o zmianie czasu…

…nie pisałam nic (co zawsze do tej pory starałam się czynić) bo inne sprawy na głowie (w postaci nieproszonego gościa jakim okazał się być wirus, który dopadł moich Panów). Poza tym troszkę mam dość dyskusji również tradycyjnej, która w takowych wątkach zawsze miała miejsce, w którym przekonywano mnie, że to „nasz czas”, nie nasz czas” i że dobrze, że zmiana i coś tam jeszcze. Zmian czasu nie cierpię, są one już obecnie kompletnie bezzasadne, szkoda, że nikt nie pójdzie po rozum do głowy i całego tego dziadostwa działającego źle na organizmy, nie zlikwiduje na zawsze.
No ale do czego zmierzam.
Kładziemy się wczoraj spać i ja mówię do P. zadumana „Nie napisałam nic o zmianie czasu, a zawsze coś tam na blogu nadmieniałam, no ale jakoś głowy nie miałam do tego”.

Na to P. „I teraz pięćdziesiąt osób zaśpi, bo przyzwyczaiło się ,że Chiara daje zawczasu znać o sprawie. A o zmianie czasu dowiedzą się w poniedziałek, w pracy”.

Kurtyna.

Miłej niedzieli Wam życzę 🙂

 

wyjść z głowy nie…

…może mi ta sytuacja z samolotem, katastrofa ale jak to nazwać katastrofą skoro coraz więcej doniesień świadczących o tym, że nie, że to czyjś pomysł? plan? został zrealizowany? 
Tyle osób, jednego dnia. Oczywiście nie mogę się opędzić o myśli o nagle osieroconych rodzicach niemieckich nastolatków, które wracały do domu po wymianie licealnej. Ale oczywiście żal każdej osoby, której zostało nagle przerwane życie.
Baaardzo dawno temu w Jedynce Radiowej słuchałam jako dzieciak programu, w którym mówiono, że każdy nasz dzień to praktycznie taki egzamin wzajemnego zaufania. Wysyłając list pocztą, wsiadając do pociągu, na pokład samolotu, każdego dnia podejmujemy próbę zaufania KOMUŚ, kto albo ma się sprawdzić w sprawie małej jak dostarczenie naszego listu do adresata, jak i tej wielkiej, czyli bezpiecznego doprowadzenia nas na pokładzie samolotu na przykład, do celu podróży.
Ostatni nieco ponad rok to wyjątkowo zły rok dla lotnictwa pasażerskiego. Jakiś nowy, przedziwny rozdział historii lotnictwa otworzył się ósmego marca 2014 roku, kiedy samolot malezyjskich linii lotniczych po prostu zniknął z radarów…( i do dziś nie wiadomo, co się wtedy z nim naprawdę stało). We wtorek jak dla mnie otworzył się jeszcze inny rozdział (chociaż własnie przeczytałam na gazecie, że podobno już były sytuacje, kiedy to pilot zadecydował o takim a nie innym zakończeniu lotu jednak zostało to zatuszowane, czy tak było naprawdę, nie wiem, trudno mi się wypowiadać bo żadnym specem w tej dziedzinie nie jestem).
Wracając do wtorku, znów stało się to, o czym wielokrotnie pisałam w ostatnich czterech już prawie latach.
Los znowu nie spytał „czy mogę zniszczyć ci życie?” , wszedł bez pukania, i komuś ( a osób tych z pewnością jest bardzo, bardzo dużo ) zawaliło się, skończyło się życie. Mówię tu nie tylko oczywiście o ofiarach ale o ich bliskich, którym teraz przyjdzie do głowy ponieść ten ból do końca swoich dni……. 

„Na dzień przed ślubem”. Hozumi.

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2015). Manga.
Przełożył Mateusz Haberka.
Tytuł oryginału Shiki no Zenjitsu.

Rzadko kiedy sięgam po mangę (chociaż nie to, że nigdy nie czytałam żadnej). Na tę skusiłam się za sprawą entuzjastycznej opinii na jednym z moich ulubionych blogów czyli za sprawą tego wpisu :

https://literatour2.wordpress.com/2015/02/27/na-dzien-przed-slubem-hozumi/

Tak więc po przeczytaniu domyśliłam się, że ta manga (zbiór opowiadań, których jest niby siedem ale dwa z nich są w dwóch częściach) jest czymś, co powinnam przeczytać i nie myliłam się. 
Tytułowe opowiadanie „Na dzień przed ślubem” zgrabnym gestem spina się z opowiadaniem ostatnim „Potem” co jest ciekawym zabiegiem dla czytelnika.
Nie będę pozować na znawczynię mangi, którą to z pewnością (znawczynią, nie mangą;)) nie jestem. Napiszę jedno, to jedne z najładniejszych opowiadań, jakie czytałam. Poza bardzo przyjemną dla oka kreską mają ciekawą treść i każde z nich jest bardzo wzruszające w ten czy inny sposób.
Niosą one ze sobą spory bagaż emocji, które czytelnik odczuwa się zdecydowanie.
Jest to podane w taki piękny wschodni sposób, nie nachalnie, nie łopatologicznie, nie jak w sitcomie, gdzie każą się śmiać czy smucić w odpowiednim miejscu. A mimo to opowiadanie te przepełnione są uczuciami, wzruszeniami. Dużo tu uczuć i miłości, ale nie tej z romansów. Raczej tej rodzicielskiej i między rodzeństwem.
Podczas lektury naprawdę mocno się wzruszałam ale najwięcej wzruszenia i autentyczne łzy pojawiły się podczas lektury opowiadania „Ponowne spotkanie z Azusą nr 2”. To opowiadanie zapamiętam na zawsze. Jest ogromnie wzruszające i smutne a mimo to piękne. Nie chcę jednak za wiele Wam zdradzać.

