„Dygot”. Jakub Małecki.

Wydana w Wydawnictwie SQN. Kraków (2015). Ebook.

Książkę nabyłam jakiś czas temu w którejś z rozlicznych promocji i trochę o nie zapomniałam a ponieważ ktoś mi o niej swoim wpisem przypomniał, sięgnęłam po nią i ja. 
Od razu powiem,że mam świadomość, że był moment, gdy o „Dygocie” było bardzo dużo i głośno i wszyscy chwalili. I że mam świadomość, że to zdecydowanie wywindowało moje oczekiwania wyżej niż przeciętnie.
I niestety, pomimo, że książka bardzo mi się podobała i czytało mi się ją bardzo dobrze, trochę o ten nadmiar oczekiwań mam do siebie samej żal. Czyli jednak zdecydowanie nie powinnam czytać wszystkich tych zachwytów bo jak sama wychodzę z założenia, przecież wiadomo, że i tak odczucia po lekturze będą moje własne a nie czyjeś.

„Dygot” opowiada losy dwóch rodzin, które to rodziny w pewnym momencie połączą się. A losy te poznajemy na przestrzeni wielu dziesiątek lat. Akcja zaczyna się jeszcze przed rozpoczęciem IIWŚ a kończy w czasach mocno nam współczesnych.
Nie wiem czego do końca oczekiwałam. Może trochę takiej aury jak z „Domu tęsknot” Piotra Adamczyka?
Tu tego nie otrzymałam. Otrzymałam za to kawałek bardzo dobrej i wciągającej prozy.
Ciekawie odmalowane postaci, jak lubię najbardziej prawdziwe, nie polukrowane, to już plus bo często niestety, autorom się wiarygodność nie udaje. Niestety, nieco przybijał mnie nadmiar nieszczęść dotykających poszczególnych bohaterów.
Rzecz dzieje się nie w wielkich miastach a na wsi i w małych miastach więc to też ciekawe bo nareszcie nie książka o mieście , do której ktoś dodał taką czy inną treść a konkretna treść osadzona w „gdzie bądź”.

Mnie z przyczyn osobistych ujął motyw sowy o imieniu Durna 🙂

Moja ocena to 5 / 6. 

 

„Olive Kitteridge”. Elizabeth Strout.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2010). Ebook.
Przełożyła Ewa Horodyska.
Tytuł oryginalny Olive Kitteridge.

Po tę książkę sięgnęłam trochę przypadkiem. To znaczy nabyłam ją przypadkiem skuszona promocją (wydaje mi się, że mającą miejsce przy okazji wydania nowszej książki autorki) a chwilę na czytniku sobie poczekała. Dopiero świetny wywiad Juliusza Kurkiewicza w wakacyjnym magazynie KSIĄŻKI przypomniał mi o tym, że książka Elizabeth Strout wciąż czeka u mnie na poznanie. I była to dobra decyzja aby po nią sięgnąć bo zbiorem opowiadań, które zawsze łączy postać tytułowej Olive Kitteridge zachwyciłam się. 
Trochę klimatem przypominała mi ona styl opowiadań Alice Munro ale nie jest to zarzut bo nie odczuwałam tu żadnej próby kopiowania. Po prostu obie autorki skupiają się na kobietach i wokół nich tworzą swoje opowieści.
Jak w wyżej wspomnianym wywiadzie stwierdziła Strout „To zdania przekazują opowieść”. I tak dokładnie dzieje się w jej opowiadaniach. Bywa tak, że się je czyta, czyta i nagle bach, jedno zdanie „robi” całą opowieść, że tak może kolokwialnie się wyrażę.
„Olive Kitteridge” to zbiór opowiadań, jak już pisałam, łączących się ze sobą postacią tutułowej bohaterki.
Poznajemy jej życie ale i życie osób z miasteczka, w którym Olive żyje wraz z mężem i synem jedynakiem. Olive Kitteridge jest nauczycielką miejscowej szkoły a więc będą też opowieści o uczniach, których uczyła w przeszłości.
Bardzo dobra to książka, aczkolwiek dość smutna w swojej wymowie. I jak powiedziałam do P. po jej lekturze, życie to jednak pasmo smutku i niepowodzeń.
Autorka wspaniale kreśli postaci bohaterów. Nikt tu nie jest przesłodzony i nikt nie jest tylko draniem. 
To opowieści o życiu „wszędzie”. To opowieść o uczuciach, o miłości i krzywdzie. O niezrozumieniu własnych czynów a raczej ich konsekwencji. Strout pisze konkretnie ale jej zdania nie sprawiają wrażenia „suchych” , wszystkiego jest tu w sam raz. 
Olive jest taka prawdziwa w swoim niepojmowaniu tego dlaczego jej relacje z synem ułożyły się w taki a nie inny sposób.
Bardzo dobra książka, którą jeśli nie czytaliście, polecam ją Wam.
Moja ocena to 6 / 6.

