4 lata

Od dziś mamy w domu czterolatka 🙂 
Te dokładne cztery lata miną późnym wieczorem więc oczywiście celebrowanie przez cały dzień.

Aż się nie chce wierzyć jak ten czas biegnie szybko. A przecież wciąż pamiętam ten dzień. Przed południem robiłam jeszcze badania z krwi. A po południu była druga sierpniowa pełnia i zaczęłam czuć, że , hmmmm…chyba trzeba pojechać do szpitala, może sprawdzić na KTG co się dzieje. Chociaż na badaniu byłam dzień wcześniej ale jak mnie położna ulubiona zobaczyła, od razu mówi, o, ale się brzuch opuścił. No i już w tym szpitalu zostałam a P. pojechał do domu pakować walizkę. Której tym razem spakowanej zawczasu nie miałam. No więc musiał nas na cito pakować.
A wieczorem późnym mogliśmy pierwszy raz się z Janem przywitać i wziąć Go w ramiona.

A tu czterolatek, przedszkolak w domu. Ha, zleciało !

Jasiu, bardzo Cię z Tatą kochamy i w tym Uroczystym Dniu Składamy Ci Najlepsze Życzenia, dużo Zdrowia, Szczęścia, Radości, Wielu tylko serdecznych Ci ludzi wokół Ciebie i samych dobrych zdarzeń i spełnienia marzeń! Mama i Tata.  

„Ktoś we mnie”. Sarah Waters.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016). Ebook. Ebook otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.
Tytuł oryginalny The Little Stranger.

Starą posiadłość, Hundreds Hill, we władaniu pani Ayres i jej męża, narrator opowieści zobaczył pierwszy raz mając dziesięć lat i zrobiło to na nim ogromne wrażenie.
W chwili gdy rozpoczyna on swoją historię jest statecznym lekarzem, osobą, która zdecydowanie wybiła się ponad to, co osiągnęli inni przedstawiciele warstwy społecznej, z której się wywodzi. I trafia do Hundreds mając ponad czterdzieści lat, tuż po IIWŚ.
Pojawia się on w posiadłości za sprawą chorej służącej. Jak szybko się okazuje, nastolatka symuluje chorobę, bowiem nie podoba jej się dom, w którym przyszło jej pracować. 
Pani Ayres jest obecnie wdową z dwójką dorosłych już dzieci zamieszkujących wraz z nią i tylko dwiema osobami ze służby, ogromną posiadłość, która niestety w niczym nie przypomina wspaniałości jaką w pamięci miał po swojej pierwszej wizycie doktor Faraday.

Różnymi zbiegami okoliczności doktor Faraday, który do tej pory nie leczył rodziny Ayres, zostaje lekarzem rodzinnym i zaczyna coraz częściej przebywać w posiadłości.
Zaczyna też coraz bardziej zaprzyjaźniać się z synem pani Ayres, Roderickiem i z jego siostrą Caroline. 
A sytuacja w domu zaczyna być z dnia na dzień coraz bardziej dziwna. Czy to samo domostwo, które nie dość, że jest ogromne to ogrom zniszczenia tworzy jego przygnębiający klimat? Czy coraz więcej dziwnych i tajemniczych wydarzeń, które zdarzają się w Hundreds? Czy wszystko to jednocześnie? Tak czy inaczej sytuacja gęstnieje i staje się coraz bardziej niepokojąca i budząca grozę. 
A wszystko to skrupulatnie opisuje nam narrator. Który , to ciekawe, w jakiś przedziwny sposób zdaje się łączyć z tym wszystkim o czym nam opowiada. 
Autorka pozostawia jednak zakończenie bez jasnej odpowiedzi, co tak naprawdę wydarzyło się w Hundreds. Czy rację miał Roderick a może sama pani Ayres? A może winowajcą jest ktoś zupełnie inny?
Nie chcę za wiele zdradzać z fabuły aby nie psuć przyjemności czytania tym, którzy mają tę przyjemność literacką jaką jest „Ktoś we mnie” dopiero przed sobą. Dodam jednak, że według mnie to kawałek rewelacyjnej prozy z klimatem noir znanej nam chociażby z opowiadań Poe. 

