11 lat minęło…

…dzisiaj mojego blogowania.

Przy tej okazji pozdrawiam serdecznie wszystkich moich Czytelników i odwiedzających mnie.

Nie tak dawno widziałam wpis kogoś, kto wyliczył jakie zmiany w jego życiu spowodowało to, że zaczął blogować.

U mnie tak się nie stało. Blog nie spowodował większych zmian w moim życiu. Nie dostałam pracy, nie zaczęłam wielkiej współpracy. Poznałam za to sporo „wirtualnych” znajomych. Parę z nich poznałam potem „w realu”.

Od jedenastu lat z większą lub mniejszą częstotliwością piszę. Zaczęłam to dla zostawienia wspomnień z wyjazdów a z czasem blog się rozwinął. Pojawili się pierwsi czytelnicy. Przez jedenaście lat przez jego łamy przewinęło się bardzo dużo osób. Dużo z nich zniknęło i już nie pojawia się u mnie, tym bardziej cenię sobie stałą obecność kilkorga z Was. Dziękuję za nią. 

Dużo się wydarzyło w moim życiu odkąd zaczęłam pisać. Myślę, że dobrze, że o niektórych z wydarzeń nie mogłam wiedzieć, pewnie nie uwierzyłabym.

Piszę to wszystko z komórki bo ponownie wakacjujemy na naszych Mazurach. Niestety, pogoda tym razem zawiodła. Za oknem raczej wczesna jesień niż środek lata. Niemniej jednak podobno w weekend ma się poprawić. Oby tak się stało. 

Pozdrawiam serdecznie.

Chiara76

 

„Rzeka zimna”. Magdalena Kawka.

Wydana w Wydawnictwie SOL. Warszawa (2012). Ebook.

No więc tak, nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie byłam tego w stu procentach pewna po lekturze „Wyspy z mgły i kamienia”, jeszcze trochę się wahałam czy mogę po jednej książce porywać się na aż tak silne stwierdzenia, za to ta lektura mnie utwierdziła w tym zdecydowanie. A więc „znalazłam” sobie kolejne nazwisko, które chcę, będę czytać. Sama sobie znalazłam, wynalazłam, nie zmusiły mnie do tego promocje nachalne, które powodują, że są nazwiska na naszym rynku, które wydawnictwa promują na tyle namolnie, (ja wiem, wiem, to się zapewne nazywa „prężnie”), że boję się otworzyć lodówkę.
No więc w przypadku Magdaleny Kawki nic takiego nie ma miejsca.
Jej nazwisko było dla mnie zupełnie obce i jak pisałam zachwalając i polecając jej poprzednią czytaną książkę, o której piszę w tym wpisie, poznałam to nazwisko zupełnie przypadkowo. Był to jednak zbieg okoliczności całkowicie szczęśliwy i zaowocował tym, że na liście swojej prywatnej „autorów, których książki chcę czytać”, pojawiło się teraz nowe, właśnie Magdaleny Kawki. 

Dwie przeczytane przeze mnie książki jak na razie mówią mi jedno, autorka zrywa ze schematami, których możemy się początkowo spodziewać. I tak tu oto poczytna pisarka powieści dla kobiet (na podstawie jej książek zrealizowano już nawet popularny serial) zmienia miejsce zamieszkania, z Poznania na miejscowości Grzmoty. To małe miasto gdzieś na Pomorzu, niedaleko granicy z Niemcami.

Małgorzata, owa pisarka, ma córkę Tamarę, z którą niespecjalnie się jej układają stosunki. Ich układy zawsze były skomplikowane, dorosłość córki, która jest od kilku lat zamężna z Francuzem i wiedzie udane życie w Paryżu, nie poprawiła ich wzajemnych relacji.

I oto nagle, tuż po Świętach Bożego Narodzenia, kiedy jeszcze wciąż wiszą świąteczne dekoracje a kolędy zdają się pobrzmiewać w powietrzu, Tamara zjawia się w Grzmotach. Okazuje się, (co ze wstydem musi przyznać, uświadamia jej znajoma matki, pracująca w wydawnictwie wydającym jej książki Weronika), że od dłuższego czasu kontaktu z Małgorzatą nie ma. Zniknęła, nie daje znaku życia. Trochę dziwne. Tamara mimo, że nie pała radością, decyduje się jednak odwiedzić najpierw rodzinne miasto Poznań a potem pożyczonym od Weroniki autem jedzie do Grzmot, do domu matki aby tam zorientować się w sytuacji.

