Na razie jednak po początkowym opisie kopania grobu powracamy do początku tej historii. Jak stwierdza jedna z bohaterek, „Początek historii zależy chyba od tego, kto ją opowiada.” Dla Laury początek tej historii jest w miłości ale dla mnie , jako czytelnika, początek tego co później się stanie, umiejscawiam w czasie z przeniesieniem się rodziny na farmę. Początkowo miał to być dom w mieście, zrządzeniem losu jednak w rezultacie  lądują oni na farmie, która pozbawiona jest wszelkich wygód takich jak prąd czy łazienka z prysznicem (wanna to już w ogóle luksus). Laura nie jest zadowolona, ba, jest bardzo niezadowolona ale cóż. Takie czasy. Żona, chociażby nie widzieć jak dobrze wykształcona, a na tamte czasy Laura jest bardzo wykształconą kobietą, musi „iść za mężem”. Zaciska zęby i stara się wytrwać. Nie pomaga jej brak tego o czym już wspomniałam ale również Papa, który wręcz utrudnia życie wszystkim bliskim jak tylko może. Henry najmniej to widzi i najmniej się w tym orientuje bo ciężko pracuje na farmie. Ale Laura czuje się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień coraz bardziej nieszczęśliwa i opuszczona. W jej życiu nie ma miejsca na porywy namiętności i pożądanie. Jest skrupulatność i proza dnia codziennego. Plus niełatwa fizyczna rzeczywistość surowego życia na farmie i wydzierania ziemi jak największej ilości plonów. Bawełna, którą uprawiają wymaga wiele pracy i troski. Dobrze, że są dzierżawcy chociaż Henry i tak zdecydował się na redukcję liczby osób pracujących z nim.

Południe Stanów Zjednoczonych rządzi się wówczas swoimi prawami. Biali to biali, dają pracę ciemnoskórym pracownikom, którzy mają znać swoje miejsce i czuć mores przed białymi. Tyle w temacie ciemnoskórych żołnierzy walczących w wojsku amerykańskim podczas IIWŚ. Wojna rządziła się własnymi prawami, życie po wojnie na południu Stanów Zjednoczonych rządzi się innymi. Panuje przyzwolenie na rasizm i mrzonki o tym, że będzie się żyło lepiej bez względu na kolor skóry można wyrzucić do kosza po wyjściu z pociągu, którym powróciło się do domu. Ronsel szybko przypomni sobie prawa dotyczące społeczności, w której się wychował. Jego odwaga i poświęcenie w imię ojczyzny na frontach Europy najwyraźniej mają pozostać jedynie jego prywatną satysfakcją. Po powrocie do domu jest tak, jak było. Ludzie się podzieleni według koloru skóry a ci, którzy chcą to zmienić mogą zostać srogo ukarani. 

„Błoto” to bardzo dobrze napisana powieść. Ze świetnie rozrysowanymi postaciami. I tak, to o czym czytałam, to „już było”. Południe Stanów, rasizm, wzajemna niechęć czy wręcz nienawiść. Jest też zakazane uczucie i to co z tego wynika.  Są uczucia i namiętności, którym ludzie całkowicie się oddają. Ale w tej książce jest to opowiedziane w jeszcze inny sposób, w sposób, który nie czyni treści zbiorem znanych motywów a powoduje, że książka nas wciąga i zaciekawia, jest to historia niby znana a opowiedziana na nowo. 

Walka z surowością determinującą życie w siermiężnych warunkach zestawiona jest z walką z tym, co znane, z tym co wypracowane przez setki lat ale czy na pewno słuszne? Tylko czy komuś wystarczy siły aby sprzeciwić się złu? I jakie poniesie on konsekwencje.
Również ciekawe może okazać się zestawienie postaci biorących udział w tej opowieści . Laura, teoretycznie wolna i wykształcona kobieta, w rezultacie staje się niemal niewolnicą odwiecznych oczekiwań społecznych i tego co sama sobie narzuca jak każdy afroamerykański pracownik na farmie jej męża. Jamie i Ronsel, dwaj mężczyźni, których przed wybuchem IIWŚ łączyło niemal wszystko, po powrocie do domu orientują się,że łączy ich teraz więcej niż kiedykolwiek mogliby przypuszczać. Dodatkowo, w ich przypadku, okaże się, że wbrew temu co sądzili , niebezpieczeństwo nie mu się wiązać z frontem, na którym przyszło im walczyć. Prawdziwe niebezpieczeństwo czyha w niby to znanej i utrwalonej rzeczywistości rodzinnych stron. Dodatkowo książka napisana jest bardzo dobrze, nie ma tam ani jednego zbędnego zdania, każde jest istotne. 

