wzięłam się za…

…kryminał Marty Guzowskiej „Wszyscy ludzie przez cały czas” i podejrzewam, że będzie to jednak moje pierwsze i ostatnie spotkanie z tą autorką. Nie poszła mi ale trochę wbrew własnym radom do Was „zmęczyłam ją” do końca. W sumie, żeby się przekonać, o co będzie chodziło i czy faktycznie nie mam po co sięgać po inne książki tej autorki. Chyba nie mam. Nie podobał mi się ani główny bohater, ani sam styl pisania. Za to bardzo miło mi się doczytało słowo autorki już po książce, do czytelnika, chociaż na te konkursy się nie skuszę:)
No i co jeszcze było fajne, to zupełnie inny obraz Krety, do jakiego się przywyka będąc turystą. Podobało mi się stworzenie z tej wyspy siedziby zła,  występku i kompletnego zacofania. Tak oczywiście z przymrużeniem oka chociaż wiem, że zapewne odezwą się głosy tych, którzy tego nie zrozumieli i będą się bardzo oburzać, że jak to i w ogóle.

Nadchodzi dłuższy weekend, u nas od czterech lat specyficzny naznaczony wydarzeniami, które niosą do serca różne uczucia więc na pewno nie beztroski niemniej jednak mam nadzieję na to, że trochę uda nam się mimo wszystko i odpocząć i odetchnąć. 

Życzę sobie i Wam dobrego, spokojnego weekendu. 

„Bajki dla dorosłych”. Grażyna Bąkiewicz.

Wydana w Wydawnictwie mg. Warszawa (2009). Ebook.

Grażyna Bąkiewicz to jedna z moich ulubionych polskich autorek. Mimo, że odnoszę wrażenie, że nie dość znana jak na to jaką prozę pisze. A być może się mylę. Nie wiem. Wiem, że chyba mało się promuje, mało „bywa”, stąd odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach jej proza gdzieś umyka. Inna sprawa, że Bąkiewicz pisze sporo dla dzieci więc być może target dorosłych z rzadka otrzymuje coś dla siebie. Nie wiem. Wiem, że czytałam do tej pory jej pięć książek (włącznie z tą, o której piszę) i żadna mnie nie zawiodła.

„Bajki dla dorosłych” noszą taki nieco przewrotny, ba, może nawet naiwny tytuł i znów mam wrażenie, mam nadzieję, że mylne, bo ze szkodą dla książki by to było, że jakaś ilość osób nie sięgnie po książkę właśnie ze względu na tytuł. A szkoda.

„Bajki dla dorosłych” to zbiór dwunastu opowiadań, z których właściwie jedno bądź dwa jakoś specjalnie mnie nie zachwyciły. Reszta za to odwrotnie. Tak naprawdę każde z opowiadań jest niesamowite, ciekawe, napisane z pomysłem. W ogóle to książka ta ma nieco bajkową, tajemniczą atmosferę (wszak to bajki, prawda?) , bywa, że bohaterom pomagają niezwykłe zbiegi okoliczności bądź wręcz jakieś nieziemskie siły uczestniczą w ich losach. Niektóre sprawy pozostają niewyjaśnione. Jest tam trochę duchów i czasem atmosfera wręcz jakby z horroru. Jednak wszystkie opowiadania łączy to, że dobrze się kończą, że dla ich bohaterów zaświeci jeszcze to przysłowiowe słońce (wiem, nadużywam tego określenia). 

Z tego zbioru, jak mówię, wrażenie wywołały na mnie praktycznie wszystkie ale z różnych względów najbardziej wstrząsnęły mną opowiadania „Handlarka sznurówkami”, „Dwie minuty”, a z przyczyn najbardziej osobistych „Klątwa”. 