I właściwie tam zaczynamy „odbijać” od schematu, którego można by się spodziewać. Bo tak, oto córka orientuje się, że jej matka prowadziła zupełnie inne życie, niż się można było spodziewać. I tak, Tamara jest zaskoczona tym, jak inna jest jej matka mieszkająca w Grzmotach niż ta, którą znała z własnego dzieciństwa i młodości.  
I na tym to, co mogłoby pójść w stronę „córka widzi ile dobra jest w matce i oto kobiety po latach naprawiają ich relacje, łącząc niegdyś zerwaną nić uczucia” możemy skończyć.
A zacznie się opowieść trudna, przejmująca, niełatwa, kryminalna.
Niby pewnych spraw podczas lektury domyśliłam się dość wcześnie. I szczerze, nie popsuło mi to lektury w żadnym stopniu.

Niemniej jednak po raz kolejny podkreślam, kto liczył na czytadło wakacyjne lekkie, łatwe i przyjemne, to zdecydowanie się przeliczył. Kawka w swojej książce przeniesie nas do miasteczka skutego lodem i przyprószonego śniegiem (zima zjawiła się niespodziewanie i nadzwyczaj długo trzyma) , w którym niby to nic się nie dzieje a jak się okazuje, dzieje się bardzo, bardzo dużo. Niekoniecznie dobrego. Autorce udaje się odmalować atmosferę zimy i gęstniejącej (lodowaciejącej?) atmosfery narastającej grozy bowiem na pewne tematy zyskujemy jako czytelnik wiedzę o wiele wcześniej niż Tamara i pomagająca jej Weronika.


Podoba mi się styl, język, jakim pisze autorka, tworzy to w każdej książce dodatkowo pozytywne wrażenie.

Jeszcze raz zaznaczam, to nie jest przyjemna lekka książka ale wciąga ponownie tak, że oderwać się od niej nie mogę a ja już wiem po czyje książki teraz będę chciała sięgnąć.

Moja ocena 5.5 / 6. 

kartka z Prowansji…

…dotarła do nas wczoraj. Piękny widok przedstawia kamienną starą solidnie zbudowaną posiadłość a przed nią oczywiście, ni mniej ni więcej a lawendowe pole. Klimatyczna bardzo i dziękuję Nadawczyni, że nam ją przysłała, wielka i miła oczywiście, niespodzianka. 

Podróżowałam chwilę, podróżowałam książkowo 😉 Odbyłam wizytę na Krecie za sprawą książki „Chalepianka. Zapiski z Krety” Anny Laudańskiej, na której to lekturę nastawiłam się mocno a okazało się ,że chyba za mocno się nastawiłam za bardzo. Miałam nadzieję na bardziej osobiste opisy życia (nie, nie prywatne, jeśli ktoś się chce przyczepić ) a właśnie takie osobiste. Oczywiście, były, niemniej jednak jest to jednak (w moim osobistym odczuciu) taki bardziej właśnie spersonalizowany przewodnik po Krecie. Który na pewno przyda się osobom, które chcą odbyć na Kretę podróż ale właśnie bardziej pod kątem stricte turystycznym to traktować należy, tak sądzę. No, więc tu się odrobinę zawiodłam ale pewnie tym razem to wina moich oczekiwań a w sumie powinnam była wiedzieć, czego się mogę spodziewać skoro książka ukazała się w wydawnictwie National Geographic. Tak więc podróżującym a raczej planującym podróż kreteńską na pewno ta książka się przyda. 

Potem zaczęłam czytać „Szpagat w pionie. W drodze przez Indie”, Macieja Wesołowskiego i czytało mi się dobrze, ale chwilowo przerwałam bo dotarłam do polityki a tego nie lubię w żadnym wydaniu, nie tylko polskim, a z kolei fakt faktem, że pisać o Indiach bez jakiegokolwiek naświetlenia sytuacji politycznej się nie da. Niemniej jednak na razie porzuciłam lekturę.

