Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2012).
I znowu Rosja. Tym razem skusiłam się na reportaże autora publikowane już wcześniej w „Polityce”. Niemniej jednak tam ich nie czytałam.
Po lekturze tych reportaży stwierdzam jedno. Niewiele, naprawdę mało, czytałam o tym kraju rzeczy optymistycznych. Może to na zasadzie, wielki kraj, skomplikowana, niełatwa historia (a gdzież jest łatwa?) , przedziwna geografia (mieszkańcy Moskwy i mieszkańcy podbiegunowego Murmańska to wciąż obywatele Rosji) i co za tym wszystkim idzie, dużo problemów.
Reportaże Miecika nie zawiodły mnie. Są takie, jakie lubię czyli konkretne, na temat, poruszające sprawy ciekawe i być może dla mnie często wręcz niezrozumiałe. Dobór tematyki też niełatwy. Czyli w jednej książce i opowieść o rodzinach marynarzy z okrętu podwodnego Kursk, i o tych, którzy pozostali po ataku na szkołę podstawową w Biesłanie. I o ataku na Teatr Dubrowka.
Kolejny reportażysta, który zdaje się nie oceniać. On po prostu opisuje. Tak sobie czasem myślę, że chyba nikt rozsądny nie jest w stanie zebrać sensownych myśli na temat tego bardzo dziwnego kraju, jakim jest Rosja. Nikt tak naprawdę do końca nie jest w stanie ogarnąć tego mocarstwa. W którym jest takie nieposzanowanie ludzkiego życia i w którym człowiek często tak zależny jest od drugiego człowieka, który tę pomoc potrafi mu okazać. Kraj kontrastów, kraj wielkiego bogactwa i wielkiej biedy, kraj, w którym polityka miesza w życie codziennego człowieka. W którym politycy, zapewne jak na całym świecie, doskonale są w stanie wykorzystać tak zwane punkty zapalne, trudne, aby przeforsować rzeczy korzystne dla siebie.
Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść „post Kurska” jak ją nazywam. Przepełniona brakiem nadziei, pesymizmem, smutkiem. Po tym rozdziale musiałam zrobić sobie przerwę, odetchnąć, pomimo, że autor nie epatuje koszmarami, nie nastawia się na efekt nastawionymi opisami itd. Wystarczy sama prawda, i to, co działo się po samej katastrofie. Jak traktowano bliskich osób, które na Kursku zginęły.
Ciekawy też jest rozdział opowiadający o wyborach Miss Gułagu i tytułowe, pierwsze opowiadanie, w którym podróżujemy tydzień koleją transsyberyjską.
Tak naprawdę to każdy reportaż stanowił coś interesującego, z każdego z nich wyłaniał się jakiś obraz Rosji i ludzi ją zamieszkujących. Obraz? Obrazy, które to wszystkie stanowiły coś jak kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Rosja to taki kalejdoskop. Potrząśniesz, wychodzi różowo złoty obrazem, potrząśniesz i oko pada na czerń i brąz.
Podejrzewam, że wiele zależy jednak i od tego, kto patrzy i od tego, jak bardzo się przygląda i ma cierpliwość zmieniać układ szkiełek.
Z dwunastu reportaży w tym zbiorze wrażenie zrobiło na mnie jeszcze to o armii. Szczególnie w kontekście pozostawienia ludzi z powojennymi traumami samym sobie.
Ogólnie obraz Rosji z tych opowiadań wyłania się niewesoły. Raczej pesymistyczny. Co ciekawe, wcale nie mam wrażenia, że to był celowy zabieg autora. Ale tego oczywiście pewna być nie mogę. Pomimo to czyta się dobrze, chociaż, jak wspomniałam, są potrzeby przerwania lektury, zdystansowania się do tego, o czym się czyta.
Moja ocena to 5 / 6.
