…teraz coś bardzo, bardzo dobrego, a mianowicie książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „1945 Wojna i Pokój”. Ponieważ jednak książka słusznej objętości, to na pewno zajmie mi to jeszcze trochę czasu a na pewno nie jest to lektura, którą warto czytać „po łebkach” i nieuważnie, tym bardziej, że to książka podczas której dużo się myśli, dużo przychodzi do głowy refleksji, zasłyszanych od rodziny czy bliskich wspomnień wojenno i powojennych.
Bardzo Wam ją polecam, uważam, że to książka z gatunku tych, które należy przeczytać.
do ptasiej…
…muzycznej oczywiście „kolekcji” mogę dołożyć sobotni koncert Pana Słowika, który nie przejmując się kotłującymi się dookoła niego ludźmi wyśpiewywał w najlepsze niemal w centrum Ogrodu Botanicznego. Prawdziwa miłość nie zważa wszak na przeszkody, czyż nie?
I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam Was w poniedziałek i życzę tradycyjnie już sobie i Wam miłego, spokojnego tygodnia.
jaskółki…
nad głowami, śmigające i nawołujące się charakterystycznie jerzyki…niepowtarzalne odgłosy wiosny…
„Persymona”. Katarzyna Maicher.
Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2013). Ebook.
Odnotuję , chociaż jakiejś wielkiej recenzji nie popełnię, książkę, którą skończyłam dziś a mianowicie ksiązkę autorstwa Katarzyny Maicher pod tytułem „Persyfona”. Ten książkowy debiut to jedna z najdziwniejszych książek, jakie czytałam ale w takim pozytywnym znaczeniu. No i kolejna, która na pewno nie jest lekka, łatwa i przyjemna i żadne z niej czytadło. Ciężki ma klimat, atmosferę, kiedy się ją czyta człowiek zaczyna pogrążać się w coraz to mniej pozytywnych nastrojach narratorki. Narratorki, co do której na samym końcu już pogubiłam się. Bo niby opowieść snuje córka, malarki i lekarza psychiatry. A pod koniec książki już sama nie wiem czy narratorką jest córka, czy matka, czy też może taki zabieg niejasności tego kto narratorką jest wprowadzono celowo aby zaznaczyć, że pewne sprawy zataczają koło, dzieją się powtarzalnie, coś w końcu pewnie dziedziczmy…
Narracja traktuje dziwnych i coraz to dziwniejszych relacji w rodzinnym domu opowiadającej. Mamy więc dom (poniemiecki) z przepięknym bujnym ogrodem. W ogóle roślinność i ich opis, to wspaniała warstwa tej książki, która zdecydowanie pobudza wyobraźnię czytelnika. Symbolika roślin zresztą nie raz i nie dwa ukazuje nastrój narratorki…
Relacje w tym domu są z opowieści na opowieść coraz mniej przyjemne. Ta trzyosobowa rodzina nie do końca zdaje się być rodziną a z czasem coraz bardziej przypomina trzy zagubione autonomiczne jednostki przypadkiem tylko egzystujące w jednym domu.
Ojciec to niemal Bóg i główny znienawidzony przez narratorkę, wokół którego dzieje się cała relacja. On decyduje o nastrojach panujących w domu i on decyduje niemal o wszystkim co dzieje się w życiu matki, czyli żony i córki.
Jak wspomniałam, klimat książki jest przedziwny, ciężki i nie poprawia zdecydowanie nastroju. W tym domu miały miejsce i mają jakieś nie do końca zwerbalizowane wydarzenia, które przez bohaterkę ( co ciekawe nigdzie nie poznajemy jej imienia, jak również matki ani ojca) zostały zepchnięte na dno świadomości a wspomnienia, które by może i chciały ujrzeć światło dzienne zdają się być ostatecznie przez nią stłamszone.
Niemniej jednak to jedna z najciekawiej poprowadzona opowieść o toksycznych relacjach w zdawało by się gronie osób, które powinny takich relacji toksycznych unikać, jaką ostatnio udało mi się przeczytać.
Polecam Waszej uwadze ten debiut aczkolwiek uprzedzam, że nie każdy może być tą książką zachwycony. Myślę, że to literatura dla dość specyficznego czytelnika, z dużą dozą wrażliwości i empatii.
Moja ocena to 5 / 6.
„Tam, gdzie nie sięga już cień”. Hanna Kowalewska.
Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2015). Ebook.
Nie ukrywam, że nie sięgnęłabym po tę książkę (tym bardziej, że okładka mnie nie zachwyca) gdyby nie entuzjastyczna recenzja Agnieszki Tatery na Jej blogu, o tu w tym wpisie.
Ale sięgnęłam i okazało się to bardzo dobrym pomysłem bo miałam naprawdę dobrą lekturę. Nie jest to książka wesoła i taka, którą bym poleciła na poprawę nastroju (chociaż na szczęście niesie ze sobą na końcu nadzieję na lepsze i dobrze) ale dziwnym trafem idealnie zbiegła się w czasie z moimi początkowomajowymi nastrojami.
To książka, którą trudno by czytać nieuważnie. Nie dlatego, że mami nas nagłymi zwrotami akcji czy mnogością postaci, ale dlatego, że pomiędzy opowiadaną nam fabułą znajdują się różne warte zapamiętania zdania, myśli, refleksje… Warto więc czytać tę książkę uważnie, dawkując ją sobie, powoli, niespiesznie. Opowieść i tak się będzie działa, całą historię głównej bohaterki, Inki, i tak ostatecznie poznamy.
Inka, to młoda dziewczyna, tuż przed trzydziestką. Nie, dalej nie będzie o tym,że Inka wraca na prowincję, na której się wychowała i tam zakłada kawiarnię, galerię, cuda i dziwy i poznaje miłość swego życia.
Inka po wielu latach nieobecności w domu, w którym się wychowała (celowo nie używam określenia „rodzinnym”) powraca do niego aby spędzić ostatnie chwile życia przy umierającej na raka ciotce Bercie. To ciotka zleciła komuś wysłanie telegramu ponaglającego do przyjazdu Inkę i Inka czuje, że nie jest to chwilowy kaprys. Oto więc popularna miejscowość na polskim wybrzeżu, która w sezonie tętni życiem a po sezonie wydaje się, że życie w niej zamiera. Nic bardziej mylnego.
Inka podczas tej wizyty po raz kolejny uświadomi sobie jak wiele zła mogą zdziałać plotki i ludzkie języki mielące to czy tamto. I po raz kolejny poczuje, jak bardzo nie na miejscu czuje się tam, gdzie kiedyś żyła a potem nagle z tego miejsca salwowała się ucieczką.
Inka dowie się też różnych ważnych spraw ze swojej przeszłości, z przeszłości własnej rodziny ale próżno oczekiwać spektakularnego ujawnienia tajemnic czy sekretów. Niech się więc czytelnik na to nie nastawia.
To raczej trudna opowieść o umieraniu, bolesnym dodatkowo, odchodzeniu osoby nam bliskiej, o własnych wobec tego faktu uczuciach a także o zmaganiu się innych bliskich z tym faktem.
To także opowieść o tym,że tylko naiwni turyści sądzą, że w małych miejscowościach cokolwiek interesującego dzieje się jedynie podczas sezonu urlopowego a po ich wyjeździe życie tam się kończy. Nie, nie. Miłość, namiętność, zło, występek, wszystkie uczucia dalej mieszają się i grożą często wybuchem w najmniej oczekiwanym momencie.
To opowieść o miłości, która zdarzyła się za późno i trwała za krótko. O szczęściu, które mogłoby być, gdyby nie……
To w końcu opowieść o przebaczeniu, w którego siłę warto jednak jest wierzyć, dawać sobie szansę zakosztowania tego uczucia aby móc ruszyć przed siebie ze spokojnym sercem.
„Kochającym ludziom łatwiej się wybacza” mówi do nas autorka książki słowami jednej z bohaterek.
Moja ocena to 5 / 6.
I zdecydowanie mam ochotę zapoznać się z innymi książkami pani Hanny Kowalewskiej, ktoś z Was może mi coś może specjalnie polecić?
matura, matura…
…popełniam ten wpis bo po pierwsze, to z radia dowiedziałam się, że się dziś matury zaczęły, co z kolei spowodowało lawinę wspomnień (żadnych tam sentymentalnych nie mam, wcale matury nie wspominam z rozrzewnieniem, raczej jako stresujący czas i naprawdę cieszę się, że mam to za sobą). A po drugie uświadomiłam sobie, że w tym maju mija dwadzieścia lat od mojej matury…
Zadumałam się…
Tradycyjnie już życzę sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.