„Błoto” pewnie nie jest książką, która rzuca na kolana bo jak wspomniałam, wiele tematów czy motywów poruszonych jest nam znanych , niemniej jednak uważam tę książkę za powieść naprawdę bardzo dobrą i zdecydowanie wciągającą. Którą na pewno będę polecała tym, którzy jej nie czytali. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Mediatorka”. Ewa Zdunek.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2018). Ebook.

Mam kłopot z tą książką. Jaki? Ano taki, że mam do niej niestety, całkiem sporo zastrzeżeń. Ale też bywało, że mnie wciągnęła. No i co tu robić? W więc? Po kolei. Zacznę od tego, że „Mediatorka” była czytana w radio i wtedy przykuła moją uwagę. Zasłuchałam się w początkowych fragmentach książki a w chwili, gdy lektorka dotarła do przełomowego fragmentu, stwierdziłam, że chcę ją przeczytać i darowałam sobie już słuchanie aby nie zepsuć sobie przyjemności. Tym bardziej, że akurat nie pasowała mi lektorka czytająca książkę w radio, Katarzyna Dąbrowska. Aktorkę znam ze słuchowiska, którego słucham i tam akurat jej postać lubię. Tu mi nie pasowała, miałam wrażenie, że nadaje bohaterce ton jakiejś zbytniej ni to niczym nie uzasadnionej egzaltacji ni to nadwrażliwości graniczącej z przesadą. Kiedy jednak zaczęłam czytać książkę okazało się, że właśnie Katarzyna Dąbrowska „czytała” tę postać świetnie. Oto bowiem, to rzadkość, autorce udało się stworzyć jedną z najbardziej irytujących bohaterek książkowych. Nie mówię, że nigdy bohaterka czy bohater mnie nie denerwują, ależ skąd. Ale ta denerwowała mnie wyjątkowo i czułam, tak tak, pewien dysonans jako, że z założenia raczej powinnam była „kibicować” postaci Marty Kołodziej. Nie udało się. Nie kibicowałam a wręcz budziła we mnie niezbyt pozytywne uczucia. 

Marta Kołodziej jest mediatorką. To z pewnością jeden z nowszych zawodów na polskim rynku pracy chociaż jestem pewna, że już naprawdę raczej większość z nas wie o jaki zawód chodzi. I chociaż nie wszyscy się z nim musieli zetknąć osobiście, wiemy, że to postać, która ma prowadzić mediacje między spornymi stronami. Czasem jest to w jej prywatnym gabinecie, dokąd trafiają strony sporu aby ustalić pewne sprawy zanim spotkają się w sądzie. Czasem jest to w gmachu sądu gdzie mediatorka czy mediator pełnią dyżury. Na pewno jest to praca trudna, wymagająca i co tu dużo ukrywać, stresogenna. Można na pewno odczuwać podczas niej zarówno niemal fizyczne zmęczenie jak i coś na kształt wyczerpania. Martę Zdunek poznajemy w trudnym czasie jej życia. Właśnie niemal dopiero co rozwiodła się z mężem. Ktoś wjechał w nią autem i jak twierdzi bohaterka, był to jej były mąż. Koło Marty zaczynają dziać się dziwne i niemiłe sytuacje, ludzie wydają się jej wrodzy, czy zaczyna tracić zmysły czy może zbyt dużo spraw, które zwaliły się kobiecie na głowę powoduje takie a nie inne jej odczucia i zachowania?

Marta jest matką dwóch córek w wieku przedszkolnym (specjalnie użyłam takiego określenia a nie „wychowuje”). Ma też ogromnie złe kontakty z matką i ojcem. Matka jej nie cierpi, uwielbia za to byłego zięcia Cezarego, którego wciąż traktuje jako pełnoprawnego członka rodziny lekceważąc i poniżając własną córkę na wszelkie możliwe sposoby.

Marta wraz z przyjaciółką zajmują się mediacją. Mają wynajęty gabinet, do którego często wpada zaprzyjaźniony z nimi kominiarz, Zbyszek. Oprócz tego bohaterka właściwie nie kontaktuje się z innymi ludźmi, nie ma żadnych innych koleżanek, znajomych, kogokolwiek z kim mogłaby weryfikować potencjalnie swoje obawy. 

