z cyklu dialogi…

…małżeńskie 😉

Ja do P. ucieszona „No, wreszcie ktoś dodał komentarz do mojego wpisu o książce !”
Z tyłu słyszę od przechodzącego za mną P. mamroczącego wrednowato „Przypadek ” …

 

* * *

Ja do P. „Są dwa języki, w których wspaniale słucha się piosenek a są to…*”
P. wpadając mi w słowo „Niemiecki i chiński” 🙂

Kurtyna.  🙂

* oczywiście chyba wiadomo, jakie języki miałam na myśli? Rosyjski i francuski, rzecz jasna.

„Atlas chmur”. David Mitchell.

Wydana w Wydawnictwie MAG. Warszawa (2012).

Przełożyła Justyna Gardzińska.

Tytuł oryginału The Cloud Atlas.

Po „Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta” tego samego autora, którą to książką zachwyciłam się w tym wpisie, przyszła kolej na „Atlas chmur”. Tak się złożyło, o czym zresztą pisałam, że w tym przypadku pierwszą obejrzałam ekranizację a nie przeczytałam książkę. I tak mi się film spodobał (pomimo, że zbiera sporo krytyki, jak zdążyłam się zorientować), że sięgnęłam po książkę. I tu się nie zawiodłam. Niemniej jednak być może przez samą strukturę opowieści miałam moment w połowie książki, w którym poczułam lekkie zmęczenie. Czy to jak mówię samą formą, czy to objętością (to kolejna bardzo obszerna książka), dość, że zwalczyłam za radą paru osób owo znużenie i książkę kontynuowałam i myślę, że dobrze bo jak już potem zaczęło się wszystko składać, poszło mi szybciej. 

Po raz kolejny David Mitchell zachwycił mnie językiem opowieści. Opowieści bowiem w tej książce jest sześć i każda z postaci mówi innym językiem bądź ogólna atmosfera danej historii jest prowadzona z osobnym klimatem słowa, aurą właściwą jej tylko.
Mamy tu więc jak mówiłam sześć opowieści, co ważne, każda dzieje się w innym czasie, w osiemnastym wieku, latach dwudziestolecia międzywojennego XX wieku, latach siedemdziesiątych XX wieku, początku XXI wieku, i dwie w przyszłości. W tym ostatnia to opwowieść dziejąca się w okresie postapokaliptycznym. 
Każda z opowieści ma swój klimat i stanowi aluzję do jakiegoś danego gatunku literackiego. Jest opowieść prowadzona w formie pamiętnika, są listy , jest w końcu klasyczna sensacja ze ścielącym się trupem i młodą idealistką, która prowadzi niebezpieczne prywatne śledzctwo. Jest opowieść komediowo awanturnicza, science fiction i właśnie, o czym już wspomniałam, postapokaliptyczna, poznawana jako wspomnienia z ust kogoś, kto żył w tamtym czasie i wspomina na starość.

