„Żony jednego męża”. Anna Fryczkowska

Wydana w Wydawnictwie Burda. Warszawa (2017). Ebook.

Książki jednak chyba mnie kochają. Bo oto chwilę po jednej bardzo dobrej książce jest za mną druga, którą oceniam bardzo wysoko i która mi się podobała. I bardzo żałuję, że w serwisie, w którym oceniam książki będę to mogła zrobić dopiero po 11 kwietnia co trochę dziwne, bo rozumiem premierę wyznaczoną na ten konkretny dzień ale szczerze, skoro już kupiłam legalnie ebook a moja znajoma wersję papierową to śmiało można byłoby „uwolnić” ocenianie książki. 

Ponarzekałam a teraz do dzieła, piszę po lekturze jak mi się podobała.
Anna Fryczkowska jest autorką bardzo dobrą. I nie, nie piszę tego przez grzeczność czy chęć otrzymania następnej książki z autografem autorki (chociaż oczywiście, byłoby to przemiłe 🙂 ) . Już wyjaśniam, skąd to moje stwierdzenie. A stąd, że jak dotąd czytane przeze mnie książki Anny Fryczkowskiej są różnorodne. Każda w nieco innym stylu i dotykająca innej tematyki. Właśnie zorientowałam się, że moja pierwsza czytana książka tej autorki to „Straszne historie o otyłości i pożądaniu” (w roku 2007), o których pisałam w tym wpisie . Czyli od pierwszego „spotkania” z jej książkami minęła dekada, jakby nie było. Nie, nie zarzucę teraz truizmem , że czas biegnie bo to wiemy wszyscy. Za to stwierdzę, że nie sztuką jest pisanie wszystkich książek na jedno kopyto, w podobnym klimacie. Sztuką jest każdą książkę napisać o czymś zupełnie innym i w nieco innym stylu. A jednocześnie czytasz i doskonale rozpoznajesz styl autorki, którą znasz i lubisz czytać jej książki. 

Pół roku temu miałam okazję czytać „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki” , o których z kolei pisałam tu i powiem tak, że zebrawszy moje własne wrażenia i odczucia z wszystkich czytanych przeze mnie książek Fryczkowskiej, każda jest inna i każda dobra. A tu również sztuka. Od razu przypominam tym,którzy nie pamiętają, że nie, nie czytałam wszystkich książek Anny Fryczkowskiej ale sporo i jest ona jedną z moich ulubionych autorek polskich.
Jedno jest w jej książkach powtarzalne (dla mnie) i widzę, że krytykowałam to pisząc w roku 2007 o „Strasznych historiach…”, mam wrażenie, ja to przynajmniej tak odczuwam, mam do tego pełne prawo jako czytelnik, zgadzać się wszak ze mną nie trzeba,że Fryczkowska nieco zbyt lubi kontrasty czarno biało. Czepiałabym się bardziej ale szczęśliwie te kontrasty potrzebne są Jej do tego aby uwydatnić problemy, wady czy skrywane tajemnice jej kobiecych zawsze bohaterek. I na szczęście wraz z upływem akcji książek zaczynają się te kontrasty skutecznie rozmywać. Jeśli jest to przyjęty z góry ulubiony trik, to już kompletnie nie będę się czepiać, chociaż dla mnie nieco zbyt szkoda, że właściwie występuje on zawsze. 