Dlaczego pisząc o bohaterce użyłam określenia „jest matką dwóch córek”? a nie „Wychowuje”? Bo Marta właściwie niewiele zajmuje się dziećmi. To mój osobny zarzut do tej postaci. Dzieci, Basia i Laura, właściwie są jeśli nie powiedzonkową kulą u nogi matki to wyzwaniem, które ją ani cieszy ani satysfakcjonuje. Nie jest dla niej przyjemnością przebywanie z córkami i właśnie, wychowywanie ich. Nie sprawia jej radości patrzenie na ich rozwój, nie dopatruje się u nich potencjału na wyrośnięcie dwóch ciekawych dziewczyn, z których wyrosną kiedyś dorosłe kobiety. Czas spędzany z córkami jest dla niej raczej żmudną koniecznością, który wykorzystuje raczej na rozpamiętywanie jak tego nie znosi zamiast na skupienie się na fakcie, że chwile są tak ulotne i że wspólnych momentów za chwilę może nie być. Szybko tak się staje bowiem dziewczynki znikają z życia. Każdy czytelnik spodziewałby się w tym momencie dramatu matki. Wszak stał się jeden z najgorszych koszmarów każdego rodzica. Porwanie. I nawet jeśli jest to „porwanie rodzicielskie” to nie ma gwarancji , że sytuacji potoczy się dobrze. Jednak i tu nasza bohaterka nie traci swojej wrodzonej flegmy. Owszem, zauważa fakt zniknięcia córek ale (tak, będę teraz paskudnie złośliwa) właściwie z chwili na chwilę jest jej to coraz bardziej na rękę. W końcu może pokusić się o nowy związek, rozbudowywanie coraz większej nieufności do nowego partnera swojej przyjaciółki Betki, niejakiego Macieja. Nareszcie ma spokojny czas na pielęgnowanie niechęci do rodziców i uprawianie swojej niezaradności. 

Co na plus tej książki i muszę to zauważyć, zanim ucieknie mi z głowy, to powód, dla którego chętnie sięgnęłam po książkę słuchając fragmentów. Zaintrygowało mnie jak osoba, która para się tak odpowiedzialnym zajęciem, które może nieść ze sobą wszelkie konsekwencje, kompletnie ale to kompletnie nie radzi sobie we własnym dorosłym życiu. Czytając książkę odnosiłam wrażenie, że Marta Kołodziej powinna przeprowadzić mediacje z zagrażającą jej samej osobą. Nią samą, Martą Kołodziej. I to jak najprędzej !

Generalnie mam wrażenie, że ta książka ma nieco zmarnowany potencjał. Myślę, że można było z tego momentu zniknięcia córek z życia Marty wyprowadzić jakiś interesujący trop, coś, co nakierowałoby nas na fakt czemu właściwie jej życie płynie tak monotonnie i dlaczego ona sama praktycznie niewiele z tego życia wynosi. No i również jaka zasada powoduje, że osoba mająca radzić innym wydaje się być osobą, która pierwsza takiej rady potrzebuje. I czy w jej stanie emocjonalnym na pewno jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Niestety, miałam wrażenie, że wszystkie te momenty , które miały potencjał zmienić się w interesujący wątek, bywały ukrócone do minimum i jakiegoś jedno czy dwu zdaniowego podsumowania. Szkoda. Bywało, że treść ratował całkiem niezły i niewymuszony humor ale to chyba za mało jak na książkę, która jednak z założenia raczej komedią być nie miała. 

Szykuje się ciąg dalszy „Mediatorki” ale w obecnej chwili raczej nie sądzę abym po nią sięgnęła. Może jednak ktoś inny odniesie odwrotne wrażenie, czego oczywiście życzę. 

Moja ocena to 3 / 6.

„Książki, przez które zginiesz”. Jan Szymański.

Wydana w Wydawnictwie Po Godzinach. Truskaw (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Macie ochotę na książkę sensacyjną, kryminalną ale raczej sensacyjną, z archeologią w tle? Dodatkowo czy chcecie przenieść się na kartach książki do Meksyku i Gwatemali? Jeśli na powyższe pytania odpowiedzieliście dwukrotnie „tak” wielce prawdopodobne jest , że „Książki, przez które zginiesz” to lektura, po którą chętnie sięgniecie.

