„Lady Day śpiewa bluesa”. Billie Holiday, William Dufty

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2017). 

Przełożył Marcin Wróbel.

Tytuł oryginału Lady Sings the Blues

Książka ta ukazała się w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne.

Książka jest prezentem dla mnie od tłumacza, któremu tą drogą dziękuję po raz kolejny za jeden z najlepszych prezentów jakie są na świecie, czyli właśnie – książkę. Kto się nie zgadza , trudno, jego sprawa 🙂

Taki wstęp lżejszy bo potem już nie jest tak lekko i zabawnie. 
„Lady Day śpiewa bluesa” to bowiem książka smutna. Tak. Szczęśliwie przetłumaczona bardzo dobrze, co pozwoliło mi po prostu skupić się na jej treści. I na nieustającej walce z coraz bardziej przygnębiającymi myślami nachodzącymi mnie podczas lektury.

A myśli te można sprowadzić do tego, że smutny jest fakt, że ktoś obdarzony tak niezwykłym talentem , samouk, nazwijmy to po imieniu, który mógł osiągnąć tak wiele, był przez los i innych ludzi tak źle traktowany i marginalizowany tylko dlatego, że był ciemnoskórą dziewczynką, potem kobietą, która urodziła się jako dziecko dzieci można powiedzieć bowiem jej matka rodząc ją miała lat trzynaście a tatuś niewiele więcej bo piętnaście.

Mam wrażenie, że ta autobiografia, opowieść Billie Holiday o jej życiu miałaby szanse mieć zupełnie inne zakończenie gdyby urodziła się jako biała dziewczynka w bogatszej rodzinie.
Wiem, że zwykło się mówić, że można wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić bieg losu, niemniej jednak kiedy się czyta jej opowieść , wierzcie mi, można w to zdecydowanie zwątpić.

Nie mogę powiedzieć aby sama Billie brzmiała jako osoba zgorzkniała. Nie. Można nawet powiedzieć, że mimo tego wszystkiego, co ją spotkało, cieszyła się życiem. Ale czytelnik, wiedząc jak krótko żyła i co było powodem jej śmierci ma świadomość, że najprawdopodobniej często jest w tej książce prezentowana postawa „dzielnej na wyrost”. Albo być może ja tak to postrzegam.

Bywa, że czyta się książki z kulinariami w tle i nieustannie się podjada. Albo przynajmniej podczas lektury ma się wrażenie ciągłego głodu. Podczas lektury tej książki (poszczególne rozdziały książki noszą tytuły przebojów śpiewanych przez Lady Day) czytelnik (a przynajmniej – ja) odczuwa wręcz przymus słuchania piosenek śpiewanych przez Billie Holiday.
I może dzięki temu słowa na papierze brzmią często jeszcze bardziej dramatycznie czy przygnębiająco prawdziwie. 

Polecam. 
Moja ocena to 5 / 6