Bardzo mi się podobała. 
Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

A teraz uwaga spoiler, czytacie na swoją własną odpowiedzialność:

Mniej więcej w połowie lektury całkiem poważnie wzięłam pod uwagę a dalsze czytanie tylko pogłębiało to moje przekonanie, że jeśli ktoś tu mącił najwięcej to sam narrator i zaczęłam się zastanawiać czy ta obsesja Hundreds nie spowodowała u niego jakichś zaburzeń. Takich, które mogły wyzwolić u niego dziwne zachowania i to, co mógł przyszykować aby upolować Caroline, z którą nareszcie mógłby zamieszkać w posiadłości.

 

 

 

zbiorowe…

…podziękowania za kartki pocztowe , które otrzymałam w tym sezonie wakacyjnym. Mimo, że każdej osobie dziękowałam w bardziej osobisty sposób ale dzisiaj usłyszałam, jak to ktoś podobno stwierdził, że kartki wysyłane z wakacji to…obciach bo podobno stanowią rodzaj „chwalenia się komuś, że się jest gdzieś tam podczas kiedy osoba, do której się wysyła jest w pracy”. Nigdy tak nie patrzyłam na to, i myślę, że to aż przykre, że może ktoś tak do tego podchodzi. Mnie zawsze kartki otrzymane cieszą, to wiedzą wszyscy ci, którzy je do mnie jeszcze ciągle wysyłają a i sama staram się wysyłać chociaż od kilku lat te wakacyjne są wysyłane już z Warszawy. 
Dziękuję więc za kartki : Mardze za pocztówkę z Berlina, Eli – z Dębek, Spacerkowi Biedronki z uroczego Roztocza, a Dagmarze za kartkę z Sopotu. Rozpieściłyście mnie ogromnie i każda pocztówka ucieszyła mnie ogromnie 🙂 

„Hipotermia”. Arnaldur Indridason.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożył Jacek Godek. Tytuł oryginału Harðskafi

Po książce Hakana Nessera, którego jako autora bardzo lubię i cenię, sięgnęłam po książkę kryminał kolejnego autora, którego bardzo lubię.
W tej części znów spotykamy Erlendura, śledczego, którego znamy z poprzednich książek autora.
Znamy jego obsesję na temat pewnych tematów i nie inaczej będzie w tej części. Jednak chyba powoli pewne niedokończone sprawy z przeszłości policjanta zaczną się nareszcie układać.

Tymczasem przyjdzie mu do głowy prowadzić zupełnie prywatne śledztwo. Sprawa została oficjalnie uznana za samobójstwo ale coś w niej nie spodoba się Erlendurowi do tego stopnia, że postanowi prywatnie się zająć tym przypadkiem. I dziwnym zbiegiem okoliczności owo śledztwo pozwoli mu na rozwiązanie zagadek z przeszłości.

Być może miłośnicy kryminałów uważają intrygi tworzone przez autora za nie dość wyśrubowane. Ja lubię te książki za samą postać Erlendura, za jego obawy i właśnie upór przy drążeniu pewnych tematów, za to, że jest bardzo „ludzki” a nie sztuczny. Za to, że błąkając się w meandrach ludzkiej psychiki, która często prowadzi do zbrodni, pokazuje i twarz upartego śledczego i człowieka, który w przeszłości popełniał wiele błędów. 

Moja ocena to 5 / 6.  

„Żywi i martwi w Winsford”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Kłos.
Tytuł oryginalny „Levande och doda i Winsford”.

Bardzo, bardzo lubię książki, kryminały Hakana Nessera, to wiedzą wszyscy ci, którzy czytają mój blog.
I każdą nową książkę kupuję praktycznie „w ciemno”. 
Tak było i nie inaczej w przypadku tej książki, na której się nie zawiodłam.