Autor, z wykształcenia archeolog, postanowił umieścić akcję książki w dość, przyznajmy, egzotycznych krajobrazach. Oto bowiem bohaterowie książki spotkają się najpierw w Meksyku, to Paweł, archeolog, który ma pracować na wykopaliskach i Annie, australijska pilotka i obieżyświatka. A już w Gwatemali, kompletnie nie ze swojej winy, dołączy do tej pary Jorge. Awanturnik, włamywacz, erudyta samouk nade wszystko kochający książki. 

Annie i Paweł mający początkowo nadzieję na spokojne odwiedzenie ważnych stanowisk archeologicznych szybko zorientują się,że ich plan spalił na panewce. Niemniej jednak początkowo mogą wziąć to za dodatek do podróży. A cóż takiego? Ano podsłuchaną rozmowę przestępców. Nie wiedzą jednak, że odbędą widowiskową przygodę w dżungli , gdzie nie tylko przemytnicy narkotyków, czy przemytnicy ludzi stanowią realne zagrożenie. 

Jak głosi plotka, nie tak dawno jakiś gwatemalski wieśniak znalazł część fragment księgi Majów. Zabytku wprost bezcennego. Podobno znalazł ją w objętej klątwą jaskini ukrytej w głębi dżungli. Annie i Paweł nawet nie mogą podejrzewać, że przyjdzie im nie tylko zrezygnować z pierwotnego planu ale że też zostaną wplątani w niezwykłą ale przede wszystkim niebezpieczną intrygę. Kiedy to ich życie zawiśnie dosłownie na włosku. 

Do tego pojawi się Jorge, o którym już wspomniałam. Zmuszony przez szefa jednego z największych gangów do tego aby szukał owej tajemniczej i najwyraźniej jednak gdzieś dobrze schowanej księgi. Cała ta trójka spotka się więc w pewnym momencie akcji książki.

„Książki, przez które zginiesz” zawierają motyw książek, które są istotne a takie motywy zawsze lubię w lekturze. Podobało mi się zogniskowanie wokół ksiąg i ich różnych aspektów akcji książki. Muszę jednak nieco się „przyczepić” . Otóż jak dla mnie ta książka była nieco zbyt przegadana. Chyba po książce sensacyjnej, w dodatku z wartko dziejącą się akcją, oczekuję nieco mniej szczegółów i tekstu. Ale to ja a być może ktoś inny wcale by na to nie narzekał, zastrzegam więc, że jest to tylko moja subiektywna opinia. 

Co mi się jeszcze podobało ? Oczywiście sam motyw archeologii i tajemniczych , zaginionych artefaktów. Już możliwość odkrycia przez kogoś ksiąg o tak wielkiej wartości budziła we mnie jako czytelniczce , dreszcz emocji. No i po raz kolejny czytam u autora będącego z wykształcenia archeologiem, że ludzie mają o tym zawodzie całkowicie błędne mniemanie i chyba tak naprawdę niemal żadną wiedzę. Nie, dinozaury nie są odkrywane przez archeologów.
Na pewno autor przemycił w treści sporo poczucia humoru, co cenię, bo zawsze dodaje to książce smaku. Są też ciekawi bohaterowie a przy tym jeden z nich, budzący postrach ponadczterometrowy potwór 🙂 Jaki? Zapraszam do lektury książki.

Myślę, że jest potencjał na jakąś kontynuację, tym bardziej, że jeden z wątków został jakby nieco zawieszony ale być może to jedynie moje pobożne życzenia czytelnika. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Droga Smoczych Źródeł”. Janie Chang.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. 

Przełożyła Alina Siewior-Kuś.

Tytuł oryginalny Dragon Springs Road. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po „Drogę Smoczych Źródeł” sięgnęłam chętnie bo interesuje mnie wiele, co z Chinami w tle a tu dodatkowo sama notatka brzmiała na tyle zachęcająco, że się skusiłam. I nie żałowałam. 

Akcja książki dzieje się w Szanghaju, we wczesnych latach początku ubiegłego wieku, do roku 1920. 