A zaczęłam i to mnie wciągnęło niesamowicie, „Rzeka zimna” Magdaleny Kawki, tak tak, tej samej, której „Wyspę z mgły i kamienia” jakiś czas temu skończyłam z zachwytem. I ta książka mnie wciągnęła od początku i puścić nie chce, tak wciąga. Bardzo mi się dobrze czyta. Zdaje się, że sama sobie odkryłam jedną z tych autorek, których książki będę chciała poznać i której pisanie naprawdę mi się podoba. 

Życzę Wam miłego, spokojnego tygodnia.

„Wyspa z mgły i kamienia”. Magdalena Kawka.

Wydana w Wydawnictwie MG. Warszawa (2013). Ebook.
Tak, moje postanowienie, które wykluło się czas jakiś temu trzyma mnie mocno. Wciąż czytam autorki i autorów polskich. Ostatnio sprawdziłam w swoim notesie, w którym zapisuję oceny książek (oczywiście wraz z ich tytułami;)) i aż się sama zdziwiłam. Nieprzerwanie bowiem czytam polską literaturę od kwietnia a więc…sporo już czasu ;)”Wyspę z mgieł i kamienia” Magdaleny Kawki nabyłam gdy przeglądałam promocje (chyba około Targów Książki ale pewna wcale nie jestem) i oto wzrok mój przykuła okładka, która kojarzyła się z Grecją. Okazało się ,że dobrze mi się skojarzyła, bowiem już krótki opis książki dawał jasno znać, że jej akcja dziać się będzie ni mniej ni więcej a na mojej ukochanej Krecie. No i czy ja mogłam nie kupić tej książki?Tak więc kupiłam ale jak widać, książka nieco się „przeleżała” na czytniku. Do teraz.
Sięgnęłam po nią i wsiąkłam. Nie mogłam się od niej oderwać.
Zacznijmy od tego, że jest to obyczajówka dobrze napisana, ładnym językiem, zgrabnie i na szczęście, nie pretenduje do niczego innego niż jest czyli dobrze napisanym właśnie obyczajowym kawałkiem. Za to jak mówię, napisanym tak, że oderwać się nie można. Oto Julia, pani doktor dawno po rozwodzie a obecnie po zakończonym związku, która już niemal jedną nogą jest (nie, nie, nie w grobie na szczęście) a na emeryturze. Pani doktor anestezjolog, ma dwie dorosłe córki i szczęśliwie, spadek po przodkini. Który to spienięża i nie czekając na emeryturę wyjeżdża z kraju aby kupić dom na Krecie i osiąść tam na stałe jak ma nadzieję. Tak, wiem, brzmi trochę jak z tego schematu, na który ostatnio tak psioczyłam. Podobieństwo jednak na tym się kończy bo pani doktor zdecydowanie nie daje się wtłoczyć w żadne schematy.To właśnie dotychczasowe schematy i poczucie obowiązków sprawiło, że teraz ponad pięćdziesięcioletnia Julia powiedziała sobie dość tego i postanowiła wyjechać.
Kreta wita ją piękną pogodą, wspaniałymi krajobrazami, serdecznymi i gościnnymi ludźmi, wspaniałymi wiekowymi zabytkami. I dziwną grupą osiedlonych na Falasarnie obcokrajowców, którzy niby to chcąc się zaprzyjaźnić sprawiają wrażenie jakby z jakichś, bliżej nieznanych Julii przyczyn, chcieli być blisko niej aby ją kontrolować. 
Julia jednak stara się nie zaprzątać myśli zmartwieniami. Organizuje sobie nowe życie, mebluje dom, poznaje zarówno ekscentryczną grupę znajomych jak i tubylców. W oko wpada jej jeden z nich. Trochę tu będzie wątku romansowego, od razu uprzedzam i aż się sama zdziwiłam, że mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że raz na kiedy mam ochotę poczytać i taką bajkę dla dorosłych ?:)

Julia poznaje więc i samą okolicę, w której kupiła dom, i mieszkańców. Zaczyna mieć wrażenie, że coś się dzieje, ale dokładnie jeszcze nie wie co. Nie przyjdzie jej do głowy, że będzie miała do czynienia z wielkimi zabytkami. I jak duże kłopoty i perypetie będą szły w parze z tymi zabytkami.

