„Trzy połówki jabłka”. Antonina Kozłowska.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2010).  Ebook.

„Rzeczywistość powróciła w utarte koleiny, a życie toczy się dalej. Siłą rozpędu”.


Tak kończy się ta książka, która „siedzi” mi w głowie od czasu jej skończenia.
Trudno pisze się o książkach popełnionych przez osoby, które się zna. Z jednej strony sięgając po taką książkę ma się oczekiwanie, że się spodoba, bo i dlaczego miałoby być inaczej? W końcu po to czytamy. Z drugiej strony z tyłu głowy czai się to okropne zalęknienie „a co, jeśli książka się nie spodoba?”. I jak to w delikatny sposób ale szczery wyjaśnić osobie zainteresowanej? Już znam przypadek, w którym pewna osoba napisała debiut, o którym było sporo w różnych miejscach mowy, a który , hm, no cóż, przez kogoś, z kogo zdaniem się liczę oceniony został jako zła książka. Bywa. 
No ale w tym przypadku owe podszepty i niepewności na szczęście nie spełniły się. Bo „Trzy połówki jabłka” to po prostu dobra książka. Mam problem z jej określeniem. Bo jest to bezsprzecznie proza obyczajowa, ale jednak i romans na swój pokręcony sposób, i psychologii a raczej takich uwag, przemyśleń, stwierdzeń psychologicznych w niej niemało, pomimo, że autorce szczęśliwie udaje się uniknąć natrętnego moralizatorstwa.
Co mi się w tej książce podobało? Że jest prawdziwa. Prawdziwe jest w niej moje miasto, w którym się uczyłam, biegałam na pierwsze randki jak Teresa, bohaterka książki, studiowałam czy podejmowałam prace. Prawdziwa jest sama Teresa, która to denerwowała mnie okrutnie, a więc jest to idealne wykreowanie bohatera książki. Baba z krwi i kości. Z zaletami i wadami. Wahająca się, odczuwająca niepokój, popełniająca wiele błędów. Nareszcie prawdziwy człowiek, którego się lubi albo nie ale przynajmniej właśnie ma się jakieś uczucia w stosunku do postaci.
Za to wielkie brawo. W ogóle ludzie odmalowani są tam bardzo trafnie i prawdziwie. Wszyscy tak naprawdę znamy taką Teresę, Marcina, Krzysztofa. To nasi znajomi, my sami, nasi krewni.
Teresa jest więc postacią, która istnieje, jeśli nie blisko nas, to na pewno „gdzieś”. Może mieszka w wielkim mieście, może pracuje w WB, a może jest gdzieś na prowincji. Uczucia, rozterki , niepokoje, które nie pozwalają jej odetchnąć, zacząć „żyć”, są znane niejednej osobie w jej wieku.
Teresa kiedyś nie umiała wybrać, a raczej wybrała coś, co wydawało jej się na tamten moment wyborem najlepszym, najbezpieczniejszym. Skoro ktoś nie umiał się zadeklarować, określić, wybrała poziom bezpiecznej stabilizacji. Co mnie w niej denerwowało? To, że żyła mrzonkami. Wydawało się jej , że po dziesięciu latach wciąż może być tak samo. A nie jest tak. Ponadto, co mnie irytowało najbardziej, gotowa była dla tych mrzonek rzucić wszystko to, co udało się jej zbudować. A mrzonką był facet, który jej kiedyś zdeklarować się nie umiał, natomiast nie przeszkodziło mu to zdeklarować się w innym czasie komuś innemu. Każda z nas zna takiego „wolnego ptaka”. Mając dwadzieścia lat fascynują nas bo nic ich nie ogranicza, są wolni, smakujemy ich do granic bo obiecują to, co wydaje się być niemożliwe. Dziesięć lat potem wiemy, że to co wtedy było dobrą zabawą, obecnie najlepiej jeśli pozostaje w kategorii „dobre wspomnienia z młodości durnej i chmurnej”. Na takich złudzeniach trudno jest bowiem zbudować coś trwałego.
Teresa mnie więc bardzo irytowała co nie oznacza, że nie mogę jej zrozumieć. Wiem bowiem, że często jest tak, że ktoś zaplątał się w przeszłości, nie umiał się od niej odciąć. Albo dokonał wyborów najgorszych chcąc wybrać najlepiej. A powinien być może kiedyś tam radykalnie przeciąć wszystkie nici, cóż, kiedy chcąc dobrze, zaplątał wszystko jeszcze bardziej.
Znam takie osoby, zaplątane w takie dziwne związki jak Teresa całymi latami. Ba, dziesiątkami lat. Czy były szczęśliwe? Chyba nie. Czy umiały inaczej? Chyba nie. Czy umiały to ukrócić? Pozwolić sobie na to aby „nareszcie zacząć żyć”? Najwyraźniej nie.
Nie wiem czy dla Teresy jest jakaś szansa. Książka kończy się w określony sposób, autorka jakieś zakończenie nam zaprezentowała ale jednocześnie, mam wrażenie, sugeruje nam „nie liczcie na happy endy bo w sytuacji takiej jak sytuacja mojej bohaterki, happy endów po prostu nie ma”. I ja nie sądzę, że to wszystko potoczyło się tak, jak by mogło, że jednak będzie trudniej a na pewno ciężej. Ale , być może jestem po prostu pesymistką.  

Moja ocena 5 / 6.