Tłusty Czwartek

Bardzo lubię ten nasz słodko tłusty (jak w nazwie:) dzień i nigdy się nie migam od zjedzenia pączka, chociaż to jedyna słodycz, którą tak naprawdę jem właśnie tylko tego jednego, jedynego dnia roku.
Dziś wróciliśmy z Janeczkiem ze spaceru (On smacznie spał:) a na stole czekały na mnie na talerzyku…dwa pączusie:) z konfiturą z róży, czyli klasycznie, tradycyjnie, dokładnie tak, jak lubię właśnie w Tłusty Czwartek.
Chyba jednak wciąż kocha (tyle lat po Ślubie, to nie takie oczywiste:).

Zeżarłam wszystkie dwa:) I mam ochotę na więcej. Dobrze, że już więcej nie ma pod ręką bo coś czuję, że bym zjadła.

 

klocki…

…które daliśmy Janeczkowi na Święta wtedy nie cieszyły się taką popularnością, jak teraz. Najwyraźniej dojrzał do nich, o czym świadczy też sugestia wiekowa na opakowaniu klocków. Tak czy inaczej, układa z zapałem a ja marzę o super zestawie dla mam i tatusiów:) uwielbiam klocki a niestety, własne Lego miałam dopiero w dość późnym wieku już jako starsza nastolatka. Nieważne, szalałam, aż miło.
Dziś odzywam się do P.

„Są może jakieś klocki dla dorosłych?”
P. „Nie, trzeba zabierać klocki dziecku”.

Kurtyna;) 

„Sprawa Munstera”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2014). Ebook.
Przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Tytuł oryginału Munsters fall.

Lubię książki Hakana Nessera i pomimo, że porusza zwykle tematy przygnębiające, ciężkiego aby nie powiedzieć, najcięższego kalibru, jednak po nie sięgam.
Już się zarzekałam przy poprzednim jego kryminale, że mam dosyć, że mnie przybija ale…skusiłam się na kolejny. I mimo, że temat znów okazał się mocno ciężki to jednak ją przeczytałam.

I jak zwykle, pomimo, że to kryminał, wyniosłam z tej lektury coś dla siebie. Tym razem zaskakująco trafne przemyślenia autora na temat przyjaźni, które coś tam uruchomiły we mnie samej. Tak więc znowu zaskoczenie. Niby siadłam do kryminału a myśli poszybowały w pewnej chwili w zupełnie innym kierunku.

Sprawa zaczyna się w chwili, gdy komisarz Van Veeteren deklaruje swoje odejście z policji a sprawę, którą poznajemy w książce poprowadzi tytułowy Munster.
Oto pewien ponad siedemdziesięciolatek wygrywa z trzema kumplami w podobnym wieku sporą ilość pieniędzy. I tego samego wieczoru gdy dowiaduje się o wygranej i świętuje ją wraz z kolegami, ginie. Zostaje znaleziony w swoim łóżku zasztyletowany. Ktoś chyba miał z nim mocno na pieńku sądząc po ilości ciosów nożem, które zadano starszemu mężczyźnie.

Munster będzie musiał rozwiązać zagadkę. Kto i dlaczego zabił mężczyznę. Czy owa wygrana odgrywa w tej sprawie jakąkolwiek rolę czy też jest to przypadek?
Będzie musiał zmagać się z nieciekawą prawdą, która z dnia na dzień będzie odsłaniała przed policjantem swoje brudne i mroczne oblicze. No, ale taka jest chyba praca w dochodzeniówce.

Nie odpuści też, pomimo tego, jak układać się będzie akcja i dochodzenia a co za tym idzie, książki. Nie odpuści i odkryje dużo więcej i dużo mniej niż by zamierzał.

Pomimo jak to u Nessera bywa, ciężkiej tematyki, czyta się dobrze i moja ocena to 5 / 6.

 

„Japoński wachlarz. Powroty”. Joanna Bator.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B . Wydanie II, poprawione i poszerzone. Warszawa (2012). Ebook.

Opłaca się czasem sięgnąć po dawno przeczytaną lekturę aby zweryfikować swoje własne zdanie na jej temat. Od razu mówię, sięgnęłam zupełnie przypadkiem, bowiem była korzystna obniżka cenowa na ebooki autorstwa pani Bator a chciałam jednak się przekonać o ile więcej materiału jest w tym wznowieniu (okazało się niewiele więcej niż w pierwszym wydaniu ale nie jest to ważne). 

Moja poprzednia opinia była co najmniej letnia, jeśli nie chłodna. Na biblionetce podarowałam wtedy tej książce opowiadającej o pobycie autorki z wykształcenia kulturoznawczyni, w Japonii, ocenę niewysoką, którą teraz co prędzej ze wstydem zmieniłam na o wiele wyższą.

Teraz tę książkę zupełnie ale to zupełnie inaczej mi się czytało. Chyba wtedy, gdy sięgnęłam po nią pierwszy raz, podeszłam do niej z niewłaściwym oczekiwaniem bądź nie był to po prostu wtedy jej czas. 