Co mi się spodobało to fakt, że jak widzę autorka książki „odrobiła” lekcję historii. Wątki historyczne dotyczące Krety i czasów okupacji niemieckiej są bardzo interesujące a w połączeniu z faktem, że nasza ostatnia wizyta na Krecie miała miejsce właśnie w rejonach, w których kręci się bohaterka książki i również odwiedzaliśmy za tamtą wizytą miejsca historyczno-martyrologiczne, książka według mnie zyskała dodatkowo. 

To nie jest kolejna opowieść o kobiecie w pewnym wieku, która postanowiła zmienić swoje życie. A może inaczej, trochę jest, tylko ta zmiana według tej konkretnej kobiety nie polegała na natychmiastowym znalezieniu nowego partnera a na zmianie stylu życia, kieratu, w którym utkwiła i który najwyraźniej w pewnej chwili stał się tak ciążący, że doprowadził do takich a nie innych decyzji.  

Bardzo mi się ta książka jak już wspominałam, podobała.
Oceniam ją na 5 / 6.

 

„Jeszcze raz, Nataszo”. Karolina Wilczyńska.

Wydawnictwo Czwarta Strona. Poznań (2014). Ebook.

Karolina Wilczyńska a raczej jej pisanie , spodobało mi się już podczas czytania jej książki „Ta druga”, o której pisałam w tym wpisie.

„Jeszcze raz, Nataszo” może mylić swoim tytułem. Podejrzewam, że niektórzy sięgając po tę książkę mogą mieć tak modny ostatnio w literaturze motyw kobiety około czterdziestki, która po rozwodzie rzuca wszystko co do tej pory stanowiło jej życie, wybywa w szaloną podróż , nabywa winnicę, lodziarnię, restaurację, cokolwiek i zmienia swoje życie by w jeszcze lepszych chwilach (od tej pory bowiem jej życie składa się przecież z jedynie lepszych chwil:)) zrozumieć, że to, czym do tej pory żyła to fałsz, ułuda, któremu dała się uwieść.

No więc nic bardziej mylnego.

Karolina Wilczyńska owszem, opisze nam słowami bohaterki, która jest narratorką opowieści, życie kobiety około czterdziestki stojącej na progu nowego życia.

Natasza właśnie wróciła z rozprawy rozwodowej. Która, czego zresztą można się było spodziewać, nie okazała się ani miła ani relaksująca. I fart, że zakładając ongiś z byłym już mężem firmę, postarała się o to aby mieć w niej 51% udziału. 
Natasza staje więc u progu nowego życia. Do tego progu doprowadzono ją niejako na siłę, bez jej chęci, ale już na nim jest, czasu ani wydarzeń się nie cofnie.
Natasza może zrobić z tym nowym darowanym jej trochę na przekór życiem wszystko. Może ruszyć do przodu ale może się też poddać.
Na szczęście, jest silna i wytrwała. Inaczej nie byłaby na pewno w wielu innych (niż małżeńskie) punktach życia tak daleko jak właśnie jest.
Natasza wiele osiągnęła bo jest osobą pracowitą, wytrwałą.
Teraz też nie poddaje się a siada na tarasie by przy ogniu przejrzeć swój album ze zdjęciami i przeglądając je przejrzeć swoje życie od początku do tego punktu, w którym jest obecnie. I postanowić co i jak teraz będzie robić, jak będzie żyć.

Książka składa się z dziesięciu rozdziałów o znaczących i ważnych tytułach. Tytuły te oznaczają jakieś wydarzenie z życia bohaterki i czytając je poznajemy je jej słowami.

Książka ta była dla mnie interesująca pod jeszcze innym względem. Ponieważ autorka uczyniła bohaterkę kobietą w takim a nie innym wieku, a więc jej wczesna młodość przypadła na lata przełomu. Oto więc bohaterka zaczyna swoje studia jeszcze w minionym systemie aby ukończyć je w nowym i w tym nowym rozpocząć wielką karierę.

