wyjść z głowy nie…

…może mi ta sytuacja z samolotem, katastrofa ale jak to nazwać katastrofą skoro coraz więcej doniesień świadczących o tym, że nie, że to czyjś pomysł? plan? został zrealizowany? 
Tyle osób, jednego dnia. Oczywiście nie mogę się opędzić o myśli o nagle osieroconych rodzicach niemieckich nastolatków, które wracały do domu po wymianie licealnej. Ale oczywiście żal każdej osoby, której zostało nagle przerwane życie.
Baaardzo dawno temu w Jedynce Radiowej słuchałam jako dzieciak programu, w którym mówiono, że każdy nasz dzień to praktycznie taki egzamin wzajemnego zaufania. Wysyłając list pocztą, wsiadając do pociągu, na pokład samolotu, każdego dnia podejmujemy próbę zaufania KOMUŚ, kto albo ma się sprawdzić w sprawie małej jak dostarczenie naszego listu do adresata, jak i tej wielkiej, czyli bezpiecznego doprowadzenia nas na pokładzie samolotu na przykład, do celu podróży.
Ostatni nieco ponad rok to wyjątkowo zły rok dla lotnictwa pasażerskiego. Jakiś nowy, przedziwny rozdział historii lotnictwa otworzył się ósmego marca 2014 roku, kiedy samolot malezyjskich linii lotniczych po prostu zniknął z radarów…( i do dziś nie wiadomo, co się wtedy z nim naprawdę stało). We wtorek jak dla mnie otworzył się jeszcze inny rozdział (chociaż własnie przeczytałam na gazecie, że podobno już były sytuacje, kiedy to pilot zadecydował o takim a nie innym zakończeniu lotu jednak zostało to zatuszowane, czy tak było naprawdę, nie wiem, trudno mi się wypowiadać bo żadnym specem w tej dziedzinie nie jestem).
Wracając do wtorku, znów stało się to, o czym wielokrotnie pisałam w ostatnich czterech już prawie latach.
Los znowu nie spytał „czy mogę zniszczyć ci życie?” , wszedł bez pukania, i komuś ( a osób tych z pewnością jest bardzo, bardzo dużo ) zawaliło się, skończyło się życie. Mówię tu nie tylko oczywiście o ofiarach ale o ich bliskich, którym teraz przyjdzie do głowy ponieść ten ból do końca swoich dni…….