To właśnie takie bajki, które można sobie czytać po kilka razy aby po raz kolejny przeczytać, że jak w bajce, nawet najgorsze zło mija i nastaje dobro i szczęście. Wiem, brzmi naiwnie ale naprawdę to nie jest kawałek prozy głupiej i naiwnej nawet jeśli ja nie umiem tego do końca Wam przedstawić.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Wszystkiego Najczytniejszego ;)

Dla wszystkich Moli Książkowych, które mnie odwiedzają. Co prawda wpisy książkowe (u mnie przynajmniej na blogu) zawsze mają najmniejszą ilość komentarzy ale nieważne. Wiem, że sporo osób, które naprawdę kochają książki mnie odwiedza.

Oto więc w Światowym Dniu Książki ( i Praw Autorskich, o którym to dodatku większość osób zapomina wspomnieć) życzę Wam abyście czytali same wspaniałości. Nie zmuszajcie się do lektur, które „wypada” znać, jeśli oczywiście, nie idą Wam. Nie zmuszajcie się w ogóle aby zmordować jakąś książkę jeśli ta nie idzie bo szkoda Waszego życia, serio.
Życzę Wam również niewysychającego źródełka waszych ulubionych rodzajów literatury czy to jest kryminał, sensacja, a może fikcja bądź literatura faktu czy książki podróżnicze.
Niech ta miłość do książek trwa i rozrasta się w nieskończoność.

Niech książki przynoszą to, czego od nich oczekujecie. Chwili refleksji a może chwili relaksu. Zamyślenia lub tego abyście pękali ze śmiechu. Książki mają to do siebie, że jest ich tak dużo, że każdy z nas może w nich wybierać. Przebierać w gatunkach, znaleźć ten jeden ulubiony a może kilka ?(Ja mam ich kilka, co stali czytelnicy tego blogu przecież doskonale wiedzą).
Książki przenoszą nas w swój magiczny świat i to nie jest takie sobie truistyczne twierdzenie, naprawdę.  

A więc raz jeszcze Wszystkiego Najczytniejszego, tego Wam i sobie samej życzę 😉 I to oczywiście nie tylko w tym dniu.

To jeszcze mały dodatek, bo właśnie wpisałam to gdzie indziej ale chcę się Wami tą swoją myślą podzielić. Wiecie, za co między innymi kocham książki? Za to, że bywają chwile, kiedy tylko one wiedzą, (podczas lektury, rzecz jasna) co tak naprawdę myślę, czuję…

 

 

„Jak znaleźć przepis na szczęście”. Barbara O’Neal.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012).
Przełożyła Iwona Sumera. Tytuł oryginalny The Lost Recipe for Happiness.

Już powyżej pisałam, że czytam a teraz jestem po kolejnej książce Barbary O’Neal i muszę powiedzieć, że podoba mi się jej styl, jej taki raczej dość spokojny sposób opowiadania historii, bez jakichś nie wiedzieć jakich zwrotów akcji (chociaż nie można powiedzieć, że osób, o których pisze nie spotykają najrozmaitsze życiowe doświadczenia i perypetie). Nie jest to jednak zdecydowanie żadna literatura akcji, sensacji , nie wiedzieć, czego jeszcze. To opowieść o kolejnej kobiecie i jej losie. O jej determinacji do tego aby żyć pomimo tego, co zaszło w jej życiu dwadzieścia lat temu. O sile, która pozwoliła się nie ugiąć, nie upaść a realizować swoją pasję.

Barbara O’Neal tworzy opowieść, którą czyta się tak, jak ja bardzo lubię czyli jakbym siedziała przy kuchennym stole, oświetlonym w taki intymny miły sposób, z kimś mi bliskim, piła ciepłą herbatę, podjadała do tego coś słodkiego i słuchała drugiej osoby. Jej historii.
Opowieści to jest to, co lubię, bardzo lubię słuchać ,co ludzie w rzeczywistości mają mi do opowiedzenia i tego samego chętnie szukam w książkach. A gdzieś pomiędzy opowieściami Barbary O’Neal doczytuje się człowiek niby to prawd oczywistych ale jakże często zapominanych. Czyli tego, że szczęście drugiemu człowiekowi najczęściej daje drugi człowiek. Ale również pasja, miłość nie tylko do ludzi ale do czegoś, co robimy. Jeśli nasza praca wykonywana jest z miłością, z uczuciem, wtedy możemy przenosić góry.
W opowieściach O’Neal ważne dla bohaterów są więzi. Z innymi ludźmi. Nie tylko te miłosne. Ale dla bohaterów jej książek ważna jest właśnie więź , przyjaźń, również miłość.  
W historiach na kartach książek tej autorki już drugi raz spotykamy się z duchami. Bohaterowie spotykają je w mniej lub bardziej intensywny sposób. Czy sama Barbara O’Neal wierzy w możliwość takich spotkań? Prawdę mówiąc, nie wiem, ale nie stanowiło to dla mnie osobiście przeszkody podczas lektury, nie wiem, jak dla kogoś innego, być może dla większych sceptyków okazać się to problemem.

