Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2013).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginalny Shikisai o motanai Tazaki Tsukuru to, kare no junrei no toshi.
Z Haruki Murakamim jest tak. Albo ktoś lubi jego książki (jak ja, jest on, co wiedzą stali czytelnicy moich zapisków, jednym z moich ulubionych autorów) albo nie. I nie ma zmiłuj. Jego zwolenników do lektury jego książek przekonywać nigdy nie trzeba, przeciwnicy z góry się zaperzają i nie chcą sięgać ale nie szczędzą słów krytyki. Że się facet powtarza. Że pisze w kółko na ten sam temat. Że pisze kiepsko (tak, te argumenty też słyszałam).
Ponieważ nie mam czasu ani ochoty nikogo na lekturę ,która aż tak go brzydzi, namawiać, więc w tym momencie uważam, że przeciwnicy Murakamiego dobrze zrobią, gdy oddalą się od komputera (w innym przypadku po prosu opuszczą tę stronę) i pójdą nie wiem, zrobić sobie kubek dobrej herbaty? Zbiorą się do domu z fabryki? Wyjdą na spacer?
Gorącej dyskusji tu nie będzie. Ja swoje zdanie na temat jego pisania mam, nic go już nie zmieni (mojego zdania;) i nie zamierzam walczyć do pierwszej krwi aby kogoś do książek Murakamiego przekonywać. Wystarczy, że ja mam przy nich zawsze udaną lekturę.
Po tym przydługim wstępie, przechodzę do swoich paru zdań na temat samej książki „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. Można zarzucać oczywiście Murakamiemu, że nie jest nowatorski w swoich własnych tematach, o których pisze. Bo ponownie mamy do czynienia z mężczyzną w sile wieku, który z jakichś tam przyczyn jest sam, bez kobiety u boku. I znów mamy motyw podróży w celu odkrycia czy to samego siebie czy też raczej poukładania sobie samemu czegoś w swoim życiu, co wiąże się z podróżą w przeszłość. Znów jest ten motyw samotności , który tak doskwiera w życiu bohaterom tego autora. Znów głównemu bohaterowi śnią się przedziwne i niepokojące sny, które trzymają go w swoich okowach, nie pozwalając mu się ruszyć. Znów nie wiemy, co do końca zdarzyło się a co było wytworem wyobraźni czy snem właśnie.
Ja te książki z powtarzającymi się motywami lubię bo dla mnie istotne jest co innego a mianowicie to, że Murakami wybiera jakieś wydarzenie, chwyta je w ręce i wokół niego buduje swoje opowieści. W tym przypadku akurat jest to porzucenie przez przyjaciół. Konkretnie przez czwórkę licealnych przyjaciół. Kto takiego porzucenia, z dnia na dzień, bez żadnego wyjaśnienia, nie przeżył, ten nie wie jak to boli. A boli jak nie wiem co. Boli i powstaje rana, która tak naprawdę często nigdy nie zabliźnia się. Tak stało się w przypadku tytułowego bohatera, który przeżył owo odrzucenie i porzucenie przez przyjaciół w dość trudnym ciągle dla człowieka wieku, kiedy niby to jest się już dorosłym a ciągle jednak trochę jak dziecko, rozpaczliwie łaknie się i pragnie akceptacji ze strony innych.
Poza tym, nikt nie zasługuje na to, jak został potraktowany bohater.
Mija szesnaście lat i Tsukuru spotyka na swej drodze kobietę, która stanie się impulsem do dalszych działań. Oto niemal z dnia na dzień Tsukuru Tazaki wyruszy w drogę, najpierw do rodzinnego miasta a potem nawet na inny kontynent aby dowiedzieć się co stało się szesnaście lat temu i dlaczego nie zasługiwał nawet na słowo wyjaśnienia.
Okazuje się bowiem, że rana porzucenia jednak nigdy się w nim nie zabliźniła a z wiekiem wzrosła potrzeba spokoju ducha i wyjaśnienia ciążących na sercu spraw z przeszłości.
Mnie się ta książka podobała, nie tylko dlatego, że po prostu lubię styl Murakamiego ale również ze względu na sam poruszony w niej temat.
Moja ocena to 5 / 6.
