polecamy sobie zabawne książki…

…o Wy na taką moją propozycję?
Polećmy sobie książki naprawdę śmieszne, które rozbawią. Oczywiście pomysł kieruję do osób, które lubią się śmiać podczas lektury (ja bardzo lubię).

Ja proponuję oczywiście cykl o Arystokratce Marii Kostce autorstwa Evzena Bocka. Również , o czym często wspominam , „Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome. No i ostatnie książki Olgi Rudnickiej, zwłaszcza „Zbyt piękne” (już niedługo się pojawi w księgarniach i wtedy zainteresowani będą się mogli przekonać).

A co Wy proponujecie?

„Arystokratka na koniu”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2018). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka na koni. 

O kontynuacji „Ostatniej arystokratki”, o której pisałam tu i „Arystokratki w ukropie” mającej ukazać się na polskim rynku wiedziałam i …można powiedzieć, że dosłownie odliczałam dni do ukazania się książki na polskim rynku. I? I dobrze, że odliczałam bo okazało się, że słusznie. Jeśli miałam jakieś obawy przed tym jaka się okaże ta książka , czy rozbawi mnie tak samo jak zrobiły to dwie poprzednie części to obawy te okazały się niesłuszne. Książka zdecydowanie jest tak samo zabawna jak poprzednie i śmiałam się na niej równie często jak podczas wcześniejszej lektury. Tak więc uprzedzam lojalnie, nie jest to książka, którą można wziąć na jakiś przynudnawy wykład i czytać cichaczem pod stołem 🙂 Wybuchy śmiechu Was zdradzą.

Są wakacje roku, który w wielu utkwi w pamięci bowiem jest to rok śmierci księżnej Diany , postaci tak ważnej dla matki Marii, głównej bohaterki. Znów narrację poznajemy z ust Marii a także z jej listów do Maksa, wobec którego żywi uczucie.

Maria wraz z ojcem i jego pracownikami (a ci, którzy czytali wcześniejsze części wiedzą, że jest to istna galeria oryginałów) usiłują jakoś „prząść”, że się tak kolokwialnie wyrażę czyli zarobić na turystach mających zwiedzać Zamek Kostka. Nie jest to takie trywialne i Milada próbuje nieustannie wymyślić jakiś dobry chwyt reklamowy mogący skłonić turystów do odwiedzenia Kostki właśnie. Różnie z owymi pomysłami bywa a najczęściej jest tak, że to, co Milada uważa za pomysł dobry dla Marii jest raczej nie do przyjęcia. 

Dodatkowo na Zamku Kostka znienacka pojawia się władająca niemczyzną (chociaż nie tylko) ciotunia Nora. Którą to początkowo ojciec Marii chce wyrzucić z zamku ale ciotuchnę przygarnia litościwa Maria, która i tak ma wciąż dylematy z jak wielu spraw musi się spowiadać. 

Tak czy inaczej, jest dobrze a nawet bardzo dobrze. Moja ulubiona scena to ta, w której do zamku zmierzają ubrani na czarno panowie z teczkami. Panowie ci wyglądający na urzędników spowodują atak paniki w zamku, ale nic więcej nie chcę pisać aby nie psuć Wam lektury. 

Wiem, że wielbicieli „Arystokratki” nie muszę namawiać do lektury tym bardziej , że wszyscy mi znani już przeczytali „Arystokratkę na koniu” ( co zważywszy na fakt, że ukazała się 27 lutego pokazuje jak wszyscy na tę książkę czekaliśmy).

Jeśli jesteś na etapie poszukiwań książki naprawdę śmiesznej (a nie takiej, co do śmieszności której ma przekonywać okładkowy blurb), takiej, która pozwoli ci się odprężyć i naprawdę ubawić to cala seria opowieści o Marii i jej rodzinie i pracownikach jest jak najbardziej godna polecenia. 
Ja już nie mogę doczekać się części czwartej.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.

od wczoraj…

…terrarium naszych patyczaków zamieszkuje jeszcze jeden osobnik, po przejściach . Mam nadzieję, że u nas znajdzie spokój i dojdzie do siebie. W czym mogą mu pomóc trzy nasze patyczakowe panie. A ponieważ wiele wskazuje na to, że ów nowy mieszkaniec jest panem, stwierdziłam wczoraj , że to nawet fajnie bo a nuż doczekamy się młodych ? I tylko nie wiem, pojęcia nie mam, dlaczego P. kiedy usłyszał, że typuję , że to samiec złapał się za głowę i wykrzyknął „Ojej , to jak on sobie biedak poradzi z trzema kobietami!”. 