Elena Alvarez to dziewczyna, której ojciec był Meksykaninem i los sprawił, że jej dzieciństwo upłynęło w rodzinnym domu ojca właśnie, wśród licznej rodziny.
Elena jak już wspomniałam, ma za sobą traumatyczne wydarzenie sprzed dwudziestu lat, które zaważyło na całym jej życiu. Niemniej jednak być może to ono właśnie sprawiło, że pokierowała swoim dalszym życiem tak a nie inaczej.
Oto Elena, która jest kucharzem (kucharką? dziwnie to brzmi, hmmm) , otrzymuje pewnego dnia dwie informacje. Zostaje wylana z pracy, gdzie była współpracownikiem szefa kuchni a jednocześnie swego byłego partnera, ale i dostaje możliwość otrzymania nowej pracy. W innym stanie, za to pracy marzeń czyli stanowisko szefa kuchni restauracji, której właścicielem jest Julian Liswood. Reżyser i właśnie właściciel kilku modnych restauracji.
Brzmi wspaniale ale jak to bywa, w tym słoiku miodu jest łyżka dziegciu. A nawet dwie łyżki. Fakt, że restauracja, której Elena ma szefować, jest na skraju bankructwa, praktycznie kończy się jej istnienie, a drugi, jej obecny szef kuchni, Ivan. Który pomimo to, że ma pociąg do alkoholu jest jednak takim mistrzem kulinarnym, że Julian Liswood decyduje się aby pozostawić Ivana nie na stanowiska szefa kuchni ale koniecznie wśród ekipy zajmującej się kuchnią nowej restauracji jaką chce stworzyć na miejscu starej.
Elena ma to wszystko podźwignąć, jeśli chce zostać szefową tego miejsca. Ma jednak na to bardzo mało czasu bo praktycznie dwa miesiące.
Co z tego wszystkiego wyniknie, czy jej się uda, tego oczywiście dowiadujemy się podczas lektury.
Jak wspominałam podczas opisywania wrażeń z poprzedniej lektury książki Barbary O’Neal, fakt jej zaangażowania w branżę kulinarną odczuwa się podczas lektury jej książek. Ale to dobrze, bo miłośnicy tak zwanych książek z kulinariami w tle zdecydowanie nie będą zawiedzeni. W tej książce przepisy z kuchni meksykańskiej, kto wielbi, powinien być zadowolony w dwójnasób. 

Po kolejnej książce tej autorki oczekiwałam treści dość relaksującej, spokojnej, takiej, która poprawi mi nastrój a nie mnie przybije. I dokładnie to otrzymałam. Do tego pewnik, że wszystko dobrze się skończy, co nie ukrywajmy, było dla mnie właśnie wyjątkowo ważne. 
Tworząc zarówno postać Eleny autorka dobudowała w jej tle osoby towarzyszące jej , od Juliana począwszy przez jego nastoletnią córkę aż po przyjaciół Eleny i jej współpracowników i rodzinę. Nie zapominajmy też o psie, mieszańcu, o imieniu Alvin, który jest jej przyjacielem.
Barbara O’Neal zdaje się lubić ludzi i zwierzaki (podejrzewam, że sama ma psa lub psy bo w jej książkach są one obecne) i to się czuje w taki pozytywny sposób. Do tego pasja kulinarna samej autorki i bohaterek przez nią stworzonych, to dodaje książce niemal dosłownego „smaku”.
Autorka nie tworzy nachalnej opowiastki moralnej ale przyjemną w lekturze książkę, którą żal odkładać, której opowieść, jak już mówiłam, wciąga i sprawia, że chce się czytać i czytać i dowiadywać co się wydarzy (mając z tyłu głowy pozytywną myśl, że wszystko skończy się dobrze). W nagrodę czytelnik (znów podejrzewam, że jednak gros czytających to będą kobiety), otrzymuje oczekiwane dobre zakończenie.
Kolejna z książek, które śmiało można polecić komuś, kto poszukuje lektury optymistycznej, dobrej, takiej, która podniesie na duchu, wręcz pokrzepi. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Razem będzie lepiej”. Jojo Moyes.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2015). Ebook.