Wiem, że na jej podstawie powstał serial, czy ktoś z Was może go widział?
 

sprzątam, odgruzowuję…

…czyli wcielam w praktykę zasady i rady z książki Katarzyny Kędzierskiej „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”. 
W sumie, to nie zdawałam sobie sprawy z tego ile bezsensu trzymanych przedmiotów, rzeczy się „dorobiłam”. Znam teraz swoje „grzeszki”, i po uczciwej rozmowie samej z sobą wiem, że chcę się z tym nadmiarem rozprawić raz a dobrze. I wiem jedno, bardzo poważnie każdy następny zakup rozważę. O.
Plus, wreszcie mówię „pa pa” nietrafionym prezentom, czy przedmiotom, które zalegają w szafie na zasadzie „przydasi”. Jeśli coś się nie przydało kilka lat, raczej sprawa wątpliwa, żeby się przydało w jakiejś bliżej dającej się określić przyszłości. 
No, marketing i sprzedawcy pewnie nie kochają tej mody na minimalizm , to taka moja prywatna refleksja.  

„Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”.

Katarzyna Kędzierska. 
Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2016). Ebook.

Nie przypuszczałam, że poradnik na jakikolwiek temat tak mnie wciągnie. 
A ten prezent okazał się tak interesujący i wciągający, że czytałam go bardzo szybko. 
Mało tego, zaczęłam wcielać w życie już pewne zasady, o których pisze w swojej książce autorka.
Na wstępie należy dodać, że Katarzyna Kędzierska między innymi jest blogerką i prowadzi blog o nazwie Simplicite.pl

Nie miałam o tym pojęcia, przyznam się, dopóki nie zaczęłam czytać książki. 
Natomiast jakiś czas temu Ewazdublina „popełniła” u siebie na blogu wpis o swoim własnym wcieleniu w życie zasad minimalizmu. Dawno to było, chciałam nawet zalinkować teraz tamten Jej wpis, ale na tyle dawno to było, że nie mogę go znaleźć. A zupełnie niespodziewanie zaległ mi gdzieś z tyłu głowy. 
Proszę bardzo, z pomocą Dublinii udało mi się znaleźć Jej wpis, o tu właśnie. 

I teraz ta książka czyli „Chcieć mniej” okazała się jakby dopełnieniem tamtego zalegnięcia i wspominania go. 
Nie będę się rozpisywać zbytnio, stwierdzę, że ta książka dobra jest bardzo dla kogoś, kto z tych czy innych przyczyn czuje potrzebę uporządkowania spraw, rzeczy wokół siebie. 
Owszem, rady autorki dotyczą głównie spraw materialnych ale nie tylko. 

Muszę też przyznać, że czytałam ją z zainteresowaniem bo widzę, że część spraw wniosłam sama do mojego życia niejako instynktownie. 
Ale wiele pracy jeszcze przede mną. 
Nie czuję się nadmierną konsumpcjonistką ale przyznaję się , że zdarzyło mi się kilka naprawdę bezsensownych zakupów. 
I jestem trochę „chomikiem”. Postanowiłam z tym zerwać. Małymi krokami ale najważniejsze, to wiemy , że dotyczy właściwie każdej kwestii, to ruszyć z miejsca. 
Myślę, że jest to dobra książka dla tych, którzy chcą się trochę „odgruzować”, którzy czuję przytłoczenie przedmiotami ale również dla tych, którzy zaczynają się zastanawiać czy trochę nie dali się wmanewrować w to przekonanie, że „należy się ci za to czy tamto nowy telefon, bluzka, szminka, itd itp”.