Akcja książki rozpoczyna się dramatycznym wydarzeniem w życiu kilkuletniej Jialing. Oto bowiem zostaje ona porzucona przez ukochaną matkę. Na początku oczywiście dziewczynka nie zdaje sobie z tego sprawy ale szybko okazuje się, że dziewczynka została na świecie sama. Sama bo jej sytuacja życiowa jest niełatwa już nie tylko dlatego, że matka z jakiegoś powodu opuściła dziewczynkę ale również dlatego , że Jialing jest „zazhong” czyli Euroazjatką. Pierwsze określenie, którym przez całe życie będą słowem karać ją ludzie, naznaczone jest oczywiście negatywnie. Malutką dziewczynką zaopiekuje się rodzina Yangów ale nie bez korzyści dla siebie, mała Jialing bowiem jest ich służącą. Zaprzyjaźnia się jednak ze swoją równolatką, Anjuin. Stają się one dla siebie jak siostry. 

Byłaby to jedna z wielu podobnych może opowieści gdyby nie elementy magiczne pojawiające się w tej książce. Oto bowiem od zawsze Jialing towarzyszy Lisica. To duch Lisa , który w postaci Lisicy a często kobiecej, pomaga małej dziewczynce w nowej sytuacji. Jialing początkowo nie traci nadziei na to, że jej matka kiedyś do niej wróci, lecz mijają lata , sytuacja polityczna się zmienia a ukochana mama nie wraca. 

Splot przypadków sprawia, że małej Jialing udaje się skończyć szkołę , niemniej wciąż po jej zakończeniu pozostaje ona w sytuacji niemal bez wyjścia. W Szanghaju zawsze pozostanie „obca” jako „zazhong”. Na początku ma jeszcze nadzieję, że uda się jej zatrudnić w którymś z domów obecnych w Chinach Europejczyków, jednak wychodzi na to, że dziewczyna w jej sytuacji zostaje skazana na ostracyzm społeczny i na to, że może zostać jedynie czyjąś utrzymanką. Ta warstwa książki podobała mi się bardzo, nie tyle sam problem dziewczynki, co opisanie go. Bycie wykluczoną zdecydowanie i od samego początku decydowało o tym jaki los spotka później dorosłe już kobiety będące Euroazjatkami. Można było na swój sposób z tym walczyć ale nie udawało się wejść na szczyt. Dla Chińczyków takie dzieci były nieważne i pogardzane. 

Towarzyszymy dziewczynce w jej wczesnych latach dzieciństwa, pierwszych przyjaźniach i nieustanną tęsknotą za matką, która ją porzuciła. Potem czytamy o czasie, gdy zmienia się ona w młodą kobietę. Aura magii i starych chińskich wierzeń nie jest tu nachalna ale wpleciona właściwie w postaci Lisicy stanowiącej wielkie wsparcie młodej kobiety. 

Zmieniająca się sytuacja polityczna jak również wkroczenie w dorosłość zmieni również przyjaźń obu dorastających w posiadłości Yangów dziewcząt, Jialing i córki pana domu, Anjuin. Kiedyś jak siostry, po latach stracą z pewnych powodów tak dobry kontakt. 

Młoda Jialing zostanie też wmieszana w poważną sprawę, której konsekwencje staną się dla niej bardzo poważne i zdeterminują jej dalsze kroki już jako kobiety.

To ciekawa opowieść, właśnie po prostu interesująco napisana książka fabularna, która ma szansę stać się bardzo dobrą lekturą wakacyjną wziętą ze sobą czy to na dalszy czy na bliższy wyjazd. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Ślepy archeolog”. Marta Guzowska.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2018). Ebook.