Bardzo długi mi wyszedł wstęp a o książce ani słowa więc już się poprawiam. 
Wiele o tym, o czym będzie ta książka wyczytać można w zapowiedziach i materiałach reklamowych książki (nie wiem jak z okładką książki bo przypominam, że ja kupiłam ebook) więc nie zdradzam żadnego sekretu pisząc, że książka ta opowiada o bardzo skomplikowanej rodzinie.
Na Żoliborzu, co nie jest przypadkowe (zarówno jest to dzielnica bliska samej autorce ale chodzi o to, że jest to niewątpliwie dzielnica naznaczona bardzo silnie prawicowymi sympatiami i tradycją opozycyjno Solidarnościową w latach PRL-u) mieszka w jednym domu Wojtek. Wojciech ma żonę Tunię, z którą ma córkę Dobrochnę. W tym samym domu (ale w osobnej części mieszkalnej) żyje pierwsza kobieta Wojtka, Anita. Nie ma z Wojtkiem ślubu ani cywilnego ani kościelnego, za to ma syna, Janpawła. (Nie, nie pomyliłam się pisząc to imię). Rodzina ta żyje w tym żoliborskim domu (w jednej z najbardziej elitarnej części tak zwanego Starego Żoliborza) od około dwudziestu lat i właściwie do pewnego momentu, który stanowić będzie zasadniczy zwrot w jej życiu i wzajemnych relacjach rodzinnych , wiedzie się tej rodzinie wybornie. Wszyscy się kochają, wspierają, szanują i wzajemnie pomagają wychowywać dzieci. Brzmi nieprawdopodobnie? O, zarzekałabym się może kiedyś, że skąd, że niemożliwe a potem wraz z upływem lat i historii ludzkich, które zostały mi przekazane już wiem, że nic bardziej mylnego, że ludzie plotą sobie takie losy, tak skomplikowane zależności w relacjach wymyślają i na tak różne układy się godzą, że tylko pokiwam głową, że ta sielanka nie mogła trwać wiecznie. I wiecznie oczywiście nie trwała. Historię bowiem poznajemy na różnych etapach czasowych a zaczyna się w chwili obecnej kiedy poznajemy córkę Tuni, Dobrochnę, która utkwiła w pokoju w części mieszkalnej Anity. Utkwiła i nie może wyjść z pokoju ani wrócić do życia. Dlaczego? Co się stało w tej z pozoru całkiem dobrze funkcjonującej przez dziesiątki lat rodzinie? Co doprowadziło do punktu w czasie gdy maturzystka nie jest w stanie opuścić pokoju? Tego wszystkiego dowiadujemy się podczas lektury.

Anna Fryczkowska jest sprytna. Oto bowiem pisząc swoją książkę wcale nie stawia gotowych tez. Nie sugeruje (co czyni bardzo wielu autorów książek), że ta czy inna postawa jest właściwa bo zgodna z jej przekonaniami czy też odwrotnie , jest niewłaściwa bo sama autorka nie wyznaje takich zasad. To duża sztuka zachować obiektywizm w stosunku nie dość, że do własnych postaw i przekonań, co do których siłą rzeczy, żywi się silne przekonanie, że są najwłaściwsze, ale zachować szacunek i wziąć pod uwagę to co ważne dla osób „z drugiej strony barykady przekonań”. Autorce to się udaje według mnie i to też mnie ujęło. „Żony jednego męża” to ostatecznie w sporej części książka o tolerancji i nie chcę aby teraz uznano, że tytuł (dziwny i prowokujący) sugeruje o jaką tolerancję może chodzić bo guzik z pętelką. Kompletnie nie ten to trop i nie o to chodzi. A chodzi o szacunek do siebie wzajemnie, do tego drugiego człowieka, z którym spotykamy się w pracy, w szkole, na uczelni, w parku podczas zajmowania się dziećmi, wnukami?

Fryczkowska nie wysnuwa wniosków,które łopatologicznie nam wpycha. Nic na siłę i to jest siłą tej książki. Autorka jedynie pisze w sposób, który mnie prowadzi do refleksji, że  „tak, obok ciebie żyją ludzie, których normy wartości nie zawsze muszą w stu procentach pokrywać się z twoimi. Co zrobisz z tym faktem należy tylko do ciebie i w tym twoja siła”.

