„Moje dziecko nie chce jeść”. Carlos Gonzalez.

Wydana w Wydawnictwie Mamania. Warszawa (2013). 

Przełożyła Jowita Maksymowicz-Hamann.

Tytuł oryginału Mi nino no me come.

Książka, która mnie uspokoiła. 
Odkąd rozszerzamy dietę mamy różne doświadczenia. Nie ukrywam, jak na razie Janeczek nie podzielił dziecięcego apetytu Taty a raczej niejadkowość Mamy. Efektem były jak dotąd nerwy. Mamy, oczywiście. Nerwy wynikające nie z tego, że dziecko chudnie, bo nie chudnie czy widać jakieś zaburzenia rozwojowe, bo ich nie ma ale niestety, nerwy, które wynikały głównie z beznadziejnych tekstów pediatrów.

Carlos Gonzalez to lekarz, który brzmi świetnie. Dlaczego? A dlatego bo jest nie tylko pediatrą ale i szkoleniowcem w zakresie karmienia piersią. A właśnie opinii kogoś takiego szukałam. Pomocy wśród pediatrów, do których trafiłam, nie uzyskałam, prócz jednej. A przynajmniej jeśli nie pomoc, to ta pani doktor nie straszyła mnie bez sensu.
Nie ukrywam, że do sięgnięcia po książkę i zdecydowanie się na lekturę, sprowokowała mnie sytuacja, którą widziałam w pensjonacie podczas wakacji. Sytuacji wymuszania na dzieciach jedzenia widziałam niestety, całe masy. Ale rekord pobiła jakaś babcia chłopca, która wpychając mu kolejne łyżki do ust , z zaciętymi ustami cedziła „Jedz, twojego tatusia nauczyłam jeść to i ciebie nauczę”.

To było tak straszne, że powiedziałam sobie „HALO! Chiara, nie chcesz tak się zachowywać? A ponieważ ze strony pediatrów, do których chodzisz nie masz praktycznie wsparcia w tej dziedzinie, potrzebujesz rady kogoś, kto naprawdę wie, o czym mówi.”

A Carlos Gonzalez wie, bo i on miał dzieci, które na jakimś etapie życia nie rzucały się na jedzenie jak sęp na padlinę. 

W swojej książce (to już kolejne jej wydanie ale mam wrażenie, że polskie pierwsze) doktor oczywiście traktuje problem dotykający dzieci zdrowych w sensie bez żadnych chorób obciążających itd. Nie lekceważy problemu i sam mówi, że dziecko, które chudnie, powinno znaleźć się u lekarza. Jednak skupia się głównie na problemach z niejedzeniem, które dotykają rodziców dzieci, które rozwijają się prawidłowo i są zdrowe a które po prostu mniej jedzą lub ich rodzicom wydaje się, że nie jedzą. Sama jestem tego przykładem. Moja Mama rwała włosy nade mną, ja nie chciałam za wiele jeść , a rosłam, zdrowa i zadowolona.

Co jeszcze? Ano, że pan Gonzalez jest wielkim zwolennikiem i propagatorem karmienia piersią, dlatego nie jestem pewna, czy odnaleźli by się w stu procentach w lekturze tejże zwolennicy mieszanek. 
Ja, jako,że też jestem wielką zwolenniczką i propagatorką karmienia piersią, zdecydowanie się w tym nurcie odnalazłam.

Doktor Gonzalez ma niesamowite poczucie humoru. Widać to w całej książce ale apogeum tegoż następuje w specjalnie popełnionym na końcu opowiadaniu-epilogu.  
Sam wytyka błędy lekarzom ale umie przyznać się do swoich i wspomina o zmianach w podejściu do diety dzieci. Jest zresztą interesujący rozdział poświęcony dietetycznym zaleceniom żywieniowym dzieci na przestrzeni ubiegłego wieku. 

Parę słów dla siebie znajdą tam też zwolennicy wegetarianizmu. 

Jeśli Twoje dziecko nie je a Ty czujesz, że zaczynasz nie ogarniać tematu i zaczynasz snuć teorie, że szpitale psychiatryczne z pewnością mają oddziały specjalnie dla matek dzieci nie jedzących – ta książka jest dla Ciebie.
Rzeczowe, konkretne rady doktora Gonzaleza, z których najważniejsza jest ta aby NIGDY nie zmuszać dziecka do jedzenia, pomogą Ci i uspokoją. Takie przynajmniej mam wrażenie bo tak stało się ze mną.