Fajna, ciekawie napisana książka, z perspektywy osoby, która przerobiła i przerabia temat na własnej skórze.

Bardzo mi się podobała i polecam. 

Moja ocena 5 / 6.
 

„Zagadki przeszłości”. Kate Atkinson

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2014). Ebook.

Przełożył Paweł Laskowicz.
Tytuł oryginalny Case Histories

To ostatnia z cyklu o Jacksonie Brodiem książka, którą przeczytałam pomimo, że lepiej byłoby abym od niej zaczęła. Lepiej, bo niestety ale w czwartej części , którą czytałam przed tą, zdradzone jest rozwiązanie pewnej sprawy, której rozwiązania podejmuje się Jackson w „Zagadkach przeszłości”. Trudno. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego cyklu zacznijcie po prostu w odpowiedniej kolejności.

Ta część obfituje (nic nowego u tej autorki) w nieszczęścia i smutki. Ale przede wszystkim znów niesamowicie opisany jest proces odczuwania straty i pustki po śmierci dziecka.
Pisałam o tym gdzie indziej ale napiszę jeszcze tu, tak, jak (przypominam, że to moje subiektywne odczucia) Hakan Nesser o czymkolwiek by nie pisał, tak napisze o przemocy wobec kobiet, tak widzę, że Kate Atkinson pisze o stracie i żałobie. Brzmi to niepokojąco znajomo dla autorki, niepokojąco bo pewne refleksje są tak prawdziwie napisane , tak poruszające, że ma się wrażenie, że nie jest to niestety jedynie kunszt literacki autorki. Ale być może się mylę.

W tej części jest też mnogość bohaterów i spraw złych, które tychże bohaterów spotykają ale jak to u Kate Atkinson jest zawsze, wszystko logicznie się potem wyjaśnia i poplątane sznurki zdają się zostać rozplątanie. I, co trochę krzepi, pewne wątki zostają z optymistycznym zakończeniem.

Atkinson jest , o czym wspominałam wielokrotnie, mistrzynią opisów stanu człowieka w sytuacji straty, poczucia pustki, beznadziei. Dla mnie akurat wątek ojca, który nie jest w stanie pogodzić się ze śmiercią córki, był najbardziej przejmujący i bardzo prawdziwy. Kto czytał, to wie.

Mój zachwyt nad prozą Kate Atkinson trwa.
I z niecierpliwością oczekuję następnej jej książki.

Moja ocena tej to 5.5 / 6. 

„O świcie wzięłam psa i poszłam”. Kate Atkinson.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Wolnicka.
Tytuł oryginalny Started Early, Took My Dog.

Panie i Panowie, niniejszym oznajmiam, że Kate Atkinson staje się jedną z moich najulubieńszych autorek.
Dokonała czegoś niezwykłego, jej książki pomimo smutnego i dość przygnębiającego nastroju (z racji poruszanych przez nią tematów) powodowały to, że nie byłam w stanie ich odkładać. Po prostu wpadłam w czytelniczy ciąg.
Przede mną jeszcze pierwsza książka tej autorki z cyklu o Jacksonie Brodie’m. Albowiem zaczęłam czytać ten cykl od środka (jak się okazało, szkoda bo miałam nabytą na czytniku jej pierwszą książkę z cyklu ale jakoś tak wyszło, że o tym fakcie dowiedziałam się dopiero wczoraj, nieważne).
Kate Atkinson udało się coś niezwykłego, jak dla mnie to dowód na to jak dobrą jest pisarką. A mianowicie, im dalej w las czyli im dalsze części cyklu, tym…lepiej. „O świcie wzięłam psa i poszłam” potwierdza zdecydowanie to, że Atkinson pisząc wciąż się rozwija.
Jak zwykle u niej pomimo, że będą motywy kryminalne, to właściwie jest to książka z bardzo mocnym wątkiem psychologicznym. I obserwacjami po raz kolejny współczesnego świata z wszystkimi jego problemami zwłaszcza dotyczącymi kondycji współczesnej rodziny.

