„Śniadanie na skale”. Iwona Walczak.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo. (2017).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki.

O tym, że ukaże się „Śniadanie na skale” dowiedziałam się znacznie wcześniej niż zaproponowano mi jej przeczytanie. Od znajomej mieszkającej na Dolnym Śląsku, dokładnie niemal w miejscu, w którym dzieje się akcji tej książki. Udostępniła u siebie informację z lokalnej gazety, która cieszyła się, że przepiękny region zostaje doceniony również w literaturze (bo czas jakiś Dolny Śląsk został poodkrywany w jednym z seriali kryminalnych).Tak czy inaczej, o książce wiedziałam i ponieważ mam dobre wspomnienia związane z wyprawą w Kotlinę Kłodzką, wiedziałam, że po książkę sięgnę. Oczywiście, domyślałam się, że nie będzie to przewodnik po regionie a sama okolica i region jest w książce „po coś” ale zawsze to przyjemne poczytać o miejscach, w których się było a to dlatego,że wtedy akcja książki jeszcze bardziej do nas trafia (no, przynajmniej ja tak mam).

„Śniadanie na trawie” to książka obyczajowo psychologiczna. Oto bowiem siedem osób. Z pozoru nic nie łączy czterech kobiet i trzech mężczyzn. Dodatkowo jedna z osób przeprowadzać będzie specyficzny rodzaj „śledztwa” dotyczącego tej grupy osób. Oto bowiem w maju pewnego roku w okolicach Szczelińca doszło do na szczęście nie skutkującego w poważne konsekwencje wypadku. Niemniej jednak po tym, jak miał on miejsce, sprawę tę zaczyna badać na zlecenie pewnej firmy Agnieszka. 
Odkrywa,że szóstka osób, z którymi przyjedzie jej się spotkać coś łączy. I samą Agnieszkę z owymi ludźmi połączy więcej niż zaczynając swoją pracę mogłaby sądzić. 

Ktoś może postawić zarzuty w stosunku do treści książki, że ciekawym zbiegiem okoliczności tyle nieszczęśliwych osób znalazło się w tym samym czasie w jednym miejscu. Niemniej jednak jest to uzasadnione w książce. Właściciel pensjonatu „Raj”, w którym znajdą się na majówce bohaterowie książki, dał ogłoszenie, na które nie odpowiedziałby każdy. A tak? W jednym miejscu i w tym samym czasie zebrała się grupa osób, które początkowo nieufne, jednak z czasem wzajemnie się oswoiły i odkryły, że same sobie właściwie przeprowadziły coś w rodzaju terapii grupowej mającej za zadanie wzajemnie sobie pomóc. 

Kiedyś usłyszałam zdanie odnoszące się do gór, że w górach można przynajmniej postarać się dogadać , pogodzić z życiem i może coś w tym jest. Obecność gór, natury i jej siły, mocy, to wszystko może stać się swoistego rodzaju katalizatorem do uwolnienia od lat skrywanych emocji, problemów, blokad, które nagle zostają uwolnione. 
„Raj” w Kletnie położony w pięknych krajobrazach staje się właśnie takim miejscem katharsis głównych bohaterów i ich pogodzenia się, próby dogadania z własnym życiem.

Można wraz z bohaterami stawiać sobie podczas lektury pytania dotyczące samego siebie i własnego życia. Na ile jesteśmy w stanie to czy tamto zaakceptować, gdzie stawiamy sobie granice a czego zupełnie nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Moja ocena to 5.5 / 6.