Jak już mówiłam, po raz kolejny chylę czoła zarówno w kierunku samego autora, który bawi się literaturą w sposób mistrzowski, jak również w kierunku pani tłumacz, która na pewno miała przed sobą podczas tej pracy niełatwe zadanie a wywiązała się z niego wspaniale.
Czyli po raz kolejny David Mitchell pokazał mi dlaczego czytanie książek to wspaniała sprawa. Bo to na swój sposób zabawa, która wciąga nas w swój niezwykły magiczny świat. Tę książkę można czytać na wiele sposobów. To po raz kolejny tak lubiane przez Mitchella wątki idealistów walczących ze złem tego świata. Pierwszy bohater , podróżujący statkiem amerykański notariusz Adam Ewing i walcząca ze złem dziennikarka, Luisa Rey to właśnie ci idealiści, którzy przypominali mi swoją postawą Jacoba de Zoeta z książki, o której wcześniej wspomniałam. 
Ale można ją też czytać przez pryzmat opowieści o „człowieku” ogólnie. O jego namiętnościach, pasjach, o miłości, o złu, jakie jeden człowiek może czynić drugiemu. O dążeniu do zmian, o potrzebie zmian i egzekwowaniu ich przez próby rewolucji. O wojnach. Zaskakująco wiele trafnych zwłaszcza w dzisiejszych dniach gdy sytuacja polityczna i ogólna na świecie niemiła i niepewna, odnotowałam podczas tej lektury. Tak więc dodatkowo mogę stwierdzić, że „Atlas chmur” jest lekturą zdecydowanie ponadczasową i uniwersalną.
Wnikliwi czytelnicy mogą się zastanawiać i odczytywać te opowieści jako historię nieprzemijalności człowieka i jego pragnień, dążeń a nawet może i opowieść o reinkarnacji postaci. Ja jednak tego wątku reinkarnacyjnego bym nie rozpatrywała, do mnie to nie przemawia, raczej jako ciągłość tego, o czym już pisałam. Ciągłość wszystkiego tego co człowiekowi towarzyszy podczas życia. Ciągłość pasji i ciągłość pragnienia życia i uczynienia go jak najbardziej ciekawym. Także pragnienia wolności i niezawisłości.

To zdecydowanie kolejna świetna lektura, która, o czym już pisałam, potwierdza niezwykłość i wspaniałość literatury i czytania i tego, że czas spędzony nad książką tak naprawdę nigdy czasem zmarnowanym nie będzie. No, przynajmniej czas spędzony nad tak dobrą książką jak ta. Ta książka to wspaniała lektura czyniąca ukłon w stronę wymagającego czytelnika i w kierunku literatury ogólnie i mówiąca do nas „poświęć mi trochę twojego czasu a zobaczysz, nie będziesz żałować”. I zaiste, nie żałuję ani trochę.

Moja ocena to 5.5 / 6.

wczoraj odbył się…

…pierwszy publiczny występ Jasia. W przedszkolu, rzecz jasna 🙂
Przedstawienie odbyło się z okazji minionego już Święta Odzyskania Niepodległości.
Wiedzieliśmy o występie od trzech tygodni, części występu się domyślaliśmy („Kto ty jesteś? Polak mały…” 🙂 ) i ćwiczyliśmy w domu, tym bardziej, że Hymn Polski był przez Jasia podśpiewywany w minionym czasie coraz częściej ale na ten przykład „Przybyli Ułani pod okienko” czy „Płynie Wisła, płynie…” stanowiło dla nas niespodziankę.
Przedstawienie rozpoczęło się o szesnastej. Zostało przygotowane z wielką starannością i co ważne, z uwzględnieniem na jak wiele stać w tym wieku dziecko aby nie zaczęło się nudzić czy czuć, że czegoś nie potrafi.
Było bardzo pięknie a kiedy wszyscy zaśpiewaliśmy (bo oczywiście wszyscy wstaliśmy i dołączyliśmy do dzieci i nauczycielek) Hymn Polski i kiedy zobaczyliśmy te wszystkie maluchy jak stoją poważnie i z niezwykłą adekwatną do sytuacji godnością podczas śpiewu, zrobiło się dodatkowo jeszcze bardzo, bardzo wzruszająco. 
Może tak się kształtuje patriotyzm, nie przez nie wiedzieć jakie hasła ale poprzez dbanie między innymi oczywiście, o takie szczegóły.

Po przedstawieniu był owocowy poczęstunek, z którego mój Syn skwapliwie skorzystał i uzupełnił spalony zapewne przejęciem cukier zjedzeniem dwóch mandarynek i wypiciem szklanki wody (zapewne zaschło w gardle).

Piękne są te chwile i chociaż wiem, że tego typu przedstawień, występów i towarzyszących im wzruszeń jeszcze przed nami wiele, to ten zapamiętam na zawsze jako ten „pierwszy”…