Teraz odnalazłam w niej wiele interesujących aspektów, przede wszystkim dotyczących mentalności Japończyków i roli kobiet w japońskim, współczesnym społeczeństwie. 
Przypadkiem zbieżna też ta lektura okazała się w kontekście ostatnio zupełnie niezrozumiałego dla mnie totalnego awanturnictwa o słynny już „gender”, o którym nie raz w książce Bator w odniesieniu do opisywanych sytuacji, wspomina.

Bardzo, bardzo to udana lektura była tym razem i tak, jak zwykle nie sięgam ponownie po książki (mam trzy wyjątki książek, do których wracam) tak teraz zaczęłam rozważać którą książkę jeszcze warto by było przeczytać ponownie, porównać własne opinie sprzed lat i przyjemnie, jak w tym przypadku, się zdziwić i mieć zdecydowanie świetną lekturę.

Wielkim plusem dla mnie jeszcze dodatkowo jest sam język, którym Bator pisze, poprawna polszczyzna, brak niepotrzebnych ozdobników a jednocześnie dobry styl, który po prostu się podziwia i czyta się świetnie.

I mimo, że podczas lektur wywiadów z autorką, jakoś nie wydaje mi się ona postacią, z którą znalazłabym zbyt wiele wspólnych tematów do rozmowy, tak muszę powiedzieć, że jej książki czyta mi się rewelacyjnie.

Ta książka to obowiązkowa lektura dla miłośników Japonii ale też tych, którzy na ten kraj chcą spojrzeć z niego innej bo kulturoznawczej perspektywy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

ja…

…sprzątam zabawki Janeczka i trochę przy tym marudzę.

P. do mnie „Ej, pomyśl sobie, że będzie taki czas, że będzie robił bałagan tylko u siebie w pokoju”.

Po chwili ” A pomyśl, że będzie taki czas, że będzie robił porządek u siebie w pokoju.
I dopiero wtedy będziesz zdenerwowana”.

Kurtyna:)

Nie sposób odmówić Mu racji:)

 

 

 

„Rublowka”. Walerij Paniuszkin.

Wydana w Agora. Warszawa (2013).

 

Nie wiem, dlaczego, ale spodziewałam się czegoś zupełnie innego, lżejszego a tu, kompletnie przyjemne zaskoczenie, książka o wiele bardziej interesująca, niż się spodziewałam. Wciągnęła mnie jak „gra”, wokół której toczy się opowieść o Rublowce. Na zasadach „gry” oparł strukturę książki opowieści Walerij Paniuszkin. To nie jest lekka opowiastka o znudzonych paniach domu, wyczekujących powrotów na Rublowkę swoich bogaczy. To opowieść o tym, jak żyć i nie dać się pokonać we współczesnej Rosji. Oparta o wyjaśnienie nam zasad przetrwania. Zasad „gry”. „Gry”, dzięki której ktoś może znaleźć się na szczycie, skąd już, co jasne, nie ma właściwie zbyt wiele opcji przemieszczenia się i należy jak najdłużej na owym szczycie się utrzymać. I nie jest jasne tak naprawdę zbyt jasne jak długo temu komuś da się na szczycie utrzymać. Bo tak naprawdę i tak mimo, że „gra” posiada zasady to tak naprawdę o tym, czy się w niej dana osoba utrzyma i jak długo, decyduje Najwyższy Gracz.

Jak wspomniałam, „Rublowka” to nie jest tylko historia osady bogaczy, to opowieść o współczesnej Rosji i tym jak się tam żyje.

Podobała mi się ta książka, bo, co nie jest żadną tajemnicą, lubię czytać o Nowej Rosji i Nowych Ruskich, a klimat tej książki idealnie pokrył się z tym, co dzieje się obecnie w Soczi, czyli z Olimpiadą. Po lekturze tej książki mam też kolejną refleksję, jednak, co by nie mówić, ale o danym kraju i tak naprawdę najlepiej pisze autochton. I myślę, że jednak dotyczy to każdego kraju i ichniejszych autochtonów. Jednak to żyjący tam wiedzą tak naprawdę najlepiej jak się tam żyje, znają najlepiej mentalność ludzi zamieszkujących ten kraj. W przypadku Rosji, jasne jest to też dlatego, że biorą oni nieustannie udział w „grze”. I najlepiej znają jednak jej zasady.

Moja ocena to 5 / 6.

„Grecka mozaika”. Hanna Cygler.

Wydana w Dom Wydawniczy Rebis. Poznań (2014).