No, naprawdę nie wiem 😛

Dopisek. Po bliższych oględzinach stwierdzam, że jednak to chyba kolejna samiczka. Niemniej jednak wciąż nie wiem o co mogło chodzić P.. 🙂

 

„Manufaktura codzienności”. Joanna Matusiak.

Wydana w Wydawnictwie Helion / Sensus. Gliwice (2018). Ebook.

Ta książka jest dla mnie prezentem od znajomego, któremu to tą drogą ponownie dziękuję bardzo bowiem jest to prezent z gatunku najlepszy bo książka, to raz, a dwa, bardzo wartościowy ze względu na treść. 

Od razu napiszę, że do czasu sięgnięcia po tę książkę nie znałam ani autorki ani jej miejsca w sieci noszącego nazwę „Manufaktura splotów”. Obce mi więc co a tym idzie były jej słowa do najwyraźniej sporego grona czytelniczek z pewnego miejsca społecznościowego. „Manufaktura codzienności” bowiem to wpisy, rodzaj felietonów jak dla mnie, autorki, które jak rozumiem były wcześniej w tej bądź podobnej formie publikowane. Dla mnie jednak to było pierwsze spotkanie z rozważaniami, z myślami pani Joanny Matusiak i z radością odkryłam w Niej „siostrzaną duszę” (przecież nie napiszę „bratnią”).

Te rozważania, myśli, refleksje, felietony bardzo osobiste skierowane do czytelnika wynikają po trochu z potrzeby autorki rozmowy z drugim człowiekiem a po trochu zapewne wynikają z tego, czym również zajmuje się zawodowo. Nie wiem czy dobrze określę ale jest nauczycielem (nie przepadam za określeniem „trener personalny” a od „couch” w ogóle lekko dostaję szczękościsku). Nauczyciel podoba mi się najbardziej i na osobisty użytek tych moich słów o książce tak właśnie ewentualnie zamierzam określać jedno z zajęć autorki.

Albowiem nie tylko nauczaniem czy pomaganiem , wspieraniem innych się zajmuje.

Skupmy się natomiast na książce bo o niej chcę pisać. Co mnie zachwyciło w tych słowach Joanny Matusiak? Szczerość. Szczerość przede wszystkim. Siostrzaność duszy autorki odkryłam w podobnym podejściu do wielu spraw, między innymi właśnie w szczerości. Objawiającej się zarówno w tym co i jak mówimy do innych ale przede wszystkim w nieudawaniu kogoś innego. 

Ja mam podobnie jak autorka, zarówno na blogu jak i na Fb nie jestem w stanie udać innej niż jestem. Nie podoba się komuś? Trudno. Czy coś tracę bo ktoś zrazi się do mnie takiej jaką jestem? Być może, tego nie wiem, wiem, że na pewno udawanie, zakładanie masek jest mi obce. To samo autorce i już za to Ją polubiłam. Kiedy czytałam jej słowa , jej felietony na rozmaite tematy, właściwie taki rodzaj dziennika codzienności, odczuwałam zbieżność w odczuwaniu wielu spraw, w podejściu do wielu aspektów życia. Chociażby to, co napisała o przyjaźni, albo o tym, że od pewnego czasu zrobiła porządek w relacjach z innymi i nie otacza się nadmiarem osób a ma przy sobie te, z którymi relacje są dla Niej wartościowe i wnoszą coś w jej życie. Od pewnego pamiętnego roku mam dokładnie tak samo. Trzymam z osobami, które coś wnoszą w moje życie bądź z tymi, dla których ja jestem ważna. 

Co mi się jeszcze podobało w tej książce? To, co się czuje, a mianowicie, że autorka lubi ludzi, ale przede wszystkim lubi też siebie. Ja wiem, że dla wielu to niemal obrazoburcze stwierdzenie ale ja się ponownie znów pod tym mogłabym podpisać bowiem od dawna jestem przekonana, że nikt tak człowieka nie będzie lubił, nikt tak go nie rozpieści jak on sam i nie dobra materialne mam tu na myśli, co sądzę, że akurat Wiecie.