Chyba wszyscy moi i co za tym idzie, Nataszy, rówieśnicy pamiętamy te szalone czasy „przełomu”. Kiedy nagle po okresie pustki w sklepach na półkach pojawiło się niemal wszystko. A jeśli nie, światowe marki postarały się aby biedactwa zza dotychczasowej żelaznej kurtyny już tego dobra doznały nie tylko w Pewexach ale i w nowo otwartych sklepach wszystkich znanych firm. 
Młodsi nie pamiętają ale faktycznie, pierwsze sklepy znanych marek dżinsów….No, to było wydarzenie. Podobnie jak budy z kasetami z muzyką, która do tej pory leciała jedynie w dozowanych programach na Dwójce okraszona kolorowymi teledyskami z lepszego świata (tak tak, kiedyś były tylko dwa kanały w telewizji). 
W tamtych dziwnych czasach jeśli tylko ktoś miał łeb na karku, zmysł do interesów i trochę przebojowości mógł osiągnąć wiele jeśli nie niemal wszystko.
A osiągać to wiele pomagała firma Nataszy i jej eks męża. Jako, że założyli oni jedną z pierwszych wtedy w Polsce agencji reklamowych.
Dla mnie więc interesująca ogromnie była ta warstwa książki. Ten powrót do tamtych czasów, pamiętanych przez pryzmat nastoletnich wspomnień.  
Ciekawie było przeczytać rozwój firmy w tamtym okresie jak i poznać samą bohaterkę, która musiała szybko wdrożyć się w nowe realia biznesowe i nie tylko, bo nagle przyszło jej robić interesy z osobami, które co prawda nie miały często zbyt dobrego wykształcenia ale za to we właściwym czasie wiedziały co zrobić.

Natasza pani prezes firmy, Natasza udziałowiec, Natasza otoczona żonami bogatych klientów jej agencji reklamowej. Zabrakło wielu innych oblicz Nataszy, na które to oblicza zwyczajnie zabrakło czasu. 

Poznajemy więc Nataszę w momencie rozliczeń i wspomnień i wraz z nią podczas lektury docieramy do końca. Końca, który niesie w sobie zdecydowanie nadzieję na lepsze nie lukrowane i nie udawane ale po prostu lepsze bo bardziej świadome, jutro.

Moja ocena to 5 / 6.
 

 

zawiodłam się…

…na książce „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia” Piotra Milewskiego. Nie wiem, być może kogoś innego ona zachwyci, mnie niestety, nie, domęczyłam ją, a to już niefajne ale mam w zwyczaju jeśli chcę skrytykować dobrnąć do końca czy to książki czy filmu. 
Mnie się ta opowieść nie spodobała. Umęczyłam się opisem podróży autostopowej autora, opisie każdego kierowcy, który go zabrał, opisem każdej ławki , na której nocował i każdego głodu jaki odczuł podczas swojej podróży. Wolno mi się nie zachwycać, to korzystam z tego prawa, nie, nie zachwycam się. Opis Japonii taki tu jakiś płaski (nie jest to moje określenie, niestety, to określenie znajomego, który użył go ostatnio pisząc ze mną na temat zupełnie innej książki o podróży do innego niż Japonia, kraju). Ale właśnie to określenie pasuje mi bardzo do tego opisu. 
Tak więc ta książka niestety, nie spodobała mi się i cieszę się, że po raz kolejny, ebook nabyty był w promocji. 
Jak mówię, to, że mnie się nie podobała (daję jej ocenę 3.5 na 6), nie oznacza oczywiście, że komuś innemu się nie spodoba. Ja uwielbiam jak książka o podróży gdzieś tam powoduje u mnie to, że natychmiast po skończeniu jej mam ochotę spakować walizkę i pognać na lotnisko. Ta niestety tak na mnie nie podziałała. 
Trudno, bywa i tak, że coś nie „zaskoczy” w lekturze, coś nie pasuje, coś irytuje…

A ponieważ dziś już piątek więc tą drogą życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu. 

„Nieważkość”. Julia Fiedorczuk.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2015). Ebook.