Nie lubię czytać współczesnych polskich autorów z wyjątkiem totalnych pewniaków, bo na ogół w przypadku kiedy książka nie do końca się spodoba, autor recenzji czy po prostu osoba krytykująca (tak, ja chwilowo na takie recenzje, do których siebie samą i czytelników blogu przyzwyczaiłam, niestety, nie mam zbyt wiele czasu) dowiaduje się, że jest nieznającym się na książkach ćwierćinteligentem i w ogóle najlepiej gdyby się nie wypowiadał na temat danej książki. Przejaskrawiam celowo, ale fakt faktem, kilka razy w różnych miejscach wspólne labiedzenie autorów nad czytelnikami widziałam i wiem, że tak mniej więcej często potrafi być.

No i mam zgryza, co mam pisać na temat „Greckiej mozaiki”. Może zacznę od tego, jaką dałam jej ocenę (przypominam, moją, własną, subiektywną). 4 / 6. 

Czytałam ebook i nie mogłam się swobodnie doszukać ale przynajmniej dwa dość solidne błędy w treści (nie ortograficzne, a merytoryczne) gdzieś wyłapałam, ale tego bym się nie czepiała. 
„Grecka mozaika” jest właściwie niezłym czytadłem i chyba tego będę się trzymać. Niezłym, bo dzieje się w popularnym dla Polaków turystów miejscu, czyli na Korfu, chociaż niestety, tak naprawdę tej tytułowej Grecji jest według mnie mało a akcja mogłaby się dziać po części w innych europejskich krajach, wszak pewne historyczne zdarzenia są całkiem podobne w wielu krajach. Jest tam i wątek miłosny i historyczny. Ale co z tego, jak mnie to nie ruszyło. I to nie tylko dlatego, że nie przepadam za wątkami miłosnymi bo nie jest tak, że dobrą książkę z takim wątkiem z góry odrzucę. Nie. Po prostu skonstruowane postaci jakoś do mnie nie przemawiały. Zbyt papierowe, zbyt czarno białe, zbyt jasne dla mnie było jak postąpią w danym momencie swojego życia.

Wątek historyczny interesujący bo poruszający temat greckich emigrantów powojennych , którzy uciekli do raju komunistycznego, jakim wówczas była Polska. Ten wątek mimo, że sam w sobie ciekawy, też do mnie do końca nie przemówił, bo jakoś trudno mi było uwierzyć, że w tamtych czasach tak nieźle żyłoby się emigrantom u nas. No, chyba, że ówczesny reżim tak hołubił tego typu postawy, że zapewniał warunki o wiele lepsze niż dla „swoich”.

Książka dzieje się i współcześnie i cofa się do akcji dziejącej się w czasie IIWŚ podczas niemieckiej okupacji Grecji. Do pewnego mężczyzny zgłasza się młoda Polka, która nie wie, czy nie jest jego córką. Zaprzyjaźniają się a mężczyzna opowiada jej splątane losy własnej rodziny.

Jak mówię, jest tam po trochu i historii i miłości i niepewności. Ale jak mówię, nie do końca mi to zagrało pomimo, że czytało się dobrze, wartko ale czegoś mi zabrakło. Może właśnie jakiejś nieprzewidywalności? Niekonsekwencji postaci, która przecież w życiu jak najbardziej pod wpływem różnych wydarzeń, ma miejsce?

No i, o czym już wspomniałam, trochę jednak samej tej Grecji jak dla mnie , mało, szkoda bo był potencjał, żeby podczas lektury nacieszyć się jakimś wakacyjnym nastrojem.

Być może jednak akurat mnie nie do końca ta książka podeszła a ktoś inny znajdzie w niej coś, co się bardziej mu spodoba i tego oczywiście , życzę. 

zima, zima…

…na chodnikach fatalnie (w niedzielę mieliśmy lodowisko za darmo;/), mróz trzyma i nie zamierza odpuścić. Uważam za niesprawiedliwe, że w sobotę znajoma blogowiczka z Częstochowy miała aż dziesięć stopni na plusie.

Utkwiłam nieco z powodów niezależnych czyli walczę z uszami. Oby się nic nie wykluło większego bo na szczęście chyba maść od pani doktor pomaga.

Z książek, to doczytałam te książki z serii o Panu Samochodziku, które miałam czyli i Wyspę Złoczyńców i Niesamowity dwór i parę innych. Nieźle się wybrania ta seria po latach , są aspekty, które powodują uśmiech ale generalnie nie jest źle.

Przeczytałam teraz Juula „Moja kompetentna rodzina. Nowe drogi wychowania”. Szczerze, to nieco się zawiodłam, chyba naobiecywałam sobie więcej. Nie mówię, że książka nie jest warta poznania, jednak ja spodziewałam się, że trochę więcej z niej wyniosę. 

Z filmów to za nami trzeci sezon wspaniałego serialu BBC, „Sherlock”. Ten współczesny Sherlock, skomputeryzowany i z komórką, śmigający po Londynie i wciąż jednak głównie stawiający na rozum i mózg, wraz z doktorem Watsonem stanowią super duet. Dawno nie wiedzieliśmy tak dobrego serialu a już trzecia seria według mnie, pobiła wiele! Czekamy z niecierpliwością na kontynuację.

Życzę Wam dobrego, spokojnego tygodnia.