Bardzo polecam.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Pięć bajek”. Tomasz Ososiński.

Wydana w „Zeszyty poetyckie”. Gniezno (2011). Ebook.

 

Wisława Szymborska twierdziła w jednym ze swoich wierszy , że „Niektórzy lubią poezję”. 
Dlaczego ten cytat przyszedł mi teraz do głowy? Bo sama zdaję sobie sprawę, jak niewiele poezji czytam. Myślę, że niesłusznie. Obiecywałam sobie czytać jej więcej przy kilku okazjach i rozmyło się na postanawianiu.

Tak więc miłą niespodzianką okazał się email od Pana Tomasza Ososińskiego , który zaproponował mi lekturę swojej książki poetyckiej pod tytułem „Pięć bajek”. Ucieszyłam się, że autor sam wziął w tym przypadku sprawy w swoje ręce i postarał się zaproponować czytelnikowi swoją poezję gdyż inaczej, nie ukrywam, ominęłaby mnie wspaniała poetycko literacka przygoda i wiele doznań. 

„Pięć bajek” to zbiór krótkich…no właśnie, waham się jak je nazwać. Wierszy białą prozą? Prozy zwięzłej jak wiersze? Wierszy, które potrafią być jednozdaniowe? A mimo to być interesujące?

Nie lubię pisać swoich wrażeń wyniesionych z lektury poezji. Nie lubię bo mam wrażenie wielkiego osobistego obnażenia uczuć. Nie wiem dlaczego nie odczuwam tego tak podczas opisywania doznań po lekturze prozy ale tak właśnie jest. 
Zawsze odnoszę wrażenie, że poezja jest bardzo intymna, zarówno dla samego autora jak i czytelnika.

 Poezja Tomasza Ososińskiego przypomina mi malarstwo japońskie. Mam wrażenie, że poeta sam jest nim zafascynowany. Wiersze (jednak zdecyduję się na to określenie) są zwięzłe, nie ma w nich niepotrzebnych metafor czy wyśrubowanych ozdobników. Niby to proste a niezwykłe. Podziwiam sposób patrzenia Ososińskiego na świat, na otaczającą go rzeczywistość, na niby to oczywistości i zwykłości jak chociażby koncert, dzwony.

Jest w tym zbiorze kilka perełek, oczywiście, jak zwykle, to moje zupełnie osobiste i subiektywne odczucia. Mówię o wierszach „Fortepian” (pointa wiersza jest niezwykła i okraszona poczuciem humoru autora), „Miłośnicy opery” („Wiedzą z góry” , wspaniałe podsumowanie!), „Dzieci” (niezwykła interpretacja lęku, obaw, smutku? rodzica, że dziecko jednak kiedyś opuści gniazdo, stanie się na tyle samodzielne, że w jakiś sposób uwolni się), „Baśń”, „Indianin” (jednozdaniowy ale treściwy), „Wróżba” (zdanie, wróżba, która wypada z filiżanki). Poruszyły mnie one do głębi. Spowodowały wiele refleksji. Dużo myśli wyjęły z głowy, wiele pragnień i tęsknot wyjęły z głębi serca gdzie skrywały się myśląc, że nikt ich nie znajdzie………

Tytułowe „Pięć bajek” zebranych jest w osobnym rozdziale. Są niezwykłe. Do mnie przemawia ta o imieniu Ida. Wiem, wiem, że każdy z nas nosi w sercu swoją własną bajkę o jakimś imieniu. Nie musicie zaprzeczać. Tak jest.

Dziękuję Autorowi, że zdecydował się przysłać mi pdf swojego zbioru. Dzięki temu mam wrażenie, obcowałam z czymś niezwykłym. Dziękuję za poczucie zaufania, które mam wrażenie, takim gestem okazano mi. Oczywiście, że brzmieć to może naiwnie, wszak książka wydana została i można ją czytać. A mimo to, pozwólcie mi tak to czuć.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Bezcenny”. Zygmunt Miłoszewski.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B, Warszawa (2013). Ebook.

