Wydana w Wydawnictwie Helion / Sensus. Gliwice (2018). Ebook.
Ta książka jest dla mnie prezentem od znajomego, któremu to tą drogą ponownie dziękuję bardzo bowiem jest to prezent z gatunku najlepszy bo książka, to raz, a dwa, bardzo wartościowy ze względu na treść.
Od razu napiszę, że do czasu sięgnięcia po tę książkę nie znałam ani autorki ani jej miejsca w sieci noszącego nazwę „Manufaktura splotów”. Obce mi więc co a tym idzie były jej słowa do najwyraźniej sporego grona czytelniczek z pewnego miejsca społecznościowego. „Manufaktura codzienności” bowiem to wpisy, rodzaj felietonów jak dla mnie, autorki, które jak rozumiem były wcześniej w tej bądź podobnej formie publikowane. Dla mnie jednak to było pierwsze spotkanie z rozważaniami, z myślami pani Joanny Matusiak i z radością odkryłam w Niej „siostrzaną duszę” (przecież nie napiszę „bratnią”).
Te rozważania, myśli, refleksje, felietony bardzo osobiste skierowane do czytelnika wynikają po trochu z potrzeby autorki rozmowy z drugim człowiekiem a po trochu zapewne wynikają z tego, czym również zajmuje się zawodowo. Nie wiem czy dobrze określę ale jest nauczycielem (nie przepadam za określeniem „trener personalny” a od „couch” w ogóle lekko dostaję szczękościsku). Nauczyciel podoba mi się najbardziej i na osobisty użytek tych moich słów o książce tak właśnie ewentualnie zamierzam określać jedno z zajęć autorki.
Albowiem nie tylko nauczaniem czy pomaganiem , wspieraniem innych się zajmuje.
Skupmy się natomiast na książce bo o niej chcę pisać. Co mnie zachwyciło w tych słowach Joanny Matusiak? Szczerość. Szczerość przede wszystkim. Siostrzaność duszy autorki odkryłam w podobnym podejściu do wielu spraw, między innymi właśnie w szczerości. Objawiającej się zarówno w tym co i jak mówimy do innych ale przede wszystkim w nieudawaniu kogoś innego.
Ja mam podobnie jak autorka, zarówno na blogu jak i na Fb nie jestem w stanie udać innej niż jestem. Nie podoba się komuś? Trudno. Czy coś tracę bo ktoś zrazi się do mnie takiej jaką jestem? Być może, tego nie wiem, wiem, że na pewno udawanie, zakładanie masek jest mi obce. To samo autorce i już za to Ją polubiłam. Kiedy czytałam jej słowa , jej felietony na rozmaite tematy, właściwie taki rodzaj dziennika codzienności, odczuwałam zbieżność w odczuwaniu wielu spraw, w podejściu do wielu aspektów życia. Chociażby to, co napisała o przyjaźni, albo o tym, że od pewnego czasu zrobiła porządek w relacjach z innymi i nie otacza się nadmiarem osób a ma przy sobie te, z którymi relacje są dla Niej wartościowe i wnoszą coś w jej życie. Od pewnego pamiętnego roku mam dokładnie tak samo. Trzymam z osobami, które coś wnoszą w moje życie bądź z tymi, dla których ja jestem ważna.
Co mi się jeszcze podobało w tej książce? To, co się czuje, a mianowicie, że autorka lubi ludzi, ale przede wszystkim lubi też siebie. Ja wiem, że dla wielu to niemal obrazoburcze stwierdzenie ale ja się ponownie znów pod tym mogłabym podpisać bowiem od dawna jestem przekonana, że nikt tak człowieka nie będzie lubił, nikt tak go nie rozpieści jak on sam i nie dobra materialne mam tu na myśli, co sądzę, że akurat Wiecie.
Joanna Matusiak to piewczyni spokojnego, życia, szacunku kierowanego w stronę drugiego człowieka. Zwolenniczka prawdy ale wyrażanej w grzeczny sposób. Propagatorka empatii. Przypominającą, że naprawdę wiele zależy od nas, że na większość spraw (bo wszyscy wiemy, że są sytuacje, na które nie mamy wpływu) możemy jakoś wpłynąć a to, że najczęściej rozprawiamy o naszych marzeniach a nie realizujemy je wynika najczęściej z naszego własnego lęku przed działaniem a najczęściej nie tyle przed działaniem co samą mającą nastąpić wskutek działań – zmianą.
Z autorką łączy mnie również na pewno to, co można określić jako „kolekcjonowanie” wspomnień, dobrych chwil dobrych zdarzeń. Ja też od pewnego czasu staram się bardzo zapamiętywać te drobne rzeczy, sprawy, które mnie uszczęśliwiają. Nazywam je, o czym wiedzą moi znajomi, „szczęstkami”. Niedawno taką szczęstką było czyjeś stwierdzenie (potwierdzone potem przez kilkoro znajomych), że mam miły , ładny głos. Niby drobiazg a zrobiło mi się naprawdę przyjemnie.
Autorka jest też mamą i już od niedawna, babcią i chociaż akurat na tematy „dzieciowe” w książce jest dość niewiele to jedno zdanie ogromnie mi się spodobało. Jedno a treściwe i niby to człowiek wie a jak często o tym się zapomina. A mianowicie, że to, za czym całe życie gonimy , za tym najprawdopodobniej gonić będą potem nasze dzieci. Jaka to prawda! Nauczmy naszych dzieci, jak ważne jest to aby szanować drugiego człowieka i aby żyć tak aby nie sprawiać innym bólu. Wiem, brzmi banalnie ale to wcale nie jest ani proste ani banalne jak by ktoś chciał to zbagatelizować.
Te słowa Joanny Matusiak, ten jej dziennik codziennych wydarzeń, okraszony ładnymi zdjęciami autorstwa samej Joanny Matusiak, to wszystko składa się na bardzo ciekawą, wartościową (na pewno dla mnie ) książkę, która według mnie wcale nie jest stricte poradnikiem a przynajmniej wcale nie musi być tak tylko traktowana. To jak długa i serdeczna, nieprzerywana rozmowa z przyjacielem. To jak czas, którego wciąż nam tak brakuje, a który został dla nas poświęcony przez drugiego człowieka aby usiąść i coś nam przekazać.
Do mnie to ogromnie trafiło. Znajomy, który mi tę książkę sprezentował, stwierdził iż jest to książka z gatunku tych, które powinno się czytać powoli, smakując jej treść, odkładając ją i powracając do niej. Też sądzę, że po pierwszej lekturze będę do niej zaglądała , wybierała być może dany rozdział, który mi będzie w danej chwili potrzebny. To również ta chwila, kiedy ja, miłośniczka ebooków stwierdzam, że tę książkę ogromnie chciałabym mieć jednak w wersji papierowej, właśnie w celu pozaznaczania sobie co bardziej przyjemnych, ważnych treści.
Zdanie, które sobie wypisałam specjalnie do okraszenia tej recenzji to, cytuję „(…) Moją pasją jest życie i wszystko, co ono mi przynosi”. I to się czuje !
Mnie się ogromnie podobała i moja ocena to 6 / 6.