Zostałam ostatnio, w innym miejscu, nieco „sprowokowana”. Poniekąd i mnie ktoś wywołał do odpowiedzi pytając czy to możliwe, że tak się wszystko z nowości wydawanych podoba i że dlaczego blogerzy książkowi nigdy nic nie skrytykują a jeśli to rzadko.  Rozwinęła się dyskusja, w której padło wiele argumentów i wyjaśnień. Czasem od blogerów książkowych, częściej o ile pamiętam , od osób nie piszących blogów. No ale. Za większość blogerów książkowych się nie wypowiadam, wypowiadam się jedynie we własnym imieniu. A moja opinia jest taka. Otóż , biorąc się za książkę , nawet wybierając ją do recenzji, nie biorę wszystkiego „jak leci”. Znam jednak mniej więcej swój własny gust książkowy i sięgam albo po sprawdzonych autorów, a i tu bywają skuchy jak z ostatnio u nas wydanym kryminałem Indridasona czy z rzadka , naprawdę z rzadka pójdę na lep promocji i skuszę się na coś co do mnie kompletnie nie przemawia (tomik wierszy Rupi Kaur) , no ale jednak generalnie sięgam po coś, co przypuszczam, że może mi się spodobać. No i generalnie stąd wynika u mnie to, że ja raczej nie krytykuję. Nie, nie obawiam się, że autor się obrazi (wychodzę z założenia, że jeśli krytyka jest w miarę sensownie wyrażona to mądry autor się nie obrazi a personalnie nikogo nie „tykam”), ani też, że wydawnictwo przestanie ze mną współpracować (nawet jakby to tadam, stać mnie wciąż na książki, to jedna z moich niewielu słabości i nałogów). No więc. Po tym długim wstępie przypomnę, że też nie jest tak, że wszystko mnie zachwyca. Czasem daję temu wyraz pisząc opinię ale zaznaczam, że wiem, że są osoby, którym akurat ten styl i na przykład wtórność , o dziwo, może się spodobać. Poza tym, staram się naprawdę podchodzić do gatunków indywidualnie. I nie zamierzam wstydzić się, że często oceniam wysoko sensację, jak chociażby ukochane przygody Jacka Reachera bo uważam te książki za bardzo dobrą rozrywkę, stricte rozrywkę, sensację i ot, dobry pomysł na spędzenie czasu przy książce gdy chcę się rozerwać. Nie będę tego porównywać z psychologiczną powieścią czy poezją. Porównuję raczej gatunki między sobą i wyciągam wnioski i stąd moje oceny.
No dobrze, wciąż nie napisałam czemu ten wstęp taki długi. A jest on zapowiedzią tego, że dzisiaj nieco się jednak „przyczepię”.

Do czego? Do paru spraw. Po pierwsze, nie, nie podoba mi się ten tytuł. On jest wyjaśniony w treści wiem, generalnie świetnie pasuje do postaci głównego bohatera, Toma Mary, archeologa pracującego przy wykopaliskach na Krecie. I tak, wiem, on ma właśnie taki być, bucowaty, hardy i określający swoją niepełnosprawność właśnie tak a nie inaczej (domyślam się, że jest to jakaś próba oswojenia się z tą niepełnosprawnością) no ale mnie nie pasuje. Nic na to nie poradzę, strasznie mi to zgrzyta. Z posłowia Pani Marty Guzowskiej wiem, że Ona doskonale wie, że to niezbyt ładne określenie, sama za to przeprasza. Podczas prac nad książką konsultowała się z panią niewidzącą od urodzenia , która sama stwierdziła, że to raczej niezbyt ładne określenie ale też zrozumiała, że to ma być część postaci Toma no ale mnie zgrzyta i już. Jakoś tak nie do końca chyba w dzisiejszych czasach, które i tak są zawsze zbyt ciężkie dla osób niepełnosprawnych. No ale to jest moje SUBIEKTYWNE , że przypomnę wrażenie. Po prostu piszę, co mnie osobiście drażniło.  Druga sprawa to masa, naprawdę masa przekleństw i wulgaryzmów. Również orientuję się, że postać Toma Mary nie jest najbardziej subtelną postacią jaką się udało skreślić na kartach książki ale ponieważ w pewnym momencie odnosiłam wrażenie, że tych przekleństw jest zbyt dużo i padają ze strony niemal wszystkich bohaterów więc jakoś to mnie również irytowało.

No i również, ostatnia rzecz, której nieco się przyczepię, jakoś nie do końca zagrał mi sam wątek kryminalny, to znaczy chyba liczyłam na bardziej spektakularny powód tego co się dzieje na kartach tego kryminału. 

