obkupiłam się jak…

…dzika norka w ebooki z okazji minionych już Targów Książki. Można więc powiedzieć, że wirtualnie imprezę obeszłam bo fizycznie na Targi się nie wybierałam. Niemniej jednak czytnik zapełnił się jeszcze bardziej dobrem wszelakim. Ostatnio ukuło mi się moje własne prywatne postanowienie, czyli „czytać więcej autorek i autorów polskich” i niniejszym mogę powiedzieć,że tak,że wypełniłam to postanowienie. 
Weekend mieliśmy bardzo intensywny. Ale pomimo wczorajszej i związanych z nią refleksji i wspomnień, Rocznicy mogę powiedzieć, że był to udany, dobry weekend. 
Dziękuję Ewiezdublina za to, że rozpieściła mnie budapesztańską pocztówką (na razie wiem o niej od Mamy bo do Mamy korespondencję przeniosłam) ale jeszcze większe podziękowania składam Ci Ewo za kartkę dla Janeczka 🙂 Janeczek albowiem ma już swoją własną kolekcję kartek i na pewno jak Mu powiem, że to jest wysłana z zagranicy specjalnie dla Niego to będzie przeszczęśliwy 🙂

Tradycji stać się musi zadość i oto życzę zarówno sobie jak i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.
 

„1945. Wojna i pokój”. Magdalena Grzebałkowska.

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2015). Ebook.

To jest książka roku 2015 jak dla mnie (przynajmniej w obecnej chwili, oczywiście, że życzyłabym sobie jako czytelnikowi aby któraś jeszcze ją „pobiła” i zajęła jej miejsce) a nie wiem, nie wiem doprawdy czy nie okaże się książką dekady. Przypominam, że mówię tu o moich własnych odczuciach i poruszam się w obrębie lektur własnych. 

Jak już pisałam wcześniej, ta książka jest książką o słusznej objętości , co za tym idzie, poświęca się jej dużo czasu. I dobrze. Bo na pewno nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, taka, nad którą się przebiega oczami i już. Nie. Tu się przystaje, zastanawia, myśli. Wspomina. Jeśli nie samemu (chociaż na pewno będą osoby wśród czytelników, które przypomną sobie konkretne wydarzenia z autopsji) to to, co zasłyszało się z opowieści kogoś bliskiego. 

Grzebałkowska stworzyła swoistą (niesamowitą i wstrząsającą, poruszającą emocje) monografię roku 1945 w Polsce, podzieliwszy ją na rozdziały odpowiadające miesiącom, w których umiejscowiła konkretne wydarzenia. Rozdziały opowiadają więc na przykład o problemie wysiedleń zza wschodniej (obecnie) granicy i przeniesienie ludności ze wschodu na ziemie ongiś niemieckie a w nowej sytuacji „odzyskane” przez Polskę, ale i o zatopieniu Gustloffa. Jest przejmujący obraz ludności cywilnej polskiej, której przyszło nagle porzucić własne ziemie, dobra i ruszyć w nieznane, być może na poniewierkę, ale jest i obraz Niemców, którzy opuszczali tereny zamieszkałe aby powrócić do Niemiec, których najczęściej kompletnie nie znali.
Jest też przejmujący rozdział opowiadający o otwockim domu dla sierot żydowskich.
Ale to oczywiście nie wszystko.
Te rozdziały i treść potraktowaną z mistrzostwa godną ręką reportażystki, Magdalena Grzebałkowska okrasza nam na początku każdego rozdziału ogłoszeniami z gazet całej Polski, które to ogłoszenia odpowiadają danemu miesiącowi, o którym autorka pisze.
Nie wiem doprawdy co częściej mnie wzruszało i przyprawiało o łzy. Czy sama treść książki czy tych właśnie ogłoszeń. Najtrudniejsze, zwłaszcza, gdy jest się matką, są te dotyczące dzieci. W najrozmaitszym kontekście. Począwszy od ludzi, którzy chcą oddać swoje dziecko bo nie są w stanie go wyżywić i wychować, a skończywszy na prośbie matki, którą okradziono z plecaka, w którym znajdowały się fotografie dziecka, które zginęło w czasie wojny i te zdjęcia stanowiły jedyną po nim pamiątkę. Tak, te ogłoszenia dotyczące dzieci spowodowały u mnie dwa razy płacz i to naprawdę konkretne łzy. 

