chciałabym…

…popełnić jakowyś wpis ale doprawdy mózg się mi zlasował od temperatury za oknem. Siedzę ze śpiącym Janeczkiem na balkonie ucieszona, że mamy balkon bo dziś nie wyszłabym teraz za nic na zewnątrz. Na balkonie zaś miło, bo chłodek. Termometr wskazywał jakąś godzinę temu 43 C od słonecznej strony ale wierzyć mi się nie chce, żeby tak było, pewnie też się chłopak zlasował.

Zbiorowo będzie. Co dobrego widzieliśmy i co czytałam. Zacznę od książki, a więc czytałam „Umierającego detektywa”, Leif GW Perssona. Sama książka treścią w porządku (aczkolwiek niestety, nabyłam ją dawno z czyjegoś polecenia i niestety, ten ktoś nie poinformował mnie co będzie śledzone, a okazało się, że sprawa dotyczyła potwornej zbrodni na dziecku, więc niestety, to nie książka, którą miałabym ochotę czytać w przyszłości). Za to nie grało mi tłumaczenie, zdecydowanie nie. Powiedzmy, że wszystko to sprawia, że oceniam ją na jakąś 4.5 na 6. 

Widzieliśmy dwa filmy, każdy z zupełnie innej bajki. Pierwszy to film, na który czekałam długo, kupiłam dawno (chwilę po narodzinach Janeczka) i na który czas znalazł się dopiero teraz ale…niestety, to jednak jeden z tych filmów, które zdecydowanie tracą oglądane w domu, powinny być bowiem smakowane na wielkim ekranie. Mowa tu o filmie „Młyn i Krzyż”, w reżyserii Lecha Majewskiego opowiadającym o malarstwie Pietera Bruegel’ starszego ze szczególnym skupieniu się na jego „Drodze krzyżowej”. Nie wiem Czaro, czy jeszcze czytujesz mój blog, ale jeśli nie widziałaś tego filmu, to jest to jeden z tych, które obejrzeć powinnaś.  Jestem dziwnie pewna, że spodobałby Ci się. Jest specyficzny, to właściwie filmowy eksperyment, w którym widzimy ożywione postaci , które potem widzimy na płótnach Bruegel’a. Widzimy więc współczesnych malarzowi mieszkańców wsi,która tak intrygowała malarza, a którzy staną się potem modelami zaklętymi w obrazach.

Jako, że jest to jeden z moich ulubionych malarzy, przed płótnami którego zawsze spędzam wiele, wiele czasu odwiedzając europejskie muzea, film mnie zaciekawił ogromnie. Jednak sam w sobie oprócz wrażenia stricte wizualnego na mnie bardzo nie zrobił. Owszem, pomysł był ciekawy, jednak mam wrażenie, że na tym się skończyło. I też jest to jeden z powodów, dla których powinno się go oglądać raczej w kinie aby raczyć się możliwościami obrazu i tego pomysłu właśnie. Za pomysł jednak i niesamowite obrazy daję mu w prywatnej ocenie 4.5 na 6.

Obejrzeliśmy też film, który zapewne moi czytelnicy dawno już widzieli a mianowicie „Jak zostać królem” (dlaczego u nas zawsze musi być jakieś dziwne tłumaczenie tytułu, który oryginalnie był w porządku?). Tu świetna rola jednego z moich ulubionych aktorów, jakim jest Colin Firth. Nie będę streszczać, podejrzewam, że jednak większość z Was wie, czego dotyczył film. Jest to przyjemna opowieść o tym, że potrafimy dać sobie radę z największymi naszymi słabościami pod warunkiem, że wokół siebie znajdziemy osoby, które nas wspierać będą i pomogą nam w tych również gorszych momentach. Świetna rola Firtha. Moja ocena filmu to 5 na 6. 

Mam nadzieję, że dobrze znosicie upały. Pozdrawiam i wybywam napić się wody mineralnej…bo czuję, że wysycham jak kaktus…