A teraz o tym co mi się podobało. Po pierwsze, super opisana praca archeologów. Z pewnych powodów wiem raczej jak wygląda ta praca. Ale podejrzewam, że jednak wciąż wiele osób myśli sobie , że jest to przygoda na miarę przygód pewnego słynnego filmowego archeologa i że podczas takich wykopalisk, co i rusz natyka się a to na złotą nausznicę a to na pierścień. I że w ogóle cud miód i orzeszki. A tu nic bardziej mylnego. Jest to żmudna i raczej niewygodna pod względem fizycznym praca, bardzo skrupulatna i raczej , cóż , monotonna podczas większości prac. Co nie oznacza, że dla osoby kochającej ten zawód nie jest wciąż interesująca. Ale do tego dochodzą jeszcze prace biurowe. Odnalezione zabytki czy raczej ich szczątki należy przecież skatalogować, opisać, rozdzielić na rozmaite grupy itd. No więc i samo stanowisko archeologiczne i sama praca archeologów opisana jest tu bardzo ciekawie i sądzę, że otworzy oczy wielu na to jak naprawdę wygląda ta praca. Jak już wspomniałam, Tom Mara pracuje na wykopaliskach na greckiej wyspie Kreta. Jest niewidomy ale w żaden sposób nie przeszkadza mu nie dość, że wykonywać swojego zawodu profesjonalnie co szybko piąć się po szczeblach zawodowej kariery. 
Ma pod sobą spory zespół ludzi. Jak udaje mu się pracować i w ogóle żyć tak jakby niemal nie istniała jego niepełnosprawność? Tom Mara liczy kroki i zapamiętuje w ten sposób plan pomieszczeń czy miejsc, w których się znajduje. Ludzi stara się odróżniać po zapachach i głosach. Niektórzy dają się odróżnić w bardzo istotny sposób , inni zaś stanowią dla niego wciąż zagadkę. Jednak, jakby nie było, udaje mu się spokojnie prowadzić prace wraz z zespołem i prowadzić interesujące i satysfakcjonujące go życie. 

I oto , w początkach wrześnie kiedy prace na wykopaliskach trwają w najlepsze, pośród wykopów zostają znalezieni ludzie. Mężczyzna i kobieta, którzy wkrótce zostają zidentyfikowani przez miejscową policję jako małżeństwo z Polski. To małżeństwo zostaje znalezione wraz z torbą, w której znajdują się potłuczone kawałki ceramiki z wykopaliska archeologicznego. Wkrótce po tym wydarzeniu wokół Toma Mary zaczynają dziać się bardzo różne i niezbyt przyjemne sytuacje i wydarzenia. Archeolog orientuje się, że ktoś zaczyna z nim bardzo niebezpieczną grę. Grę o najwyższą stawkę jaką jest życie ludzkie. Grę obarczoną faktem , że przeciwnik widzi a Tom Mara, co wiemy, nie więc z góry jest na słabszej pozycji. Jednak nie z nim takie numery, nie zamierza poddać się bez walki i rozpoczyna się gra z gatunku tych niebezpiecznych i z jedynym możliwym do zaistnienia zakończeniem. 

Co mi się jeszcze bardzo spodobało w tym kryminale? Opis życia głównego bohatera a raczej jego radzenie sobie ze swoją niepełnosprawnością. Można powiedzieć, że Tom właściwie na co dzień nie odczuwa tego, że nie widzi , porusza się i funkcjonuje dobrze. Ciekawa jestem jak oceniłyby to osoby niewidzące, czy ze wszystkim by się zgodziły. 

Ten kryminał i książka sensacyjna w jednym czyta się bardzo dobrze i szybko, również ze względu na dziejącą się akcję książki, w której wierzcie mi, nie ma miejsca na zbędne przegadanie, postoje i nudę. Gdybym tylko otrzymała nieco bardziej uzasadnioną intrygę kryminalną, która by mnie przekonała. To znaczy w sumie wiadomo dlaczego Tom Mara owego września nie spędził spokojnie czasu na wykopaliskach ale czegoś mi zabrakło, jakiegoś mocniejszego akcentu, który dobitniej wykazałby skąd właściwie wziął się przeciwnik Toma. I jak doszło do misternie skonstruowanej intrygi, którą ktoś stworzył wokół jego postaci. Niby znów wychodzi na to, że ludźmi często powodują instynkty z gatunku tych najniższych ale chyba chciałam to przeczytać z nieco bardziej spektakularnym uzasadnieniem. 

Podsumowanie z mojej strony jest takie, że całość czytało mi się bardzo dobrze ze względu na opisy pracy archeologów, oczekiwałabym nieco mniej przekleństw i być może nieco bardziej uzasadnionych powodów zbrodni. Ale generalnie to z pewnością jest to kryminał, który spodobał mi się o wiele bardziej od kryminału autorki „Wszyscy ludzie przez cały czas” ale o wiele , wiele mniej od fantastycznych przygód awanturniczej Simony w „Chciwości”. 

Moja ocena to 4.5 / 6.