Wydana w Wydawnictwie SOL. Warszawa (2012). Ebook.
No więc tak, nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie byłam tego w stu procentach pewna po lekturze „Wyspy z mgły i kamienia”, jeszcze trochę się wahałam czy mogę po jednej książce porywać się na aż tak silne stwierdzenia, za to ta lektura mnie utwierdziła w tym zdecydowanie. A więc „znalazłam” sobie kolejne nazwisko, które chcę, będę czytać. Sama sobie znalazłam, wynalazłam, nie zmusiły mnie do tego promocje nachalne, które powodują, że są nazwiska na naszym rynku, które wydawnictwa promują na tyle namolnie, (ja wiem, wiem, to się zapewne nazywa „prężnie”), że boję się otworzyć lodówkę.
No więc w przypadku Magdaleny Kawki nic takiego nie ma miejsca.
Jej nazwisko było dla mnie zupełnie obce i jak pisałam zachwalając i polecając jej poprzednią czytaną książkę, o której piszę w tym wpisie, poznałam to nazwisko zupełnie przypadkowo. Był to jednak zbieg okoliczności całkowicie szczęśliwy i zaowocował tym, że na liście swojej prywatnej „autorów, których książki chcę czytać”, pojawiło się teraz nowe, właśnie Magdaleny Kawki.
Dwie przeczytane przeze mnie książki jak na razie mówią mi jedno, autorka zrywa ze schematami, których możemy się początkowo spodziewać. I tak tu oto poczytna pisarka powieści dla kobiet (na podstawie jej książek zrealizowano już nawet popularny serial) zmienia miejsce zamieszkania, z Poznania na miejscowości Grzmoty. To małe miasto gdzieś na Pomorzu, niedaleko granicy z Niemcami.
Małgorzata, owa pisarka, ma córkę Tamarę, z którą niespecjalnie się jej układają stosunki. Ich układy zawsze były skomplikowane, dorosłość córki, która jest od kilku lat zamężna z Francuzem i wiedzie udane życie w Paryżu, nie poprawiła ich wzajemnych relacji.
I oto nagle, tuż po Świętach Bożego Narodzenia, kiedy jeszcze wciąż wiszą świąteczne dekoracje a kolędy zdają się pobrzmiewać w powietrzu, Tamara zjawia się w Grzmotach. Okazuje się, (co ze wstydem musi przyznać, uświadamia jej znajoma matki, pracująca w wydawnictwie wydającym jej książki Weronika), że od dłuższego czasu kontaktu z Małgorzatą nie ma. Zniknęła, nie daje znaku życia. Trochę dziwne. Tamara mimo, że nie pała radością, decyduje się jednak odwiedzić najpierw rodzinne miasto Poznań a potem pożyczonym od Weroniki autem jedzie do Grzmot, do domu matki aby tam zorientować się w sytuacji.
I właściwie tam zaczynamy „odbijać” od schematu, którego można by się spodziewać. Bo tak, oto córka orientuje się, że jej matka prowadziła zupełnie inne życie, niż się można było spodziewać. I tak, Tamara jest zaskoczona tym, jak inna jest jej matka mieszkająca w Grzmotach niż ta, którą znała z własnego dzieciństwa i młodości.
I na tym to, co mogłoby pójść w stronę „córka widzi ile dobra jest w matce i oto kobiety po latach naprawiają ich relacje, łącząc niegdyś zerwaną nić uczucia” możemy skończyć.
A zacznie się opowieść trudna, przejmująca, niełatwa, kryminalna.
Niby pewnych spraw podczas lektury domyśliłam się dość wcześnie. I szczerze, nie popsuło mi to lektury w żadnym stopniu.
Niemniej jednak po raz kolejny podkreślam, kto liczył na czytadło wakacyjne lekkie, łatwe i przyjemne, to zdecydowanie się przeliczył. Kawka w swojej książce przeniesie nas do miasteczka skutego lodem i przyprószonego śniegiem (zima zjawiła się niespodziewanie i nadzwyczaj długo trzyma) , w którym niby to nic się nie dzieje a jak się okazuje, dzieje się bardzo, bardzo dużo. Niekoniecznie dobrego. Autorce udaje się odmalować atmosferę zimy i gęstniejącej (lodowaciejącej?) atmosfery narastającej grozy bowiem na pewne tematy zyskujemy jako czytelnik wiedzę o wiele wcześniej niż Tamara i pomagająca jej Weronika.
Podoba mi się styl, język, jakim pisze autorka, tworzy to w każdej książce dodatkowo pozytywne wrażenie.
Jeszcze raz zaznaczam, to nie jest przyjemna lekka książka ale wciąga ponownie tak, że oderwać się od niej nie mogę a ja już wiem po czyje książki teraz będę chciała sięgnąć.
Moja ocena 5.5 / 6.