Przełożyła Nina Dzierżawska. Tytuł oryginału The One Plus One.

Napiszę tak. Ta książka ma silny marketing. Gdyby go nie miała, nie zainteresowała by mnie. Myślałam, że na reklamy jestem odporniejsza, cóż, najwyraźniej nie, skoro tak, przyznaję się, ten tytuł zainteresował mnie. Można powiedzieć, że moje niedawne i ostatnie nastroje spowodowały, że taki tytuł „złapał mnie” jak rybkę na wędkę. Pozostawało tylko owo zainteresowanie przekuć w pewnik czy chcę książkę przeczytać. Zasięgnęłam informacji i skoro takie osoby jak Maniaczytania na swoim blogu mojeprzemiany.blox.pl polecała tę książkę i Padma u siebie w tym wpisie, o, w tym 🙂 to naprawdę napiszę tak „mogłam brać w ciemno”. 
Co też uczyniłam i …nie żałuję ani troszeczkę !!!

Obie dziewczyny w swoich wpisach określają tę książkę jako idealną na gorsze nastroje, Maniaczytania wręcz określa tę książkę jako książkę-pocieszyciela. I powiem Wam, że nie ma w tym żadnej egzaltowanej przesady.

Jeśli (tak, jak ja) poszukujesz czegoś pocieszającego, pokrzepiającego, ciepłego w swojej wymowie. Czegoś, co na pewno poprawi ci a nie pogorszy, nastrój, czegoś, co sprawi, że na koniec odetchniesz szczęśliwa bo tak, po licznych perypetiach doczekałaś się happy endu, to jest to książka idealna dla ciebie.

Współczesna Wielka Brytania. Czasy kryzysu. Jedni się w nim odnaleźli,  jeszcze inni nawet nie zauważyli, że jest jakiś kryzys. Inni radzą sobie z trudem. Do tych ostatnich należy Jess.

Jess jest przed trzydziestką ale ma na stanie: dziesięcioletnią córkę, która jest geniuszem matematycznym, szesnastoletniego pasierba o imieniu Nicky (podrzuconego jej przez męża niemotę), przed chwilą wspomnianego męża niemotę,  który wymiksował się ze związku dwa lata temu (pal sześć, że ze związku z nią ale czemu z własnymi dziećmi? na które nie płaci alimentów?), psa Normana, olbrzyma, który nie dość, że zajmuje sporo miejsca, to jeszcze głównie śpi i puszcza śmierdzące bąki. Brzmi dobrze? Dodając do tego fakt, że swoją córkę Jess urodziła jeszcze w liceum i nie skończyła nauki, nie muszę dodawać, jak jest jej trudno. Wiąże jakoś koniec z końcem tyrając na dwóch posadach i kupując w promocjach ale ile można udawać, że los kiedyś jej to wynagrodzi i i dla niej samej zaświeci słońce?
Halo, moment. Słońce chyba się ocknęło i zaświeciło. Córka Jess, Tanzie, tak, ta geniuszka matematyczna, otrzymuje niepowtarzalną i rewelacyjną ofertę nauki w prywatnej szkole. W której to jej geniusz zamiast bycia wyśmiewanym przez inne dzieciaki, zostanie nagrodzony możliwością rozwijania umiejętności i zdobywaniem innej szerokiej wiedzy. Brzmi świetnie? Tak, ale jak w każdym takim układzie niemal idealnym są niestety łyżki dziegciu. 
Jess jednak na razie stara się ich nie dostrzegać a przynajmniej zepchnąć na samo dno świadomości i idąc za ciosem a również za mottem życiowym (które chyba ma wypalone na framudze drzwi własnej sypialni) „nigdy się nie poddawaj!” stara się podjąć próbę umieszczenia córki w tej szkole. 
Potrzeba jest tylko dowieźć Tanzie na Olimpiadę matematyczną.

