Dzień Dziecka Utraconego.

Nie prosiłam, żeby mnie „władować” w obchodzącą to Święto, ten dzień, a władowana na siłę od losu się czuję. I tak, jak to już pisałam przy poprzednich dwóch tych smutnych dniach, tak naprawdę rodzic Dziecka, które zmarło, nieważne, w jakim wieku, ten dzień ma codziennie i do końca życia. Ci, których to dotyczy , doskonale wiedzą, o czym mówię. 
To taki dzień, który bardziej chyba służyć powinien tym, którzy nie przeszli tego piekła (i dobrze) a może chcą wspomóc , czy dać odczuć, że o nich myślą, tych, którzy dzieci utracili.
Ja w pamięci mam wszystkie Dzieci, które odeszły (niestety, o kilkorgu dowiedziałam się w przeciągu roku od poprzedniego piętnastego października) i ich Rodziców.
To nie tak miało być i nie ma we mnie na to zgody.
To taki dzień, w którym bardziej czuje się, co odeszło. Nie tylko Dziecko fizycznie ale całe te nadzieje i przyszłość jaką się z Nim wiązało. Bo miłość nie. Ta zostaje na zawsze tu…

Wiele osób mówi, że nie wie, co powiedzieć osieroconemu rodzicowi. Wychodzę z założenia, że czasem lepiej pomilczeć a powiedzieć to, co ja mówię innym osieroconym rodzicom czyli to, że nie mam słów, że właśnie nie wiem, co mogę powiedzieć bo ogrom niesprawiedliwości i niemoc zabiera sensowne słowa.
Ale warto przy rodzicach dzieci, które odeszły być. Nie bać się ich. My nie zarażamy złem, nieszczęściem. My jesteśmy tylko dowodem na to, że ono się przytrafia. Nie pytając czy może.