Kolejny raz Zygmunt Miłoszewski mnie zaskoczył. Zaskoczył w sposób pozytywny, od razu dodam. Po jego horrorze „Domofon” i dwóch klasycznych kryminałach z inspektorem Szackim Miłoszewski popełnia klasyczną sensację. I to jaką! Dobrą. Dokładnie taką, jaką się chce przeczytać w letni czas, kiedy nie ma się ochoty na zbytnie filozofowanie a na rozrywkę z wyższej półki. I taką właśnie rozrywkę otrzymałam. Szkoda tylko, że jest tam trochę za dużo jak na mój gust publicystyki ale do tego w ostatnich książkach autor nas przyzwyczaja (ja się jakoś przyzwyczaić nie chcę bo trochę mi to przeszkadza, zwłaszcza, że szczerze mówiąc, kompletnie nic nie wnosi to do samej akcji książki).

Ale wracając do tematu. Jak wspomniałam, tym razem Miłoszewski stworzył bardzo dobrą sensację. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, biegnie wartko, nie da się odczuć, że „przystajemy” chociaż na chwilę a wręcz przeciwnie, że bierzemy udział w wydarzeniach wraz z bohaterami powieści.

Akcja książki rozgrywa się w przeszłości i obecnie. Przeszłości jest niewiele i na samym początku książki, natomiast wpływa ona oczywiście na akcję książki dziejącą się współcześnie.

Mamy do czynienia z wielką historią i wielką Sztuką. Przez duże „S”. Mamy do czynienia z czwórką osób, niesamowicie ciekawie dobranym zespołem awanturników, mających za zadanie odzyskanie obrazu, który zaginął po IIWŚ i który to obraz nadając tytuł książce, jest właśnie bezcenny. 

W swojej książce autorowi udało się jak w smacznej potrawie , doprawić treść rozmaitymi przyprawami i tak oto mamy tu i intrygującą wartką akcję książki sensacyjnej dziejącej się nie tylko w Polsce ale i na różnych kontynentach, jak i coś z romansu . Przebija poczucie humoru autora i jego zamiłowanie do horroru, śmiałam się naprawdę głośno w „horrorowatych dialogach dwójki bohaterów w Chorwacji, ci, którzy czytali będą wiedzieć, co mam na myśli. 

Jak mówię, mnie osobiście męczyła publicystyka, w tej książce według mnie oczywiście (przypominam, że opinie zawarte na tym blogu są zawsze subiektywne) kompletnie niepotrzebne. 

Ciekawy pomysł na historię alternatywną. Muszę przyznać, że dał mi ten pomysł do myślenia.

Jak również intrygujący jest sam poruszony przez Miłoszewskiego temat. Zaginionych dzieł sztuki. Za ten temat brało się już kilku naszych autorów, poruszało je, jak chociażby Nienacki czy Chmielewska ale dopiero Miłoszewski według mnie ujął ten problem w tak szerokim spektrum i spowodował, że mocno zaczęłam nad tym tematem myśleć.

Marga powinna być przeszczęśliwa podczas lektury gdyż niechęć do naszego największego (podobno;) sojusznika aż z książki bucha:)

Ogólnie bardzo zadowolona jestem z samej sensacji i tematu poruszonego w niej (zaginionych po IIWŚ dzieł sztuki z polskich zbiorów). Publicystyka mnie znużyła i dlatego moja całościowa ocena tej książki to 5 / 6.

 

„Rzeźniczka z Małej Birmy”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2013) Ebook.

Przełożył Maciej Muszalski. 

Tytuł oryginalny Styckerskan fran Lilla Burma.