W Szkocji. 
Co oznacza przejechanie całego kraju.
Dla osoby, która autem jako kierowca nie jechała bardzo dawno. Własnego nie używa (bo nie ma).

Jest też pan Nicholls. Pan Nicholls jest jednym z pracodawców Jess (Jess pracuje w firmie sprzątającej i sprząta też w jego domu). Panu Nichollsowi wiodło się wspaniale. Do czasu aż w wyniku głupoty, co tu kryć, podwinęła mu się noga. Pan Nicholls zachował się niedawno bardzo niegrzecznie w stosunku do Jess.

Zagadka za sto punktów, kto zawiezie : Jess, Tanzie, Nickiego i psa Normana puszczającego śmierdzące bąki do Szkocji aby Tanzie mogła wziąć udział w Olimpiadzie matematycznej, którą jak wszyscy podejrzewają, wygra?

Tak, dobrze zgadliście. Pan Nicholls. Ed konkretnie.

I zaczyna się „książka drogi” czyli coś, co bardzo mi się podoba (lubię też bardzo filmy drogi no ale nie o filmach tu teraz mowa).
Z powodu pewnych zdrowotnych problemów Tanzie, droga zajmie o wiele, wiele dłużej niż Ed proponując podwiezienie do Szkocji przypuszczał. Ale w krótkim czasie nikt już tego żałować nie będzie.
Będzie się działo, bo i sama podróż upłynie im ciekawie i sami uczestnicy tej oryginalnej wyprawy stanowią każdy z osobna przypadek wielce ciekawy do zgłębienia i nader oryginalny.

W tej książce będzie dokładnie tak, jak sobie życzyłam sięgając po nią skuszona jej tytułem. Będzie LEPIEJ. Będzie dobrze, zło zostanie ukarane a dobro nagrodzone. A że w życiu bywa różnie? Że nie zawsze ? Że często nie wychodzi? 
To wiem wystarczająco dobrze. Ale dziwnym trafem, zamiast zgorzknialców, którzy starają się nam wybić z głowy dobre i pozytywne pomysły, zamiast złośliwców, którzy karmią nas złą energią, wolimy kogoś, kto nas przytuli, otuli szczerym uściskiem i ciepłym słowem i powie to, co w danej chwili potrzebujemy usłyszeć najbardziej, że będzie dobrze i że razem będzie lepiej.

Taka jest ta książka. Jest jak dobry przyjaciel, który w chwilach smutku przyjedzie z nie wiedzieć jak daleka aby posiedzieć z tobą, otrzeć ci łzy i potrzymać cię za rękę. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

 

magnolie kwitną…

…na całego, pachną pięknie. A wiem to stąd, że w oba weekendowe dni wybraliśmy się do Ogrodu Botanicznego w Powsinie. Wczoraj odebraliśmy wcześniej zamówione karnety całoroczne (czy raczej całosezonowe?). Wczorajsze lato jakie nagle się zrobiło, spowodowało, że ludzi było oczywiście bardzo dużo.
Dziś nieco mniej zważywszy, że z rana było dość pochmurno i nawet nadciągały ciemne chmury, z których zastanawiałam się czy coś nawet nie spadnie. A wyjątkowo na pogodzie nam zależało bo hurrra! nareszcie udało się nam zrealizować baaardzo zaległe spotkanie z moją przyjaciółką i jej rodziną. Sezon nie sprzyjał naszemu spotkaniu, które pierwotnie miało odbyć się w Mikołajki a potem zaczęło się chorowanie, Święta i tak ciągle coś.
K. zadzwoniła w piątek wieczorem i zaproponowała spontanicznie, żebyśmy w niedzielę, skorzystawszy z zapowiadanej ładnej pogody wreszcie się umówili, no i super, udało się nareszcie.
Naprawdę było super ich zobaczyć.