Joanna Matusiak to piewczyni spokojnego, życia, szacunku kierowanego w stronę drugiego człowieka. Zwolenniczka prawdy ale wyrażanej w grzeczny sposób. Propagatorka empatii. Przypominającą, że naprawdę wiele zależy od nas, że na większość spraw (bo wszyscy wiemy, że są sytuacje, na które nie mamy wpływu) możemy jakoś wpłynąć a to, że najczęściej rozprawiamy o naszych marzeniach a nie realizujemy je wynika najczęściej z naszego własnego lęku przed działaniem a najczęściej nie tyle przed działaniem co samą mającą nastąpić wskutek działań – zmianą. 

Z autorką łączy mnie również na pewno to, co można określić jako „kolekcjonowanie” wspomnień, dobrych chwil dobrych zdarzeń. Ja też od pewnego czasu staram się bardzo zapamiętywać te drobne rzeczy, sprawy, które mnie uszczęśliwiają. Nazywam je, o czym wiedzą moi znajomi, „szczęstkami”. Niedawno taką szczęstką było czyjeś stwierdzenie (potwierdzone potem przez kilkoro znajomych), że mam miły , ładny głos. Niby drobiazg a zrobiło mi się naprawdę przyjemnie. 

Autorka jest też mamą i już od niedawna, babcią i chociaż akurat na tematy „dzieciowe” w książce jest dość niewiele to jedno zdanie ogromnie mi się spodobało. Jedno a treściwe i niby to człowiek wie a jak często o tym się zapomina. A mianowicie, że to, za czym całe życie gonimy , za tym najprawdopodobniej gonić będą potem nasze dzieci. Jaka to prawda! Nauczmy naszych dzieci, jak ważne jest to aby szanować drugiego człowieka i aby żyć tak aby nie sprawiać innym bólu. Wiem, brzmi banalnie ale to wcale nie jest ani proste ani banalne jak by ktoś chciał to zbagatelizować. 

Te słowa Joanny Matusiak, ten jej dziennik codziennych wydarzeń, okraszony ładnymi zdjęciami autorstwa samej Joanny Matusiak, to wszystko składa się na bardzo ciekawą, wartościową (na pewno dla mnie ) książkę, która według mnie wcale nie jest stricte poradnikiem a przynajmniej wcale nie musi być tak tylko traktowana. To jak długa i serdeczna, nieprzerywana rozmowa z przyjacielem. To jak czas, którego wciąż nam tak brakuje, a który został dla nas poświęcony przez drugiego człowieka aby usiąść i coś nam przekazać. 

Do mnie to ogromnie trafiło. Znajomy, który mi tę książkę sprezentował, stwierdził iż jest to książka z gatunku tych, które powinno się czytać powoli, smakując jej treść, odkładając ją i powracając do niej. Też sądzę, że po pierwszej lekturze będę do niej zaglądała , wybierała być może dany rozdział, który mi będzie w danej chwili potrzebny. To również ta chwila, kiedy ja, miłośniczka ebooków stwierdzam, że tę książkę ogromnie chciałabym mieć jednak w wersji papierowej, właśnie w celu pozaznaczania sobie co bardziej przyjemnych, ważnych treści. 

Zdanie, które sobie wypisałam specjalnie do okraszenia tej recenzji to, cytuję „(…) Moją pasją jest życie i wszystko, co ono mi przynosi”. I to się czuje !

Mnie się ogromnie podobała i moja ocena to 6 / 6. 

„Zbyt piękne”. Olga Rudnicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Czasami jest tak, że czytając opis na okładce książki czuję się jeśli nie zirytowana to co najmniej mocno zaskoczona. Bo to co obiecuje być zabawną czy śmieszną książką okazuje się być dobrą (albo nie) ale zupełnie nieśmieszną. To co ma być kryminałem okazuje się być przyzwoitym thrillerem albo książką psychologiczną czy obyczajową. Tak czy inaczej, opisy potrafią człowieka wprowadzić w błąd. Jednak na okładce „Zbyt piękne” Olgi Rudnickiej nie ma przesady a jest sama prawda. Bowiem faktycznie ta mająca się ukazać trzynastego lutego książka JEST zabawna. Jest niesamowicie zabawna i (są na to świadkowie) podczas lektury jej śmiałam się niewymuszenie bardzo, bardzo często. Właściwie niemal podczas całej lektury. W ogóle odnoszę wrażenie, że czytane przeze mnie książki Olgi Rudnickiej są coraz lepsze i coraz śmieszniejsze i aż zastanawiam się jak wysoko w tym niewymuszonym i fajnym humorze postanowi sobie ustawić poprzeczkę autorka w kolejnej swojej książce. Ja w każdym razie na pewno będę wyczekiwać kolejnej !