Tak, ostatnie czasy niespokojne. Dużo jakiegoś takiego rozedrgania. Autorka umie te swoje prywatne obserwacje świata wpleść w akcje swoich książek i nie inaczej dzieje się w tej historii. Takie jak to nazwałam przy pierwszym moim zapoznaniu z książką Fryczkowskiej, „podskórne” obserwacje współczesnego świata i również tu jak najbardziej jest na nie miejsce.Dużo tu o sile internetu, tu akurat o tej sile złej, niszczącej, jest na to modne obecnie słowo „hejter” ale ja wolę napisać , że chodzi o osoby, które z niepoznanych dla mnie przyczyn są w stanie wylać na obcą osobę, oczywiście dziarsko bo anonimowo, stek najgorszych wyzwisk . Odwaga pozorna bo całkiem spora część z tych osób już twarzą w twarz nie byłaby w stanie tego zrobić. Co jednak mnie zaniepokoiło, Fryczkowska nie daje poczucia złudnej nadziei, że jedynie w piśmie ludzie są tacy „odważni”, że ta nienawiść i agresja słowna zbyt łatwo ostatnio przenosi się ze sfery internetu w sferę publicznej debaty i całkiem serio branych wypowiedzi wprost. Do przemyślenia.

Tak, Anna Fryczkowska jest świetną obserwatorką świata a ja dodatkowo lubię książki tej autorki bo swoimi bohaterkami czyni zawsze kobiety. Paradoksalnie jednak te kobiety gros swoich działań skupiają na mężczyznach, którzy najczęściej są mocno „nieobecni” w książkach tej autorki, w takiej właśnie „pralni”, o której mowa w tej książce i kto przeczyta, będzie wiedział, o co mi chodzi.

„Żony jednego męża” stanowią dla mnie wielkie zaskoczenie. Przystępowałam do lektury nie do końca z przekonaniem, że mi się spodoba. Jeszcze po przeczytaniu jednej dziesiątej nie do końca byłam o tym przekonana. Aż tu nagle coś „zaskoczyło”, książka mnie porwała, nie mogłam się od niej oderwać przez co zarwałam dzisiejszą noc i niestety, ale marna dziś ze mnie pomoc a i dziarskością (tą pozytywną a nie niedobrą 🙂 ) niespecjalnie dysponuję. 

No więc tak, było bardzo dobrze, bardzo. 
Moja ocena to 6.5 / 6.
 

 

„Prosty gest”. Angeles Donate.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożył Andrzej Flisek.
Tytuł oryginału El invierno que tomamos cartas en el asunto 

Jeśli potrzebujecie dobrej, ciepłej,wzruszającej książki bez nagłych zwrotów akcji, opowiadającą o zwykłych ludziach, ba, może nawet jak ja to nazywam „bajki dla dorosłych” – to dobrze trafiliście.
Ja właśnie byłam na etapie poszukiwania takiej odskoczni od książek z trudną historią Polski, z chorobami w tle.
Na pewno nie jest tak, że w tej książce brak kompletnie takich zwykłych elementów ludzkiego życia ale jednak przeważa w niej dobro i szczęśliwe zakończenie. A tego właśnie potrzebowałam bardzo.

Nie znam autorki ale kiedy tylko zobaczyłam, że jest ona pasjonatką listów papierowych (nie, właśnie, nie emaili 🙂 ) i że tę pasję będzie można znaleźć w tej książce nie wahałam się ani chwili. Po prostu wiedziałam, że będzie to książka dla mnie i nie myliłam się nic a nic.
Wiecie już w takim razie, że po części książka ta składać się będzie z listów ale nie są one jedyną treścią , jest też narracja.
Cała historia zaczyna się w małym miasteczku Porvenir. Sara, niemal czterdziestoletnia listonoszka , samotna mama wychowująca trójkę synów, dowiaduje się z dnia na dzień, że z powodu małej ilości (powiedzmy sobie szczerze, żadnej) korespondencji jej stanowisko zostanie przeniesione do stolicy.
Sara nie chce opuszczać miasteczka. Ma tu swoje życie, które lubi, ma tu Rosę, starszą panią, która bardzo pomogła te niemal czterdzieści lat temu sprowadzeniu Sary na świat.