Autorka skrywająca się za pseudonimem Hozumi za tę jednotomową mangę zdobyła nagrodę dla debiutantki w plebiscycie magazynu „Flowers” i myślę, że jest to w pełni zasłużona nagroda.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

 

sezon na wiosnę …

…uważam za otwarty 🙂 
I to nie tylko dlatego, że dziś jest jej pierwszy dzień ale aura dookoła, kolorowe kwiaty kojarzące się z tą porą roku wystawione przed kwiaciarnię, ludzie porozbierani (co poniektórzy nieco zaskoczeni tym, jak naprawdę jest ciepło nosili na sobie rozpięte płaszcze czy powiewające szale).

Tradycji prywatnej stało się zadość i od Finetki dotarła do nas pierwsza kartka świąteczna, a i my nasze dziś wrzuciliśmy do skrzynki, do Świąt dwa tygodnie, a i tak wiadomo, że „pójdą” te kartki dopiero w poniedziałek.


Jak fajnie, że nie sprawdziły się jeszcze czwartkowe prognozy pogody dotyczące dzisiejszego dnia, które prorokowały deszcz i ponurość i oto mieliśmy piękny pierwszy dzień wiosny ze słońcem i naprawdę ciepłymi temperaturami.
Pozdrawiam Was wiosennie i życzę miłej reszty weekendu. 

„Agatha Christie i jedenaście zaginionych dni”. Jared Cade.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2014). Ebook. 

Tytuł oryginalny Agatha Christie and The Eleven Missing Days.

Przełożyła Małgorzata Glasenapp.

Trochę przypadkiem trafiłam na ten tytuł w którejś z ebookowych promocji i skusiłam się powodowana swoim zainteresowaniem Agathą i okazało się, że jest to bardzo udana biografia mojej ulubionej autorki kryminałów. Myślałam, że autor skupi się jedynie na fakcie zaginięcia Agathy, który miał miejsce i rozwinie tylko wątki z tym związane, ale nie i świetnie, bo wyszła bardzo dobra biografia. W dodatku solidnie napisana, widać, że autor i autorkę, o której pisze, lubi i jej książki. Nie jest to natomiast żadna tam hagiografia, co i dobrze, bo nic mnie tak nie denerwuje, jak czytanie o ideałach. 

Jakoś tak się złożyło, że nigdy jej biografii ani jej autobiografii nie czytałam, więc naprawdę miałam udaną lekturę bo poznałam wiele do tej pory nieznanych mi faktów z jej życia.
Każdy, kto czyta jej kryminały (ja nie czytałam żadnej jej nie kryminalnej książki, więc tu trudno mi się wypowiadać), wie, że miłość odgrywała nawet w tych kryminałach wielka rolę w życiu bohaterów i nietrudno się domyślić, że miłości spełnionej w życiu samej autorki chyba zabrakło.

Po lekturze książki wyłania się obraz interesującej kobiety, jednej z najbardziej poczytnych autorek kryminalnych świata, która jednak jeśli chodzi o lokowanie uczuć najwyraźniej nie miała szczęścia. I za bardzo przymykała na to czy owo oczy w swoim drugim małżeństwie.
Zaginięcie i całą tajemnica związana z tym wydarzeniem w życiu Christie również zostało opisane bardzo solidnie i drobiazgowo, autor zdecydowanie obalił to, co przez lata usiłowała opinii publicznej wmówić zarówno sama autorka, jak i jej bliscy po jej śmierci.
Ale jak mówię, jest to właściwie świetnie napisana biografia Agathy Christie, która jako główny motyw, wokół którego się koncentruje, traktuje właśnie zaginiecie autorki.

Jared Cade napisał książkę starannie, poświęcił jej wiele czasu, jest to biografia pracochłonna, co sobie szczególnie cenie w takich publikacjach bo widać, że ktoś naprawdę podchodzi do postaci, o której pisze z zapałem.  Książka pierwszy raz ukazała się w roku 1998 i nie spodobała się rodzinie Christie, co zapewne zrozumiałe jako, że raz na zawsze zrywa z tym, co przekazywano na temat tajemniczego zaginięcia autorki w 1926 roku.

Moja ocena to 5 / 6.

 

zorientowałam się…

…że poprzedni wpis popełniłam tydzień temu, co mniej więcej oddaje ogólny stan jaki nas dopadł i niedoczas, który ciśnie. 
W weekend miałam nadzieję, że trochę uda się odpocząć, średnio się udało. W niedzielę wyprawa na cmentarz, co zawsze sprawia, że mój nastrój jednak staje się gorszy. 