Jak powiedziałam wczoraj do P. „Kate Atkinson jawi mi się jako rzecznik praw wszystkich pokrzywdzonych, słabszych, tych, którzy nie umieją się ze swoim krzykiem bólu i rozpaczy przebić”. I wydaje mi się, że jednak spora część wypowiedzi czy refleksji bohaterów prezentowanych w jej książkach to własne sądy i przemyślenia autorki. Ale być może się mylę sądząc, że ustami bohaterów wyraża ona własne opinie.

Ta książka znów opowiada o tematach trudnych , bolesnych. Niestety, ponownie opisuje ona krzywdy na tych najsłabszych jakimi są dziećmi.
Autorka zastosuje tu też pewien przewrotny, nazwę to kolokwialnie, „chwyt”. Nie chcę za wiele zdradzać ale postawi ona przed nami pytania „Czy każde postępowanie można usprawiedliwić? Czy przestępstwa można „porównać”? Czy jest mniejszy bądź większy grzech?  Czy możemy igrać z imperatywami?”.

Czytając książki Atkinson ktoś może złapać się na odczuciu, że być może „kibicuje” nie tej osobie, której ze względu na postępowanie względem prawa, powinien.

Genialna , wspaniale pisząca autorka, ogromnie się cieszę, że sięgnęłam po jej drugą książkę.

Moja ocena to 6 / 6 

o dwóch książkach dla dzieci…

…krótki wpis ale chcę zachęcić tych, którzy jeszcze nie odkryli.
Pierwsza książka to „Szary domek”. Katarzyna Szestak i ilustratorka Natalia Jabłońska mogły ujrzeć tę książkę dzięki wygranej w konkursie „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”. Słyszałam o niej ale do Biedronki mi jakoś nie po drodze było a na wakacjach wręcz odwrotnie i oto okazało się, że ta książka to naprawdę tak wspaniała książka dla dzieci jak czytałam w internecie.
Nie przereklamowana, dobra, ciepła opowieść o Szarym Domku i jego poszukiwaniu przyjaciół i idealnego lokatora. I wiecie co? To książka z jakąś niezwykłą magią gdyż za każdym razem kiedy ją czytamy Jasiowi odkrywam jakiś nowy fragment czy zdanie, którego do tej pory nie czytałam, którego nie znam…Bardzo , bardzo warto. Tak się zastanawiam jaki przedział wiekowy tej książki, myślę, że spokojnie przedszkole i może nawet początek podstawówki?
Tak w ogóle, to według mnie książka dla każdego bo przyznam się , że ja sama naprawdę lubię ją czytać i do niej wracać. Piękna, ładna opowieść zarówno treścią jak i ilustracjami. Obie panie wykonały wspaniałą pracę i jeśli szukacie prezentu dla znajomego dziecka to warto zainteresować się tą książką, z tym, że o ile dobrze mi się wydaje, to jest ona do kupienia jedynie w sklepach sieci Biedronka. Moja ocena to 6 / 6.

Druga książka to książka mojego dzieciństwa, która została wznowiona w roku 2009 przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Jest to ni mniej ni więcej a „Malutka Czarownica” Otfrieda Preusslera. To kolejna książka, która niby dla dzieci a jak dla mnie to dla całej rodziny.  
Odkupiłam ją sobie w tym 2009 roku bo uwielbiałam tę książkę bardzo kiedy byłam mała i miałam zaczytany egzemplarz w domu a to wydanie jest z ilustracjami, które pamiętam z wydania z dzieciństwa. I wczoraj postanowiłam zacząć czytać ją Jasiowi. Opinia po przeczytaniu ponad połowy „Mamo, podoba mi się ta książka” jest najlepszą reklamą 🙂 Wzruszyłam się bo oczywiście, że baaardzo chciałam aby Mu się spodobała ale wiadomo, że nie musiała.
Czytaliśmy na zmianę, P. i ja i pękałam ze śmiechu w niektórych momentach.
Malutka Czarownica to książka o małej , zaledwie studwudziestosiedmioletniej Czarownicy, która źle zrozumiała pewne nakazy starszych i bardziej od siebie doświadczonych czarownic. I nakaz „Zostań DOBRĄ czarownicą” wzięła dosłownie. I wcieliła w życie pomagając wszystkim smutnym i nieszczęśliwym.
Wspaniała książka i pomimo, że spotkałam się z opinią, że niektóre książki dla dzieci, które znamy z własnych dziecięcych lat, „starzeją się” , to w tym przypadku zdecydowanie się nie zgadzam.
Znów myślę, że taki najbardziej docelowy czytelnik to przedszkolak i może pierwsza klasa czy druga podstawówki ale ponownie twierdzę, że to książka dla każdego. Moja ocena to 6 / 6.