Książki Hakana Nessera niby posiadają wątek kryminalny ale wszyscy, którzy czytają jego książki, wiedzą, że są to bardziej książki psychologiczne, opowiadające o skomplikowanej naturze ludzkiej, z kryminalnym tłem.
I nie wiem, czy tylko ja takie mam odczucia w stosunku do bohaterów jego książek czy nie tylko ja, ale o czym zawsze piszę, Nesser opisuje swoje postaci tak, że właściwie nigdy nie umiem ich „żałować”. Bez względu na to czy chodzi o ofiary czy o sprawców. Naprawdę mnie to zawsze ciekawi, czy to celowy zabieg ze strony autora czy też ja to tak odbieram. Tak czy inaczej najczęściej jeśli się coś odczuwa w stosunku do bohaterów to jakieś odczucia „wspierania” w ich poczynaniach ale żebym miała mocno przeżywać i współczuć to chyba nie.
Tak czy inaczej bardzo lubię kryminały Nessera za to w jaki sposób konstruuje postaci bohaterów swoich książek. W jaki sposób odsłania karty i kolejne historie owych bohaterów, dzięki czemu dowiadujemy się dlaczego znaleźli się w takim a nie w innym punkcie własnego życia.
Plus za opis emocji ludzkich i umiejętność stwarzania aż gęstej od uczuć atmosfery książek.

Nie inaczej jest w tej książce, w której właściwie najmniej jest kryminału a dużo o człowieku. A konkretnie, o pewnej kobiecie, której opowieść poznajemy z ust jej samej.
Dowiadujemy się , że przybywa ona pewnego jesiennego wieczoru do angielskiej wioski wraz z towarzyszem jakim jest pies.
A potem dowiadujemy się co i dlaczego spowodowało to, że owa samotna kobieta znalazła się tak daleko od własnego domu i jak doszło krok po kroku do tego, co się stało.
To kolejna książka Nessera, którą się zachwyciłam. Autor oddał fantastycznie ponury nastrój jesienno-zimowego otoczenia wrzosowiska, na którym wynajmuje dom bohaterka. Opis jej dywagacji, odczuć bardzo mi się podobał bo wprowadzał napięcie ale było w nich wiele bardzo celnych spostrzeżeń.
Po raz kolejny bohater, który sam nie do końca zdaje sobie sprawę jak to się stało, że wszystko w jego życiu poszło nie tak i że sprawy życiowe potoczyły się tak bardzo źle.
Dobra książka, nie książka akcji ale świetny kawałek psychologicznej prozy, ze zbrodnią w tle, potraktowaną według mnie dość marginalnie jedynie po to aby pokazać sytuację i losy bohaterki.

Bardzo mi się podobała i bardzo ją polecam.

Moja ocena to 6 / 6. 

 