Zaczyna się w sumie niewesoło bo od pechowego zakupu. Zakupu poważnego jakim jest dom. Zuzanna Cieplik i Tymoteusz Magnus, osoby, które się nie znają,  kupują tego samego dnia dom. Ten sam dom. 
O tym, że mają poważny problem dowiadują się właściwie niemal zaraz po przybyciu do domu. A że dzieje się to tego samego dnia, szybko wychodzi na jaw, że i Zuza i Tymek mają poważny problem. Nie chcąc być dla nikogo z rodziny ciężarem zostają w koszmarnej sytuacji bowiem wiedzą, jak długo trwa rozwiązywanie tego typu spraw. Dodatkowo oszust, który z premedytacją dokonał tego czynu, cieszy się swobodą wraz z ich ciężko uciułanymi bądź odziedziczonymi pieniędzmi. 

Ta dwójka mimo tego jak wiele ich dzieli (a najbardziej ich charaktery) musi przemóc pewne animozje i podjąć wspólne działania, które na celu będą miały znalezienie oszusta i doprowadzenie go przed oblicze sprawiedliwości. A nie będzie to łatwe, zwłaszcza, że oboje w miasteczku, w którym mieli mieszkać, noszącym złowieszczo brzmiącą nazwę Kłopotów, dopiero zaczynają mieszać.

Nieznajomość miasta i jego topografii jak również sytuacja , w której się znaleźli , nie odbierze im woli walki. Ani to, że muszą podjąć natychmiast jakąś pracę aby móc się z czegokolwiek utrzymać. Dla Zuzy i Tymka nie ma rzeczy niemożliwych. 

Wygadana Zuza, której filigranowa sylwetka może być myląca dla każdego, i Tymoteusz, który raczej długo pomyśli zanim coś powie , rozpoczynają więc prywatne śledztwo. Zagmatwane i zabawne jak tylko może być dochodzenie prowadzone przez tych bohaterów i kierowane piórem tej konkretnej autorki. 

„Zbyt piękne” dość nieoczekiwanie okazało się być jedną z najśmieszniejszych książek, jakie czytałam i mogę jedynie dodać, że bardzo polecam. Zdecydowanie świetna porcja humoru , którą zimą gdy brak światła, można przepisywać w celach nieco terapeutycznych. 

Moja ocena to 6 / 6.

(W księgarniach od 13.02.2018). 

 

„Kolekcja nietypowych zdarzeń”. Tom Hanks.

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa. (2017).

Przełożył Patryk Gołębiowski. 

Tytuł oryginału Uncommon Type: Some Stories.

Kolejna pożyczona mi przez pewną osobę książka (po poradniku Pani Bukowej), która zdecydowanie trafiła w moje upodobanie. Powiem tak, nawet nie sądziłam, że kiedyś skuszę się na te opowiadania. A czemu? Chyba dlatego, że gdzieś tam naczytałam się raczej opinii, że niekoniecznie (ale w sumie jakie były uzasadnienia? tego nie pamiętam ). To pierwszy powód, drugi, chyba takie obawy jakie wyraziła dziś w rozmowie prywatnej pewna moja znajoma. Co prawda ja Toma Hanksa (którego jako aktora lubię) o wynajmowanie kogoś do napisania opowiadań nie podejrzewałam ale…trochę miałam obaw jakie będą, po prostu. Pojęcia zielonego nie mam dlaczego sądziłam, że jeśli ktoś jest dobrym aktorem to z jakichś tam powodów ma nie sięgać po pióro …Podsumowując, gdyby nie pożyczenie mi tego zbioru kilkunastu opowiadań (przeplatanych felietonami) po książkę bym nie sięgnęła.

Ale sięgnęłam i? I to był świetny pomysł. 

Jak napisałam, to zbiór opowiadań. Ja akurat jako czytelniczka opowiadania bardzo lubię. Wiem, że nie wszyscy jednak tę formę literacką tolerują więc pewnie oni się w tej lekturze nie odnajdą. 
Ja jestem wręcz zachwycona. Po pierwsze, tym, jak zabawny i nie do końca przetłumaczalny jest oryginalny tytuł tej książki w odniesieniu do opowiadań. W zbiorze tym bowiem każde opowiadanie ma w sobie zawarty motyw lub chociażby małą wzmiankę o maszynie do pisania. Najwyraźniej Tom Hanks sam lubi maszyny do pisania bowiem sporo o nich w tekstach można wyczytać wiadomości i czuje się, że nie są one dla autora „po prostu” przedmiotami. 