 

„Kiedy nadejdą dobre wieści?”. Kate Atkinson.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2015). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Wolnicka. 
Tytuł oryginalny When Will There Be Good News?

Przeczytałam następną książkę w cyklu o Jaksonie Brodie. 
Ta była jeszcze lepsza od „Przysługi”, za to ogromnie przygnębiająca. Ale naprawdę dobra.
Zaczyna się bardzo smutno i właściwie cała jest smutna. Opowiada o stracie, o żałobie, o podnoszeniu się z ran. O pustce i o braku. Wszyscy bohaterowie w niej występujący czegoś złego zaznali i w większym bądź mniejszym stopniu to zło na nich wpłynęło. Jedni radzą sobie z wydarzeniami z przeszłości lepiej a inni gorzej.
Po raz kolejny zauważam, że w opisie warstwy obyczajowej książki (pomimo tego, ze jest to kryminał) Kate Atkinson „rozprawia się” z bolączkami współczesnego świata. Jest jego baczną obserwatorką i ostrym krytykiem aczkolwiek muszę stwierdzić, że nasze opinie wielokrotnie się powielają.

Jest to książka napisana bardzo dobrze, sądzę, że również niemała w tym zasługa tłumaczki, w stronę której ślę ukłony.

I pomimo tego, o czym pisałam, że jest to książka niełatwa a nawet bardzo smutna, to cień nadziei zaserwowany na koniec nieco ją rozświetla.

Moja ocena 6 /6. 

ebooki kontra papier czyli…

…wpis prowokacyjny 😛

Ostatnio widziałam fajny mem, autorstwa Loesje, w którym stało jak byk, że „Lubię zapach starych ebooków”. Hi hi i ha ha i w ogóle fajne a serio mówiąc, pisząc, to spodobała mi się ta lekka ironia bo…No właśnie. Był czas, kiedy zostałam obsobaczona na tymże blogu jak to ja czytuję ebooki i że w ten sposób tracę rzekomo wiele. Co tracę już mi nie wyjaśniono ale zaczęłam się zastanawiać i tak oto nie wiem co tracę. Wiem, czego nie tracę. Nie tracę wzroku bo używając czytnika mogę podświetlić ekran, mogę też powiększyć czcionkę do takiej wielkości, która moim oczom się spodoba i da wytchnienie. Nie tracę sił dygając cięższą książkę w rękach, w torbie, nie wiedzieć gdzie, bo mogę największą cegłę mieć wgraną na czytnik (co nie znaczy, że nagle pokochałam cegły książkowe, bo nie, wolę mniejsze objętościowo). Ale ale, zapomniałam o najważniejszym argumencie. Nie tracę pieniędzy a może sformułuję to nieco inaczej. Otóż finanse są jakie są, nie otrzymuję książek od wydawnictw (wyjątkiem jest jedno, więc jestem cała happy bo to bardzo dobre wydawnictwo i cieszę się z możliwości czytania ebooków), więc jestem poniekąd „skazana” na kupowanie książek, ebooków. A ebooki mają bardzo dobre promocje. Jeśli tylko nie chcę czegoś na „już! teraz! natychmiast!” mogę poczekać na promocję czy to danego wydawnictwa czy jakieś okołotematyczne i doczekać się naprawdę dobrej ceny.
Wiem, wiem, że ludzie kochają książki dla samych nich. Dla szelestu stron, dla zapachu (niestety, tego nie łączę bo jako węchowiec miałam już problemy z książkami, które pachniały zbyt mocno drukiem, a i również książkę przesiąkniętą na wskroś zapachem papierosów miałam i nie byłam w stanie jej czytać). I wszystkie te argumenty rozumiem, bo sama książki przecież do roku 2011 czytałam jedynie w papierze. Ale pod koniec tamtego roku P. sprezentował mi na Rocznicę Ślubu pierwszy czytnik i początkowo nie było takiego oszałamiającego wyboru ebooków ale wszystko to zmieniało się dosłownie z miesiąca na miesiąc.
Jak bardzo wygodny jest czytnik pojęłam po narodzinach Syna, kiedy to nie wyobrażam sobie czytania papierowej książki czy to podczas karmienia piersią czy to podczas naszych niekończących się spacerów z wózkiem. Było tak, że dylałam ponad dwie godziny po osiedlu , dziecko sobie spało a ileż można wpatrywać się z uwielbieniem w Następcę? Brałam wtedy czytnik do torby, dziecko zasypiało jak tylko wózek wtoczył się na chodnik a ja czytałam, czytałam, czytałam.
Dalej kocham książki papierowe ale kupuję ich o wiele, wiele mniej. Raczej dostaję książki papierowe wygrane w konkursach na Fb stron wydawnictw, w których namiętnie biorę udział. Dostaję też wciąż prezenty od innych osób jak również kolekcjonuję sobie obecnie kolekcję pod nazwą „Życie jest piękne” a to wiadomo, w papierze się ukazuje. Ale jest mi wygodniej czytać ebooki i cieszę się z tego faktu, że mogę, że mam możliwość i że właściwie oferta ebooków nie odstaje od tej papierowej (wyjątkiem są te książki, co do których jak się zorientowałam, występują jakieś nieporozumienia na linii autor-wydawnictwo dotyczące formy wydania książki).