jeszcze…

…parę słów o wakacjach. Żeby nie było, że tylko się zaszyliśmy w wiejską głuszę (co wcale nie było takie złe ale czasem trzeba był się ruszyć:)) to coś tam przy okazji pooglądaliśmy. Niewiele bo Jasiek wolał wracać do zabawy ale zawsze coś. I tak byliśmy w Reszlu gdzie bardzo nam się podobało wejście na wieżę Zamku w Reszlu, z której to wieży rozciąga się piękna panorama miasta. Polecam też przy okazji kawiarenkę o nazwie „Kafejka”, bardzo pyszny torcik bezowy z malinami tam mają, mniam 🙂 W Reszlu świetna jest też krótka ale widowiskowa wyprawa, a raczej spacer, miejskim parkiem. Należy znaleźć Most Gotycki i tam jest wejście do parku a wchodząc zdaje się, że nagle człowiek znalazł się w górach. Idzie się bowiem wąwozem wzdłuż wartkiej rzeki Sajny. Bardzo polecam taki krótki spacer.
W Kętrzynie również obejrzeliśmy wystawę na Zamku, jak również zrobiliśmy zakupy w galerii rękodzieła mieszczącej się na zamkowym dziedzińcu a wystawiającej przedmioty wyrabiane ręcznie przez osoby ze Stowarzyszenia Konik Mazurski http://www.konikmazurski.pl/ 
O tej galerii wiedziałam od znajomej i kiedy teraz postanowiliśmy pojechać tu, gdzie byliśmy, podpytałam Ją jeszcze o namiar na galerię i nie żałuję bo bardzo ładne przedmioty tam są i nie drogie a fajne bo polskie a nie chińskie, pamiątki można przywieźć sobie i bliskim.
A w ogóle to pierwsze zakupy na wyjeździe jakie w ogóle zrobiliśmy to w …księgarni w Kętrzynie:) Niespodzianka, prawda?  
Byliśmy też na chwilę w Mrągowie, gdzie tradycyjnie przeszliśmy się nad Czos i popodziwialiśmy to, co teraz na topie podobno i modne czyli ten Flyboard, o którym najpierw usłyszałam w Lecie z Radiem, a potem zobaczyłam nie wiedząc początkowo, że to to, w Mrągowie właśnie.
Jeszcze nawiedziliśmy Park Rozrywki Mazurolandia ale szczerze, to najmniej nam się podobało. Sama idea miniatur zabytków okolicy mazurskiej bardzo fajna i rycerski kącik, ale w sumie uważam, że cena jest nieco niewspółmierna do tego, co się otrzymuje tak więc nie pojechałabym tam już więcej.

 

o tym, jak udany…

…był to urlop i jak bardzo udało się chociaż na chwilę oderwać od tak zwanej „prozy życia” niech świadczy fakt, że wczoraj udało mi się zapomnieć o fakcie zmiany nazwy przedszkolnej Jasia. Dodatkowo zabawnie było gdyż usiłowałam się dogadać z nową panią, która w tym roku będzie nową nauczycielką w grupie Jasia. Szczęśliwie , całe nieporozumienie udało się szybko wyjaśnić 🙂 A jeszcze do niedawna w sumie pamiętałam, bo sama Mu o zmianach jakie Go czekają po wakacjach, opowiadałam. Bo to i nowa sala, i nowe miejsce w szatni i nowa pani. No i nowa nazwa grupy właśnie. Sporo tych zmian, szczerze mówiąc. 

Z innej beczki, co czytałam, kiedy mnie nie było. Dokończyłam na wyjeździe książkę „Złota dama” Anne MArie O’Connor. Książka ta opisując losy jednego obrazu interesująco przedstawia sytuację Austrii przed IIWŚ, potem po Anschlussie i po wojnie. I o tym jak rabowano mienie żydowskie i jak bardzo Austriacy po IIWŚ światowej mieli problem z przyznaniem się do własnych grzechów i chętniej coś wypierali. (Nie jest to jednak, mam tego świadomość, rzecz odosobniona czy typowa dla tego konkretnego narodu). Mnie ta książka zainteresowała bo ciekawi mnie zaplątanie Historii Sztuki w skomplikowaną historię ale nie jestem do końca pewna czy każdemu ta książka się spodoba. Mnie najpierw wciągnęła, nawet bardzo, potem ogromnie przygnębiła, a niestety, końcówka głównie mnie znudziła bo jakoś zbytnio mi się ciągnęła. Podobno na podstawie książki powstał film.

A niedawno skończyłam czytać „Alfabet. Moje życie” Ojca Knabita. Dobrze poczytać słowa kogoś mądrego i zrównoważonego, co też udało mi się uczynić. 

 

wróciliśmy…

…jeśli nie z raju to z jego przedpokoju 🙂

Powiem a raczej napiszę tak, pierwszy raz chyba zdarzyło się, że to co zastaliśmy okazało się o wiele lepsze niż to, czego się spodziewaliśmy po zdjęciach oglądanych wcześniej w internecie i opiniach o tym miejscu czytanych.
Albowiem, jak mówi nie stare przysłowie pszczół , a moje własne, serdeczności i domowej atmosfery, nie odda się na żadnym, nawet najpiękniejszym zdjęciu. To trzeba przeżyć.
Porzuciliśmy hotele i resorty na rzecz pensjonatu, i to okazała się świetna decyzja. Albowiem czuliśmy się tam nie gośćmi hotelowymi co gośćmi ale przyjaciółmi domu.