Tak, zacznę ten wpis tradycyjnie, skorzystałam z promocji cenowej na ebook i dzięki temu miałam możliwość przeczytania jednej z lepszych książek w tym roku. Tym razem na promocję czekałam, bo wiedziałam, że książka jest bardzo dobra. I opłacało się poczekać. 

Dawno, dawno temu w małym mazowieckim miasteczku, nie za daleko od stolicy, żyły sobie trzy dziewczynki, Ewa, Zuzanna i Helena. Ich piękne imiona to często jeden z niewielkich kawałków piękna, jakie im się przytrafiły. Albowiem ta opowieść tylko może zacząć się jak bajka, chociaż bajką nie jest.

Julia Fiedorczuk jest poetką i to się wyraźnie w jej prozie czuje. Pisze pięknym spokojnym językiem, i w jakiś niezwykły sposób umie oddać duszny, smutny klimat swojej opowieści.
Kto w tej opowieści o trzech dorastających na prowincji dziewczynkach chciałby ujrzeć trend, jaki pojawił się ostatnio w literaturze, czyli opowieść o kobietach, które spotkają się po latach w rodzinnej miejscowości aby tam „po przejściach” ponownie odnowić swoją przyjaźń i wzajemnie się wspierać, jest w błędzie. Nic takiego tu nie wystąpi.
Dziewczynkom przyszło spędzić w jednej miejscowości parę wspólnych lat ale nie przyjaźniły się wszystkie trzy, a dwie, Helena i Zuzanna, poznały się i były koleżankami raptem przez dwa czy trzy lata. A potem ich drogi się rozeszły na zawsze.
Opowieść toczy się nielinearnie, jest tu dużo wspomnień wszystkich trzech dorosłych już teraz kobiet.
Życie każdej z nich potoczyło się inaczej i być może tak jak można się było spodziewać poznając je jako małe dzieci. I znając realia, w których wzrastały.

Zuzanna pracuje w agencji reklamowej w Warszawie, Helena tyra jako sprzątaczka w rodzinnym mieście, w centrum hotelowo konferencyjnym, a Ewa jest bezdomną alkoholiczką zagubioną wśród ulic stolicy.

Nie, nie ma tu za wiele happy endów. 
Z rwanych wspomnień to jednej to drugiej (najwięcej tu jednak wspomnień Zuzanny i Heleny), poznajemy ich dzieciństwo spędzone w końcówce PRL-u w małej miejscowości. A także jeszcze jednego bohatera, Mirka.

Te wspomnienia są zatarte ,pojawiają się nagle pod wpływem jakiegoś impulsu.
Pokrótce można podsumować „Nieważkość” jako wspaniałą opowieść o utracie niewinności dzieciństwa i takim jednak bolesnym przeskoku z niby to jeszcze bycia dzieckiem, któremu wolno wiele, w obarczone odpowiedzialnością za własne czyny, życie dorosłego.  

Nad Heleną i Zuzanną jak cień krąży wspomnienie Mirka. I pewien niewinny zdawałoby się epizod, z dzieciństwa, z tego na jak wiele dzieci sobie pozwalają, epizod, który jednak na swój sposób zaważy na całym ich życiu w ten czy inny sposób. 

Wstawiając swoją ocenę do Biblionetki ze zdumieniem zauważyłam, jak nisko ta książka została oceniona. Fakt, że czytelników, którzy podarowali jej ocenę było niewielu, ale jednak. Zdziwiona tym jestem bo jak mówię, to jedna z lepszych książek roku 2015 dla mnie, to już teraz wiem.
Bardzo ją polecam, aczkolwiek uprzedzam, że atmosfera opowieści jest raczej ciężka, dość przygnębiająca.  

Moja ocena 5.5 / 6. 

„Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku”.

Bożena Aksamit. 
Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2015). Ebook.

Nie będzie to może długa recenzja ale chcę o tej książce „popełnić” parę słów „na gorąco”.
A więc tak, mnie się podobała. Ale podejrzewam, że są tacy, którzy by na nią ponarzekali. Nie wiem, może dlatego, że według mnie jak na obecne standardy, za mało w niej plot i sensacji spod znaku brukowców? Jest za to solidnie stworzona piórem autorki monografia statku, statku zwanego „Lucky Ship”, na pokładzie którego pływało bardzo wielu oryginalnych ludzi. Mam na myśli zarówno załogę owego statku jak i samych pasażerów. 