Co mi jeszcze w tych opowiadaniach tak bardzo się podobało? To, że są najczęściej dość „zwyczajne”, niespieszne. Z małym wyjątkiem pozbawione wielkiego dramatyzmu i niepotrzebnego nieszczęścia, które ma na siłę wzruszyć czy przerazić. Tego w prozie Hanksa nie znajdziemy i dobrze. Bo znajdujemy spokojny rytm akcji, ciekawe pomysły, czasem elementy sf jak podróż na Księżyc paczki przyjaciół czy regularne wyprawy w przeszłość do roku 1939 w innym z opowiadań.  

Nie bez znaczenia według mnie jest też swoiste poczucie humoru autora. Nie jest to z pewnością żadna komedia ale czuje się takie pozytywne podejście do życia chociaż nie na siłę w żadnym wypadku i to, że autor opowiadań generalnie żywi sympatię do wykreowanych przez siebie bohaterów. Co zapewne powoduje to, że generalnie kończą się te opowiadania raczej pozytywnie i bez dramatyzmu. 

Jak już wspomniałam, każde z opowiadań zawiera w sobie motyw maszyny do pisania. Nie inaczej jest z zachowaną oryginalną okładką jak również z czarno białymi zdjęciami rozmaitych maszyn do pisania , które to zdjęcia otwierają każde nowe opowiadanie.

A same opowiadania ujęły mnie swoim stylem, taką zwyczajnością (chociaż jak pisałam, niektóre są naprawdę nie bardzo zwyczajne) , spokojem. Nie wiem, być może dla niektórych są one nudne? Mnie nie znudziły a wręcz każde jakieś refleksje u mnie powodowało więc wielka zaleta. 

Każde z opowiadań jest inne aczkolwiek pewną grupę młodych przyjaciół „spotkamy” trzykrotnie. 

Które z nich zrobiło na mnie największe wrażenie? Nie wiem czy nie „Przeszłość jest dla nas ważna” , w którym bohater ma możliwość przenoszenia się w czasie do przeszłości, a konkretnie do dnia ósmego czerwca 1939 roku na Wystawę Światową odbywającą się wtedy w Nowym Jorku, które to miasto nawiasem mówiąc jest bohaterem większości opowiadań. Na swój sposób wzruszyłam się podczas lektury opowiadania „Wigilia 1953” gdzie wspomnienia z czasów IIWŚ są złagodzone teraźniejszością i życiem bohatera, który zdaje sobie sprawę jak szczęśliwy jest mając to, co często ktoś może uznać za nudną stabilizację czyli kochającą rodzinę, miejsce pracy i dom. 

„Witaj na Marsie” opisuje koniec pewnej epoki. Może w dowodzie tożsamości określa się nas jako dorosłych ale każdy z nas na swój sposób „wydoroślał” w jakimś dość określonym momencie czy czasie. Nie inaczej jest w tym opowiadaniu, które opisuje przyspieszony kurs utraty pewnych złudzeń i dziecięcego postrzegania naszego świata.

„Miesiąc na ulicy Greene” , to opowiadanie ujęło mnie pomysłem na „wizje” bohaterki, które jednak nie zawsze się spełniały i opisem tego, co czasem potrafimy wymyślić nieco bezzasadnie jedynie na podstawie naszych przypuszczeń.

Opowiadania Toma Hanksa, o czym już pisałam, ujęły mnie tym, że opisywały nie walczących z przeciwnościami losu nieszczęśników, a na ogół osoby zadowolone bądź realizujące swoje marzenia. I autor nie pastwi się nad swoimi bohaterami, traktuje ich z sympatią i uśmiechem, fundując im najczęściej spełnienie ich planów i zamierzeń. Do mnie to zdecydowanie trafia. Podobało mi się to, że raz poczytałam o ludziach, którym się udaje, których trud jest jak najbardziej nagrodzony spełnieniem i szczęściem. 