Weekend się kończy, oczywiście, szkoda.
Życzę tradycyjnie już sobie i Wam spokojnego, dobrego nowego tygodnia. 

„Niech ci się spełnią marzenia”. Barbara O’Neal.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2015).
Przełożyła Katarzyna Makaruk. Tytuł oryginału The all you can dream buffet.

Jak już pisałam we wcześniejszym wpisie, książka ta okazała się świetną lekturą. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej autorce, i sięgnęłam po jej książkę właściwie naprawdę w stu procentach w ciemno, kierując się jedynie poleceniami Sardegny i tym, co przeczytałam w opisach książki. Po których to wydało mi się, że to będzie „to”. To coś, co pomoże na moje ostatnie rozmaite nastroje.
Jak nazywam książki tego typu, nie jest to z pewnością literatura Noblowska i szczerze? Co z tego? Nie jest to też głupi kawałek, z którego nic nie wyniosłam. W tej warstwie własnych przemyśleń, jakichś doznań, wzruszeń, które towarzyszyły mi podczas lektury. 
Uwielbiam książki ( i filmy, ale o książce tu mowa), w których opisana jest więź kobiet, siła ich przyjaźni. Siła, która całościowo dodaje siły osobno każdej z kobiet będących w danym kobiecym kręgu.
Nie inaczej jest i tu, gdzie jak pisałam, poznają się parę lat przed rozpoczęciem akcji książki, na swoich blogach kulinarnych cztery kobiety w różnym wieku i z różnym doświadczeniem życiowym.

Mimo, że połączyło je pisanie na tematy kulinarne, okazuje się, że mają sobie do przekazania coś więcej. Mogą wzajemnie się wspierać, dzielić doświadczeniem, pomagać czy to emailowo czy też poprzez kontakt.
A jednak cała ich czwórka w jednym miejscu spotyka się dopiero na kartach tej książki, podczas imprezy urodzinowej jednej z nich, Lavender. To na farmie Lavender spotykają się ona sama, Ruby będąca w ciąży, Ginny (która wyrwała się ze swego domu i życia aby odbyć tę podróż a będzie miała najwięcej przygód po drodze na farmę), i Lavender ze swoją nastoletnią córką. 

Następuję więc niezwykłe spotkanie pełne wzajemnego kobiecego wsparcia, rad, uśmiechu i łez. Spotkania na swój sposób oczyszczającego dla niektórych z nich. Spotkania, które na pewno wniosło wiele w życie każdej z nich i pomogło podjąć jakieś ważne, życiowe decyzje czy utwierdzić się w słuszności własnych decyzji czy przekonań.

Bardzo dobra książka, w której, co ważne, wszystkim dobrze na końcu się układa, a więc wspaniale, mam to, czego oczekiwałam sięgając po książkę, dobre, pozytywne zakończenie dla wszystkich. 
Nie wiem czy jest to książka dla każdego. Raczej sądzę, że sięgną po nią głównie kobiety. I pewnie też nie każda miałaby chęć na taką opowieść.
Dla mnie ta książka okazała się idealną lekturą na ten czas, na te nastroje.
Moja ocena to 5.5 na 6.  

nie mam jakiejś chęci…

…na pisanie większej recenzji na temat książki, którą jednak chcę polecić a więc chcę o niej przynajmniej trochę nadmienić na blogu. 
Niedawno robiłam porządek na czytniku i sięgnęłam do książek chyba z rok temu na którejś z ebookowych promocji nabytych a trochę jak widać zapomnianych, którą to okazała się książka „Zapach gorzkich pomarańczy” Kate Lord Brawn. 
Nie jest to z pewnością literatura noblowska ale też i nie jakieś kompletne czytadło bo porusza ciężki temat jakim jest wojna domowa w Hiszpanii. Akcja dzieje się dwutorowo, w okresie tej wojny właśnie i współcześnie dosyć bo tuż przed i zaraz po atakach na WTC w Nowym Jorku.