Książkę podzieliłam na dwie części. Sama, bo książka posiada rozdziały ale dla mnie są jej dwie części, te o początkach statku „Batory”, w którym dowiadujemy się o powstaniu statku i jego początkach, jak również okresie międzywojennym gdy pływał do Stanów Zjednoczonych czy Kanady. Druga część to ta opowiadająca o losach statku i ludziach z nim związanych po IIWŚ. I ta część w jakiś sposób mocno mnie przygnębiła. Zapomina się, zwłaszcza dziś , o tym w jak paskudny sposób nowe władze i nowy system w powojennej Polsce miał wpływ na rozwój państwa ale i na los pojedynczych jednostek. No i na sektory gospodarki jakim była żegluga między innymi.

Ta powojenna część spowodowała u mnie jakieś przygnębienie, dużo myśli i refleksji.

Na pewno mniej przygnębiająca i bardziej rozrywkowa jest pierwsza część książki, w tym barwne opowieści o podróżujących „Batorym” artystach, twórcach, literatach itd. 

Dla mnie też osobną ciekawą treść stanowiły opowieści o kapitanach statku, którzy okazali się bardzo interesującymi postaciami a ich losy wielokrotnie stanowiły wręcz materiał na ciekawą książkę czy film.

Ciekawym rozdziałem jest również ten opisujący podróż dzieci z Wielkiej Brytanii w początkach IIWŚ, jak również ich pożegnanie ze statkiem przed jego złomowaniem. 

Jak mówię, książka ta z solidnym kalendarium i bibliografią, mnie się podobała. Nie epatowała bezsensowną sensacją. 

Ciekawym zabiegiem jest uczynienie z jakby nie było, martwego przedmiotu, głównego bohatera opowieści. Bohatera, który zdaje się mieć duszę. Bohatera, który budził tak wiele rozmaitych emocji. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

 

zbiorowe podziękowania…

…tą drogą i w tym miejscu przesyłam dla Wszystkich tych, którzy pamiętają, że kolekcjonuję pocztówki z różnych stron świata i że to, że stałam się Mamą , nie pozbawiło mnie radości z posiadania mojej kolekcji. 
Dziękuję Ewiezdublina, która to moją kolekcję najsilniej chyba wzmacnia podsyłając kartki nie tylko mnie ale i Janeczkowi, który to założył sobie kolekcję własną 😉
Również dzięki dla Margi, która (i nam i Janeczkowi) również czas jakiś temu podesłała kartkę ze swojej wspaniałej podróży alpejskiej (świetny to był pomysł, masz romantycznego Męża, Marga, super, tak zostać przez drugą połowę „porwaną” na taką świetną wyprawę:). Dzięki Mardze zatęskniło mi się za Alpami austriackimi, w których to spędziliśmy z P. dwa przeurocze urlopy.
Dziękuję też Kaye za kartkę z Lugano, która to kartka stała się kolejnym potwierdzeniem tezy, że kto jak kto ale Szwajcarzy z pewnością są narodem zorganizowanym, punktualnym i sprawnym jako, że kartka wyprzedziła nadawczynie docierając do mnie o kilka godzin wcześniej niż ona sama dotarła z powrotem do Warszawy. Mówiąc już wprost kartka wysłana 30 czerwca 2 lipca cieszyła już moje oko 🙂

Dziękuję również mojemu Przyjacielowi, obecnie z Chicago, który podesłał mi pocztówki z Californii. Jedna z nich z palmami, a co?:) I zachodem słońca uznanym zapewne przez niektórych za wręcz lekko kiczowatym, stoi sobie na półce i na nią zerkam. 
Co prawda temperatury mamy porównywalne ale niestety, do palm i morza, a co za tym idzie, odświeżającej bryzy, mam jednak daleko.  

Ps. Jestem niewdzięcznicą albowiem zdałam sobie sprawę, że zapomniałam w liście podziękowań dołączyć tychże dla Wildrose, która to wysyła mi piękne pocztówki z Japonii. Niniejszym , wielkie dzięki 😉