Bardzo podobało mi się opowiadanie „Oto refleksje mojego serca”, w którym początkowo nieudane spotkanie z maszyną do pisania staje się zaczątkiem znajomości udanej a w konsekwencji, kto wie, może początkiem czyjejś literackiej przygody. 

Ponownie na swój sposób wzruszyłam się czytając opowiadanie „Zatrzymajcie się u nas”, czytając o parze ludzi, którzy są ze sobą całe niemal życie i łączą swoją pasję ale i umiejętność przyjmowania tego co przyniesie im los ze spokojem i bez niepotrzebnej straty sił. 

Każde z tych opowiadań jest inne, każde czymś się wyróżnia. Mnie one zdecydowanie porwały w swój jasno skonstruowany świat. Nie wiem czy każdego porwą tak samo, już po komentarzach, które wspominałam, można przekonać się, że nie, że nie każdego. Jednak aby przekonać się o tym czy coś się nam podoba, trzeba po to sięgnąć. Co akurat w tym przypadku serdecznie Wam radzę.

Moja ocena to 6 / 6.

Pamięci Dolores O’Riordan…

…dziś wiadomość, która mną „tąpnęła”. Odszedł kawałek muzyczny mojej wczesnej młodości. Pamiętam fascynację płytą The Cranberries. Byli taką świeżością dla nas…pamiętam jak E. nagrała mi płytę i podrzuciła ją pod wycieraczkę. Miałam się uczyć do matury ale jak tu się było uczyć, kiedy taki głos i teksty się słyszało??

Fascynacja trwała. Może nie tak, że słuchałam codziennie The Cranberries ale słuchaliśmy. Z Paryża przywieziony suwenir to nie kiczowata figurka Wieży Eiffla a właśnie płyta cd zespołu. 

I dziś taka wiadomość…

Pamiętam przy śmierci kogoś innego z rok temu czyjś tekst, że Fb dziś na jedną modłę. I teraz tak zapewne jest i jest mi obojętne co sobie ktoś o mnie pomyśli. Tak, mnie jest niesamowicie smutno i żal … Dla mnie coś się definitywnie zamknęło, jakieś wspomnienia młodości durnej i chmurnej odeszły raz na zawsze.

Pamiętam jak mój przyjaciel powiedział, że po śmierci Aaliyah jego córka stwierdziła, że tamta wokalistka śpiewała jak anioł. 

Dla mnie gdzieś tam w innym świecie anioły śpiewają głosem Dolores. 

Odpocznij nareszcie bo zdaje się, że w życiu nie byłaś w stanie 😦 

dawno…

…nic nie pisałam, to w telegraficznym skrócie. 

Od początku stycznia mamy w domu trzy nowe lokatorki, patyczaki, Flipa, Flapa i Lilę 🙂 Piszę „lokatorki” mimo, że dwa imiona męskie, tak wyszło 😉 

Nie wiedziałam, że terrarium i hodowla owadów może być aż tak zajmująca. Patyczaki wiodą życie Zen i obserwacja ich naprawdę dobrze koi stargane nerwy. 

Książkowo, to znów pożyczona i trwa jej lektura czyli zaczęłam i jestem w mniej więcej połowie „Kolekcji nietypowych zdarzeń” Toma Hanksa, tak, tego aktora. Naczytałam się różnych opinii, raczej krytykujących a ja jestem wręcz zachwycona . Mnie się bardzo podobają i naprawdę trafiły w moje upodobania książkowe. 

„Angielka”. Katherine Webb.

Wydana w Wydawnictwie Insignis. Kraków (2017). Ebook.

Przełożyła Olga Siara. 

Tytuł oryginalny The English Girl.

Książkę tę udało mi się wygrać w konkursie na stronie Wydawnictwa na Fb i sama nie mam pojęcia dlaczego „przeleżała się” aż tak długo na czytniku (czekała od lipca). Tak czy siak, pomysł zaczęcia Nowego Roku od niej właśnie był pomysłem wspaniałym albowiem czekała mnie lektura bardzo dobrej opowieści beletrystycznej ale z elementami historii bowiem akcja książki rozgrywa się w Omanie w czasie gdy wojska brytyjskie brały udział w dziejącej się tam wojnie z partyzantami. 