Kiedy Sara zwierza się Rosie ze swojego problemu i wychodzi, starsza pani wpada na pomysł. Napisze list. Będzie to list do konkretnej postaci z życia Rosy ale bez nadawcy. W liście tym wyjaśni problem listonoszki i poprosi adresatkę o kontynuację pisania listów do kolejnej kobiety. Może naiwnie (a właściwie dlaczego by nie?) Sara ma nadzieję, że te listy utworzą łańcuch, którego silne ogniwa pozwolą na to aby Sara listonoszka pozostała w Porvenir.

Angeles Donate napisała bardzo ładną i ciepłą książkę o małej wspólnocie, która chociaż na co dzień nie musi się widywać, to wspiera się wzajemnie w czasie zagrożenia.

Będzie tu też o miłości, i tej syna do ojca i tej ojca do syna (kiedy czytałam dwa listy ojca i syna płakałam jak bóbr), i tej między kobietą a mężczyzną i tej matki do dzieci i tej przyjacielskiej (ktoś kiedyś napisał chyba, że przyjaźń to taka odmiana miłości).

Bardzo podobały mi się napisane listy kolejnych kobiet, z których każda starała się żyć w sposób najlepszy jak mogła sobie wyobrazić, że jest. Żadna z nich nie ustrzegła się przy tym błędów, jak każdy człowiek ale starała się żyć tak aby móc sobie powiedzieć, że przeżyła swoje życie w zadowoleniu.

Bardzo, bardzo mi się ta książka podobała. I poczułam się pokrzepiona, że ludzie potrafią jednak być wzajemnie dla siebie po prostu życzliwymi i dobrymi. I popłakałam wzruszona kilka razy.

Jestem zachwycona i daję ocenę 6 / 6. 

„Koma”.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak. Wojciech Chmielarz.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017).

To moja kolejna wygrana w konkursie na Fb. I okazała się wygraną świetną bo jest to książka bardzo, bardzo dobra. Chociaż nie liczcie na lekturę lekką, łatwą i przyjemną. Nie. Nie ma tam nic do pośmiania się, to nie ta lektura. To lektura smutna, przygnębiająca, obnażająca bez żadnego filtra najgorsze ludzkie instynkty i grzechy. Nie, nie, ci, którzy liczą na krwawe zbrodnie i krew na ścianach również nie powinni sięgać po „Komę” bo to również nie ta książka. To po prostu kawałek bardzo wnikliwej obserwacji współczesnego świata i współczesnych ludzi, którzy powodowani czy to brakami w ich życiu, czy to namiętnością wplątują się w sytuację, która happy endu mieć nigdy nie może. 

Małe miasto, w którym raczej nie ma już opcji „każdy zna każdego” ale jest wystarczająco małe aby wszyscy wiedzieli, że jakby komuś, zwłaszcza na eksponowanym stanowisku omsknęła się noga, wielu chętnie z tego skorzysta. Panią burmistrz owego miasta jest Ewa. Pozostająca w małżeństwie, które się wypaliło, coś się już skończyło, tak to przynajmniej odczuwa. 
Jej mąż jest nauczycielem wychowania fizycznego w liceum, w którym uczy się On. Karol. Zwany przez wszystkich Charliem. Pewnego dnia Ewa trafia do szpitala gdzie zostaje wprowadzona w stan śpiączki, a tego samego dnia matka Charliego zgłasza zaginięcie syna.

Szybko orientujemy się, że te dwie osoby miały ze sobą coś wspólnego. Jak wiele i jak bardzo ich wzajemna relacja skomplikowała życie ich i ich bliskich, tego dowiadujemy się stopniowo z relacji dwójki narratorów, Ewy i Charliego. Charliemu „głosu” użyczył Wojciech Chmielarz.
Muszę przyznać, ze gdy wygrałam tę książkę, to pomimo, że książki Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak znam i podobały mi się to takiego duetu literackiego nieco się obawiałam . Niepotrzebnie. Dwugłos wyszedł autorom wspaniale, nie ma tu żadnego poczucia „zgrzytu”, niespójności relacji. A dodatkowo widzimy rzecz oczami jej i jego, a jak wiemy, każdy z nas ma „swoje” prawdy.