Z drugiej strony często te ogłoszenia stanowią źródło wiedzy o tamtych czasach i świadectwo, jak bardzo człowiek jako człowiek nawet w najgorszej sytuacji potrzebuje NORMALNOŚCI , a raczej może powrotu do niej. Ogłoszenia o wznawianiu działalności chórów, poszukiwaniu muzyków, o wznowieniu działalności teatrów, proponowanych na Święta książkach z dobrze znanych nam do dziś istniejących wydawnictw. To pokazuje, jak człowiek potrzebuje podnieść się ze zgliszcz, popiołów, jakkolwiek górnolotnie to by nie zabrzmiało , i iść dalej, naprzód…

Które reportaże, opowieści zrobiły na mnie największe wrażenie? Chyba to o żydowskim sierocińcu ale i o Wernerze, Niemcu, którego wojna zastała jako dziecko, które musiało zdecydowanie zbyt szybko dorosnąć. Jego historia jest naprawdę bardzo ciekawa. 
Moja rodzina nie podzieliła losu repatriantów ale wiem, że sporo z czytających osób ten problem dotyczy, a raczej przodków tychże osób. Myślę, że dla nich rozdział o repatriacjach stanowić będzie znakomite wspomnienie, przypomnienie opowieści rodzinnych a także po prostu ich uzupełnienie.
Również interesujące jest przedstawienie zasiedlania nowych miejsc przez Polaków i przypomnienie czytelnikowi przez autorkę faktu, że nie zawsze działo się tak, że miejsce zastawało się puste. We Wrocławiu Polacy mieszkali często wespół z Niemcami, zanim ci wyjechali bądź pozostali i na swój sposób zasymilowali się z polską ludnością.
Z kolei jeszcze wracając do opowieści o sierocińcu, to przerażająco smutna opowieść o kolejnych dzieciach, którym być dziećmi tak naprawdę nigdy nie pozwolono.  
Wstrząsnęła mną też opowieść o synu Łucji, której udało się ocaleć z katastrofy Gustloffa. Kto czytał, ten wie o co chodzi, kto nie czytał, doczyta i się dowie. 

W rozdziale o Warszawie roku 1945 przeszkodziło mi tylko jedno i jest to jedyna rzecz, do której zamierzam się „przyczepić” podczas całej lektury. A mianowicie chodzi mi o stosowanie przez Grzebałkowską słowa „trup”. Ponieważ podczas lektury (uff, na szczęście) nie zauważyłam ze strony autorki żadnych potrzeb zbędnego epatowania okrucieństwem więc zakładam, że to taki trochę „wypadek przy pracy”. Mnie to słowo powtarzające się siłą rzeczy w tym konkretnym rozdziale bardzo wiele razy nieprzyjemnie zgrzytało, uważam, że można było zastąpić je innym, bez odbierania prawdy obrazowi strasznej sytuacji jaką zastali powracający do miasta jego mieszkańcy. 

Grzebałkowska w swojej książce przypomina to, o czym być może często się zapomina. Nigdy nie wiadomo do końca, kto z kim wygra, kto zajmie czyje wygrzane na krześle przy stole miejsce. 
Podczas lektury do głowy przychodzi czytelnikowi bardzo, bardzo dużo myśli, refleksji.

Magdalena Grzebałkowska dokonała sztuki fantastycznej. Udało się jej napisać książkę bez umieszczenia tam własnych ocen a więc zachowała fantastyczny reporterski obiektywizm. Nie oceniała i nie wystawiała laurek. Nie mieszała z błotem. Nad każdym ze swoich bohaterów umiała się zatrzymać i go wysłuchać, rzecz bardzo już zapomniana w dzisiejszych zabieganych czasach. Ze swej strony postawiła nie na własny komentarz a na konkretne, prawdziwe wydarzenia, które poznajemy jako czytelnicy i co za tym idzie, możemy sami starać się wyrobić sobie własne zdanie. Jednocześnie zaś nie odczuwa się przy tym braku osobistego komentarza jakiegokolwiek braku zaangażowania ze strony autorki. Bo zaangażowanie jest. Magdalena Grzebałkowska poświęciła tej książce wiele, wiele godzin swojego życia i to się odczuwa na każdej stronie. Staranna treść, drobiazgowo do tego dobrane ogłoszenia, fotografie ilustrujące to o czym autorka pisze, kalendarium i solidnie opracowana bibliografia, to wszystko składa się na sukces tej książki. Jestem przekonana, że autorka poświęcając się bardzo swojej pracy nad książką na pewno odczuła to na własnych emocjach, nerwach. 

Panie i panowie, o historii można napisać książkę niezwykłą. Pomimo trudności tematu ( i nie wiem czy będzie to określenie pasujące do wagi tematu) książkę zajmującą!

Moja ocena to zdecydowanie coś więcej niż to, co posiadała moja dotychczasowa , prywatna skala ocen. 
6.5 / 6.

TRZEBA!