Miniony tydzień a nawet nieco ponad spędziłam znienacka w miejscu niezwykłym. Oman. Miejsce chyba niezbyt często odwiedzane przez polskich turystów co nie znaczy, że w ogóle. Książka schwyciła mnie w swój świat i oto niemal namacalnie czułam gorąc palącego słońca, czułam ulgę w schronieniu w zacienionym pomieszczeniu. Czułam zapach egzotycznych przypraw z targu i słyszałam gwar ulicy, odczuwałam zapach egzotycznych perfum i olejków. Ale nadto dzięki niej mogłam przenieść się w niezwykłe miejsce, na pustynię. Bowiem w książce ważnym elementem jest rekord pobity przez dwójkę bohaterów, w początkach XX wieku, jakim było przemierzenie Pustego Kwartału Omanu.

Tytuł Angielka jest nieco mylący bowiem w tej książce ważną rolę odgrywa nie tylko młoda kobieta przybywająca do Omanu w roku 1985. Drugą, równorzędną bohaterką jest druga Brytyjka, którą los rzucił w te strony parędziesiąt lat wcześniej.

Joan przybywa do Omanu wraz z narzeczonym  o imieniu Rory. Joan wykorzystuje możliwość finansową,która się nadarza aby spełnić swoje marzenie. Odwiedzić Arabię i spotkać się z legedną, kobietą, która jako druga tuż za Nathanielem Elliotem, niemal depcząc mu po piętach, przemierzyła Pusty KWartła Omanu. 
Maude Vickery to kobieta, która po swojej porażce pozostała o dziwo w miejscu, które jej nie rozpieściło. Od kilkudziesięciu lat mieszka więc w Omanie a obecnie w Maskacie, do którego docierają młodzi. Joan udaje się zainicjować spotkanie z kobietą, która zrobiła na niej wielkie wrażenie swoją siłą, nieustępliwością. I tym, czego dokonała w początku wieku XX gdy i możliwości były inne i podejście do kobiet również gorsze. 

Akcję książki poznajemy dwutorowo, to obecnie podczas pobytu Joan w Maskacie, to znów cofamy się do opowieści o dzieciństwie a potem młodości Maude. Która to od zawsze jasno wytyczała sobie cele. Nie inaczej było z jej planami co do pustyni.

Pustynia w „Angielce” to osobna bohaterka. W naszym języku ma ona dodatkowo szczęście bo jest rodzaju żeńskiego a więc kolejna żeńska bohaterka. Silna, nieustępliwa. Taka, w której można się zakochać do utraty tchu i przez którą można zginąć. Można na niej odnaleźć sens życia a można doznać spektakularnej porażki. To wszystko dzieje się w tej książce.

Co tak bardzo ujęło mnie w tej książce , że zamierzam się nią zachwycać i polecać tym , którzy jej nie czytali? Wiele po trochu. Bo i egzotyka, (to, że podczas lektury sięgnęłam po więcej informacji o tym, przyznaję się, do tej pory nieznanym dla mnie kraju) i bohaterki, które mi się podobały ze swoją siłą i mocą dążenia do osiągnięcia celów i realizacji pragnień. To, że było tu wszystkiego po trochu i przygody i niebezpieczeństwa i walki i miłości i przyjaźni i namiętności w szerokim wachlarzu uczuć. Wspaniała książka, która jak powinna dobra literatura, przeniosła mnie w swój niesamowity, osobny świat, w którym przebywałam podczas czytania jej. 

To książka o tak wielu ważnych dla człowieka aspektach i sprawach. O miłości i nienawiści, o pragnieniu zemsty, które potrafi wywołać największe wojny, o poczuciu bezradności gdy odkrywamy, że świat, który z trudem budowaliśmy sypie się jak zamek z (pustynnego ) piasku. To wreszcie piękny portret dwóch silnych kobiet, które tak wiele dzieli i tak wiele łączy. To książka o tym, że nie warto jest tkwić w utartych koleinach , które wydaje nam się, że los nam wydrążył a że gdy czujemy, że potrzeba jest w naszym życiu zmian, powinniśmy je czynić. I o tym,że nie można rezygnować ze swoich pragnień. 

Za to, że ta książka jest takim wspaniałym przypomnieniem za co kocham literaturę , a także za to, że zapewniła mi gratis niezwykle pasjonującą podróż, daruję jej ocenę 6/ 6.

 

„Wielki Ogarniacz Życia

czyli jak być szczęśliwym nie robiąc niczego”.  Pani Bukowa

Wydana w Wydawnictwie Flow Books. Kraków (2017).