Popołudniu P. wziął się za porządkowanie mojego telefonu. Biesił się ostatnio (telefon, nie P. rzecz jasna) i trzeba było porządnie go posprzątać z tego czy owego i doprowadzić do stanu użyteczności, co też się stało ale też niestety jako czynność pracochłonna, pochłonęło resztki możliwego wolnego czasu. No ale było to działanie z cyklu „i tak kiedyś trzeba się za to wziąć”. Na razie wygląda na to, że praca P. na marne nie poszła, a więc tyle dobrego.

W minionym tygodniu dowiedziałam się o czyjejś śmierci ale i o czyichś narodzinach. Dawna znajoma po długim czasie została mamą, na świecie pojawiła się kolejna Rybka, mała Julia. Takie wiadomości wolę o wiele, wiele bardziej niż te pierwsze (raczej nic dziwnego ) i cieszę się, że czyjeś marzenia o rodzicielstwie zostały spełnione.

Książkowo, wciąż jestem w tej książce o Agacie Christie, po części dlatego, że chyba jest ona dość spora objętościowo, po części z innych powodów. Czyta się dobrze, to właściwie całkiem uczciwie napisana biografia autorki, w której to jej tajemnicze zniknięcie staje się przyczynkiem do skonstruowania opowieści o ciekawej kobiecie, autorce rozpoznawalnej chyba na całym (może w większości) świecie.

Tradycyjnie już życzę zarówno sobie jak i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.

przewrotność…

…życia polega na tym, że kiedy nastawiasz się, że nic nie odpoczniesz w weekend, o dziwo, udaje ci się to osiągnąć a z kolei gdy masz nadzieję, że jednak uda się złapać ci chociaż trochę oddechu, nic z tego. Jestem tak zmęczona po tym weekendzie, że hej. P. podziela moje zdanie czyli nie to, że narzekam, po prostu ot, nie udało się nam obojgu odpocząć nic a nic. Szkoda. U mnie to rzutuje na jeśli nie cały tydzień to na pewno na poniedziałek i jak się dziś czuję. 

Urodziny miałam raczej w tle, bo jak wspominałam chyba a może i nie, sobota jest najbardziej zabieganym dniem tygodnia u nas, ciągle jakaś praca do wykonania a oczywiście chcieliśmy też wyjść na rodzinny spacer, połączony z zakupami małymi.  Moi Panowie wybrali mi urodzinowe kwiatki, od P. dostałam (oprócz pięknego biżuteryjnego prezentu, jakim mnie wcześniej obdarował) tulipany a od Janeczka stokrotki w doniczce w kształcie konewki, bardzo ładne. Postanowiłam w tym roku wypełniać może i truizm i może oczywistość dla niektórych, ale cieszyć się z tych drobiazgów, z których przecież składa się nasze życie i doceniać to, co mam. Może ktoś powie, że należało wybrać się do restauracji na wypasiony obiad, ja doceniam, że mogłam spędzić ten czas z dwoma najbliższymi mi facetami:)

Bardziej obeszłam moje Urodziny następnego dnia, w gronie nieco powiększonym.
No ale efekt jest taki, że w ten weekend nie odpoczęłam nic.

Jeśli chodzi o lekturę, to „Sprawa G” Hakana Nessera już za mną. Niestety, nie czytało mi się tej książki aż tak rewelacyjnie jak wszystkich pozostałych. Szczerze, to pod koniec już cieszyłam się, że ją kończę. Oceniam ją jedynie jako 4.5 na 6 a taka ocena w stosunku do książki jednego z najulubieńszych autorów jest surowa. Trudno. Bywa i tak. Coś mi tym razem nie poszło podczas tej lektury, zabrakło mi czegoś i efekt jest jaki jest.

Za to teraz wzięłam się za coś z zupełnie innej beczki aczkolwiek gdzieś tam w kryminałach pozostaję bo rzecz dotyczy chyba mojej ulubionej autorki kryminałów (halo, Tommyknocker, Ewazdublina, Marga,  pozdrawiam 😉 )  czyli Agathy Christie. Zaczęłam bowiem czytać „Agatha Christie i jedenaście zaginionych dni” autorstwa Jareda Cade’a. Mam nadzieję na smakowitą lekturę. 

Życzę tradycyjnie już sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

kolejne Urodziny…

…nie ma zmiłuj, nie młodniejemy 🙂
Chociaż ja akurat zamierzam być zawsze młoda, piękna (bo bogata to raczej się już chyba nie uda;).

Ja sobie życzę zdrowia i dla mnie i dla moich Bliskich. I szczęścia. I spełnienia jakiegoś z marzeń lub większego pakietu, a co sobie będę żałować. I tylko życzliwych mi osób wokół mnie a nie złośliwców,zgryźliwców czy co tam jeszcze. 

Jakby ktoś chciał mi z serca powinszować, to otwieram po to ten wątek a wirtualnie częstuję tortem malinowym i napojami do woli i wedle potrzeb:)