Gospodarze i ich pracownicy, którzy są ze sobą na zasadzie mocno przyjacielskiej związani, robią wszystko aby zamieszkujący u nich goście czuli się jak najlepiej. I nie ma różnicy czy gość jest na jedną noc (a bywali tacy, „w drodze”) czy na więcej, jak my. 

Objadaliśmy się nieprzytomnie ale też jest to zasługa pani E., która swoją kuchnią z palcem nie wiem gdzie (pani gotująca to raczej nie powinna w nosie 🙂 ) wygrałaby wszystkie konkursy z mistrzami kulinarnymi w tytułach.
Objadaliśmy się też bo pierwszy raz od dawna serwowano nam naprawdę domowe jedzenie w dwustu procentach. Kury znoszą tam jaja, warzywa są albo z ich ogrodu albo z ogrodów pracowników. Możesz sobie urwać ogórka lub pomidora jeśli masz na to chęć i nikt ci tego nie wyliczy.

Jasiek, o czym wspominałam w pierwszym wpisie o wakacjach, wdrożył się w życie wiejskiego gospodarza i dylał z właścicielką po jaja wieczorem. Super było Go obserwować gdy pewnym ruchem sięgał po latarkę, którą zabierali aby odkryć jaja poukrywane w najrozmaitszych miejscach.

Miejscówka znaleziona nieco przypadkiem przez P. po tym nieudanym wyjeździe czerwcowym okazała się zadośćuczynieniem i dodatkowo, zyskaliśmy kawałek „swojego miejsca na ziemi”, do którego , to wiemy wszyscy, chcemy powrócić na pewno. Zrealizowałam swoje do tej pory niespełnione ale już od teraz tak, marzenie o wakacjach na prawdziwej wsi. Wiem,wiem, że są osoby, które taki wyjazd nie za granicę a na polską wieś, uznałyby za nudny ale jak to dobrze, że dla każdego jest możliwość tego, co mu sprawia przyjemność, dzięki temu w miejscach takich ja to, w którym byliśmy, nie ma (jeszcze, jak się obawiam!), tłoku.

Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą jak czytałam i zachwycałam się „Siedliskiem”, książką napisaną przez Janusza Majewskiego na podstawie scenariusza to serialu pod tym samym tytułem. Potem zachwycił mnie i serial. 
I po tym wyjeździe wiem jedno, tak, jak marzyłam, czytając i oglądając wtedy, znalazłam „moje” Siedlisko… 

Pozdrawiam…

…z Warmii, z wakacji, które w dzieciństwie stanowiły moje niespełnione wówczas marzenie,czyli wakacji na wsi.

Mamy tu u gospodarzy pełen zwierzyniec bo i drób wszelakiej odmiany jak kury, koguty, perliczki, indyczki, gęsi, pawie ale i niezliczoną ilość kotów i  cztery psiaki,które wzięte że schroniska, nareszcie wiedzą co to znaczy mieć prawdziwy dom…Wreszcie wiem co znaczy ta psia radość na widok powracającego człowieka. 

Na terenie posiadłości rosną stare odmiany jabłoni a w tle jest gniazdo bocianie i obecnie dwójka młodych szykuje się do odlotu a rodzice odwiedzają młodzież regularnie. Pierwszy raz mam choć na chwilę „własne” bociany. 

Jak do tego dodam serdeczność i gościnność gospodarzy objawiającą się na przykład w częstowaniu nalewką domowej roboty a także fakt, że Jaś znalazł w  osobie prawie sześcioletniej siostrzenicy gospodarza przyjaciółkę, z którą szaleją całe dnie jak również wypełniają poważne obowiązki jak wieczorne wybieranie jaj z kurnika, zrozumiecie dlaczego nie mam czasu na wiele poza życiem wiejskim 🙂