A Wy? Czytacie ebooki?
Z pozdrowieniami,
Chiara76 

„Przysługa”. Kate Atkinson

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca.  Warszawa (2015). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Wolnicka. 
Tytuł oryginału One Good Turn

Cykl o byłym policjancie (nie wiem czy w pierwszej części był on jeszcze „byłym” policjantem, w tej – jest)  nazywającym się Jackson Brodie zaczęłam od drugiej części ale podobno nie szkodzi i chyba faktycznie nie jest to problem. 
To moja druga po „Jej wszystkie życia” książka Kate Atkinson i chyba ta podobała mi się nawet bardziej.
Od razu mówię, że ci, którzy jeszcze nie czytali a chcieliby a mają nadzieję na rasowy kryminał, mogą czuć się zawiedzeni. To prawda, jest to książka z silnym wątkiem kryminalnym ale szala zdecydowanie przeważa na stronę solidnie napisanej obyczajówki, której akcja rozgrywa się podczas okresu festiwalu teatralnego w Edynburgu.
Muszę powiedzieć, że mimo, że wcale niewesołe sprawy porusza autorka, to wykazuje się takim poczuciem humoru, że podczas lektury uśmiałam się albo przynajmniej uśmiechnęłam niejeden raz. Ta książka to (o czym wiedzą niektórzy z innego miejsca) według mnie kopalnia trafnych spostrzeżeń i refleksji jak również ciekawych cytatów do zapisania sobie.
Według mnie Kate Atkinson pod pozorem postępowania bohaterów tej książki po trochu „rozprawia się” z bolączkami dzisiejszego świata.
Bohaterów w tej książce jest bardzo wielu, czasem miałam wrażenie czytając ją, że jest aż nadto tłoczno ale w sumie dość sprawnie intrygi i powiązania się ze sobą łączą i wyjaśniają na koniec. Niemniej jednak, co podkreślam, ja traktuję ją zdecydowanie niekoniecznie jako dobry kryminał a napisaną z niesamowitym poczuciem humoru i ironią obyczajówkę.
Każda z postaci jest po coś. Jedyne, do czego trochę się przyczepię to postać jednej z głównych bohaterek. Muszę powiedzieć, że w krótkim czasie przeczytałam ponownie motyw kobiety po pięćdziesiątce,z dwójką dzieci, z którymi ma ona fatalne kontakty, nie tylko z własnymi dziećmi zresztą. I szczerze mówiąc, może pechowo, że akurat teraz, ale poczułam się nieco znużona tym samym tematem „wałkowanym” po raz kolejny. No ale to w sumie jedyne moje większe zastrzeżenie, mocno subiektywne przecież. 

Moja ocena to 5 / 6.