„Wielki Ogarniacz Życia” ( w dalszej części pisania nazywać będę tę książkę w skrócie WOŻ 😉 nie był co prawda pierwszą książką, którą rozpoczęłam noworoczne czytanie ale nieco niespodziewanie okazał się być pierwszą rozpoczętą przeze mnie i skończoną w Nowym Roku książką. I jeśli to ma okazać się prognozą na następne niemal dwanaście miesięcy to ja biorę tę wróżbę bez mrugnięcia okiem 🙂 Powiem tak, podczas lektury wielokrotnie naprawdę się śmiałam. Szczerze i niewymuszenie. Ta lektura okazała się świetna na moje nastroje i pozwoliła chociaż na chwilkę oderwać się od nich. A dodatkowo miło było mi, że ktoś mi ją pożyczył, więc dodatkowo jakoś tak doszedł element sympatycznego gestu od kogoś, kto wie, że lubię czytać. 

Nie jest tak, że nie wiedziałam o tym, że ta książka się pojawi na naszym rynku bo zwyczajnie od kilku lat profil Pani Bukowej na Fb jest przeze mnie polubiony i odwiedzany. Z tego też miejsca o książce wiedziałam. Ale przyznaję się, że nie wiedziałam czego się po niej spodziewać. I dostałam coś o wiele fajniejszego niż oczekiwałam. Bo nie wiem czemu ale sądziłam, że skupimy się na zabawnych obrazkach. A pojawiła się treść. I tej treści jest całkiem sporo . I to zabawnej, naprawdę śmiesznej treści.

Ostatnio na naszym rynku modne są najrozmaitsze poradniki. Dotyczące chyba wszystkiego. Od tego jak sprzątać należycie żegnając wyrzucane śmieci po to jak się ubierać czy nie ubierać a zahaczywszy o wychowywanie dzieci, zwierząt, partnerów, samych siebie. Ufff..namnożyło się tego jak grzybów po deszczu. A „WOŻ” jest taką zabawną kontrą do tego zalewu poradników od wszystkiego. 

Książka „WOŻ” podzielona jest na rozdziały i czego mi tak wizualnie jako czytelniczce zabrakło, to spisu treści, spisu właśnie owych rozdziałów, coby sobie do nich potem ze smakiem i przyjemnością wrócić i się nimi rozkoszować w spokojności i z satysfakcją, że w rozmaitych zachowaniach jesteśmy z kimś niemal jak siostry 🙂

Do moich ulubionych rozdziałów należy chyba ten o remoncie a konkretnie opis wizyty w sklepie oferującym towary potrzebne do remontu mieszkania i rozdział o rozmowie kwalifikacyjnej.  Ale tak naprawdę śmieszyły mnie wszystkie. 

Tak sobie cichaczem myślę, że do polubienia tego typu książki trzeba mieć pewne dość konkretne poczucie humoru. Które wyłapie żart i to, że Pani Bukowa naprawdę nie wszystko co pisze na swojej stronie czy w swojej książce właśnie, pisze serio. Wiem, że niektórzy mogą traktować to zbyt serio i tym czy owym się oburzać czy coś tam Pani Bukowej zarzucać. Może więc niech darują sobie tę książkę bo zwyczajnie, po co się irytować? Jeśli jednak masz Panią Bukową wśród polubionych stron na Fb i czujesz, że chętnie wybrałabyś się z Nią na lampkę wina (hahaha, dobra dobra, lampkę ;)) do którejś z warszawskich knajpek to jest to z pewnością książka dla ciebie. 

Nie jest to literatura mega ambitna i szczęśliwie autorka nawet nie zamierza udawać, że coś takiego chciała napisać. Widać,że wykorzystała swoje ileś tam  czasu popularności w sieci i bardzo dobrze, bo minęły powiadam Wam czasy, gdy „siedź a kącie a znajdą cię”. Nie, nie znajdują i trzeba się mocno umieć przepchnąć, pokazać i wykazać, żeby zaistnieć a jeśli komuś to pasuje to pytam, dlaczego by nie?

Mnie ta książka ogromnie poprawiła nastrój, powodowała niezliczone wybuchy szczerego i niewymuszonego, spontanicznego śmiechu a fragment , cytuję „Dlaczego wszystko, za co się biorę, kończy się parodią?” brzmi niepokojąco znajomo 🙂 
Pozostawiam Was z tym optymistycznym akcentem i notką jaką darowuję tej książce a jest to, czego zapewne się spodziewaliście ocena 6 / 6.