Główna bohaterka, Emma, jest na rozstaju dróg życiowych jak bardzo górnolotnie to by nie zabrzmiało. Zostaje bez mamy, bez partnera, za to jest w ciąży i rozpoczyna nowe życie w Hiszpanii, konkretnie w Walencji, gdzie jej matka niedawno nabyła stary zrujnowany dom.
Przenosimy się tam wraz z Emmą  i zaczynamy powoli odkrywać tajemnice jej rodziny, przeszłości tej rodziny. A jednocześnie kibicujemy Emmie w jej nowym życiu i w tym aby udało jej się zrealizować marzenie kontynuowania perfumiarskiego dzieła, które rozpoczęła jeszcze jej mama.

Bardzo mi się ta książka podobała chociaż bywały momenty smutne i ciężkie ale uważam, że lektura była udana, daruję jej 5 na 6. 

Święta, Święta…

…i po zaraz. 
U nas Poniedziałek od lat jest dniem raczej dla nas samych ,kiedyś chodziliśmy do rodziny P. Odkąd nastąpiła ogólnorodzinna awantura, wizyt nie ma, więc zwolnił się nam dzień, z czego nie ukrywam, cieszę się, bo nareszcie mogę tego dnia naprawdę odpocząć choć trochę.
Tegoroczne Święta były dość udane chociaż miały jeden niemiły akcent, zrozumiałam, że z kimś nie mam ochoty utrzymywać kontaktów. Zbierało się od miesięcy a nie wiem czy nie lat jak się zastanawiam, a „pękło” w ten właśnie, zdawałoby się raczej mający skłaniać ku pojednaniom czas. To jednak nie Boże Narodzenie najwyraźniej, żeby każdy się z każdym przepraszał.
Jakby nie było toksyczne kontakty to nie jest to, na co mam ochotę, kontakt na szczęście daleki, to raz, a nawet gdyby był bliższy, to w 2011 roku jednym z moich postanowień po tym doświadczeniu, jakie mieliśmy było to aby na ludzi, na których nie warto tracić własnego życia, nie tracić własnego życia. Howgh. Dziś dodatkowo książka do mnie „przemówiła” i jakby na utwierdzenie się w swoich własnych przemyśleniach i refleksjach dostałam zdanie „Nie trać czasu na ludzi, którzy wysysają z ciebie energię- otaczaj się ludźmi, którzy dają ci siłę”. Zalecenie samolekarskie dla własnego dobrego samopoczucia -stosować intensywnie i od zaraz.

Miałam też trochę nastrojów nostalgicznych i mocno wspomnieniowych w te Święta. Może to taki czas, sama nie wiem.

Dziś na szczęście wywietrzyłam głowę z różnych myśli ( i tych lepszych i tych gorszych) za sprawą pierwszej w tym roku wizyty w powsińskim Ogrodzie Botanicznym.
Z kwiatami na razie różnie, za to panie i panowie, magnolie się zdecydowanie czają w blokach startowych i wygląda na to, że niektóre „pękną” na dniach. Niektóre trochę poczekają ale nie będą to miesiące, o nie 😉 Tak więc być może przyszły weekend, który zapowiadają (przynajmniej teraz) z zupełnie odmiennymi temperaturami i słońcem, okaże się tym, w które zacznie się podziwianie magnolii.

Życzę  sobie i Wam dobrego, spokojnego (to coś, co mnie się bardzo przyda w tych dniach bo trochę nerwów natraciłam i wiem, że trochę natracę z różnych przyczyn w tym tygodniu) tygodnia. 

Życzenia na Wielkanoc

Z Okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy życzę Wam i Waszym Bliskim Zdrowych, Radosnych Świąt spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Życzę tego poczucia Odrodzenia, które wypełni serca i przyniesie nadzieję, że nie jest tak, że zło zwycięży, że jednak ostatecznie zwycięży Dobro i Życie.

Do życzeń dołącza się P. i Janeczek, oczywiście.