Jak pisałam, w książce tej nie jest optymistycznie i jak wspominałam, do głosu dochodzą niskie pobudki i złe instynkty. I nawet rozpoczynanie kolejnych rozdziałów od cytatów z „Romea i Julii” nie pomoże złagodzić poczucia narastającego uczucia beznadziei i poczucia, że nic tu dobrze skończyć się nie może.
Trochę, ale tylko trochę jeśli miałabym się przyczepić do czegokolwiek to takie (według mnie) stereotypowe przekonanie (przynajmniej tak to odczytałam ), że kobieta bez dziecka musi być z góry kobietą nieszczęśliwą. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Deja vu”. Jolanta Kosowska.

Wydana w Wydawnictwie Nova Res. Gdynia (2013). Ebook. 

Jeśli miałabym obawy o to, że w tym roku nie znajdę żadnej książki, którą mogłabym nazwać jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku, to obawy te całkowicie się rozwiały.Oto bowiem „Deja vu” Jolanty Kosowskiej stało się jedną z najlepszych książek, jakie w ogóle przeczytałam.
Zdaję sobie sprawę z tego, że oczywiście nie każdy musi się ze mną zgodzić, że nie do każdego taka proza przemówi. Mnie porwała, dosłownie porwała w swój niesamowity świat i wciągnęła na tyle,że niemal nie byłam w stanie się od niej oderwać. 

Akcja książki dzieje się częściowo w Polsce,dokąd po latach nauki i pracy w Niemczech powraca narrator , Rafał jak i w przepięknym mieście czyli w Wenecji. Rafał po powrocie z Niemiec wynajmuje mieszkanie i od tego właśnie mieszkania wszystko się zacznie. Jego kolega, Konrad, wyjaśnia mu, że to mieszkanie Ani, dziewczyny Włocha z Wenecji, Marco. Dodatkowo wychodzi na jaw, że Rafał zastąpił Marco na jego stanowisku nauczania etyki w Akademii Medycznej. Podczas wykładów Rafał zaczyna dowiadywać się więcej o Marco, który cieszył się ogromnym poważaniem i szacunkiem studentów a wręcz był dla młodych kimś w rodzaju „guru”. Podobnie Ania, którą wszyscy uwielbiali. 

Mieszkanie, w którym po powrocie do Polski mieszka Rafał, stanowi również ważne źródło informacji dotyczących niezwykłej pary jaką byli Ania i Marco a Rafał wraz z upływem czasu zaczyna się coraz bardziej gubić w swoim nowym, starym ? życiu. Zaczyna się dziać coś dziwnego w jego życiu, coś, czego do końca nie rozumie ale co chce koniecznie poznać i zgłębić bo czuje, że niewiedza wysysa z niego siły i możliwości. 

Niezwykła to książka, klimat ni to magiczny ni to oniryczny, ni to życzeniowy (sami byśmy chcieli aby pewne sprawy tam możliwe możliwe były w rzeczywistości). To w końcu piękna opowieść o niezwykłej, tajemniczej Wenecji, w której dzieje się większość akcji książki , jak również, co również bardzo ważne, to opowieść o wielkiej sile miłości. 
Nic tu nie jest tym, czym się wydaje i nikt tu zdaje się nie być tym, za kogo go uważamy. 

Książka ta ma swego rodzaju niepowtarzalny nastrój, klimat. Dodatkowo, widać, że autorka dużo podróżuje i Wenecję zna i lubi to miasto bowiem realia i klimat samego miasta oddane są naprawdę wiarygodnie. Ja podczas czytania tej książki odnosiłam wrażenie,że wraz z bohaterami przeniosłam się do niezwykłej i tajemniczej Wenecji, która oszukuje i sprawia, że to, co nam się wydaje, jedynie nam się wydaje…

Tak, to książka z rodzaju tych, które pamięta się na zawsze i jestem ogromnie ucieszona, że nie znając praktycznie autorki, sięgnęłam po ebook dając sobie tym samym szanse na przeczytanie czegoś naprawdę świetnego.

Moja ocena to oczywiście po tylu zachwytach 6 / 6.