Kolejna książka Hakana Nessera, którą przeczytałam, kolejny kryminał być może powinnam napisać ale zawsze to podkreślam, że książki autorstwa jednego z moich ulubionych autorów szwedzkich są książkami psychologicznymi, obyczajowymi, w których wątek kryminalny co prawda jest ważny ale często zdaje się być niekoniecznie pierwszoplanowy. I tak, jak często pisałam, że autor tworzy postaci tragiczne, których nie sposób pomimo ich tragicznego życia polubić (przynajmniej ja miałam zawsze takie odczucia) tak w tej książce, ostatniej z cyklu o inspektorze Gunnarze Barberotti zdecydowanie to się zmienia. Poprzedniej książki z Barberottim w roli dochodzącego sprawiedliwości nie czytałam, z przyczyn osobistych, podobno była świetna. Trudno, ja ją zaczęłam i nie byłam w stanie czytać dalej, ci, którzy ją przeczytali, mogli się domyślić , dlaczego, zresztą, nieważne. Ważne, że ostatnia część opowieści okazała się bardzo dobra i wciągająca pomimo bardzo , bardzo trudnej tematyki, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach książki. Bo i jest rozbudowany wątek żałoby owdowiałego nagle, nienagle (nie popełniam spoileru, dowiadujemy się o tym fakcie na samym początku książki) Barbarottiego, któremu przyszło zmierzyć się samemu z rzeczywistością i opieką nad piątką dzieci. Jest też wątek przemocy rodzinnej. Jest też oczywiście wątek kryminalny a nawet dwa wątki.
Jest też wątek powrotu do przeszłości w kilku najrozmaitszych wymiarach różnych ludzi.

Zaczyna się w chwili, gdy Gunnar otrzymuje od swojego mającego niebawem odejść na emeryturę przełożonego , sprawę zaginięcia pewnego mężczyzny. Sprawę niewyjaśnioną, sprzed pięciu lat. Sprawa ta poniekąd może łączyć się z inną a mianowicie, mężczyzna, który zaginął lat temu pięć, przed śmiercią mieszkał z kobietą, która z kolei naście lat temu została skazana za zamordowanie i poćwiartowanie swego męża, stąd nadano jej mało subtelne przezwisko „Rzeźniczka z Małej Birmy”. Obie sprawy, jak już napisałam, zdają się mieć jakiś punkt styczny, oczywiście główną bohaterkę, która zamieszana jest w nie obie ale czy coś jeszcze?

Początkowo Gunnar myśli, że sprawę tę otrzymał tylko i wyłącznie jako „zapchajdziurę” dla owdowiałego człowieka, któremu świat runął z dnia na dzień i który nie jest w stanie chwilowo stanąć na nogi. Dopiero pod sam koniec śledztwa dowie się jak bardzo się mylił. Ale będzie to już po tym, jak sprawa go wciągnie, jak okaże się, że sam ciekawy jest co się stało, zarówno te naście lat temu jak i pięć lat temu. I kim tak naprawdę jest „Rzeźniczka z Małej Birmy”.

Ta część opowieści o Barberottim jest chyba najbardziej przejmująca z psychologicznego punktu widzenia. A może to ja ją tak odebrałam ze względu na bardzo prawdziwie opisany etap żałoby. Żałoby, którą trzeba przejść. Która jest w jakiś sposób psychologicznie potrzebna. 
Jest też przejmująca ze względu na główną bohaterkę, Ellen Bjarnebo, jej życie, jej losy i to, czego się o niej na samym końcu dowiadujemy.
Tragiczny jest więc przeżywający swój dramat inspektor, ale i tragiczna jest sama Ellen, która po morderstwie męża praktycznie utraciła możliwość spotykania własnego syna. 

Nie wiem, czy Szwecja ma tak wielki problem z przemocą wobec kobiet, bo zauważmy, że naprawdę ten temat wraca w kryminałach z tamtego kraju jak bumerang. Ale być może i niestety, to problem nie większy niż w Polsce chociażby. I dobrze, że autorzy kryminałów piszą o tym i napiętnują zjawisko.

Ciekawa to książka. Bo i kryminał i psychologiczna i obyczajowa. Wszystkiego po trochu i dobrze wyważona. Dużo opisu ludzkich zmagań z losem, z życiem, z dawaniem sobie bądź nie rady w ekstremalnych pod różnym kątem, sytuacji. 
Pokrzepiające stwierdzenie, że w takich chwilach najbardziej może pomóc drugiemu człowiekowi nikt inny jak właśnie drugi człowiek.
No i nareszcie Gunnar Barberotti chyba ostatecznie „dogaduje się” z Bogiem. To tez krzepi.

Ja z tej książki wyniosłam dla siebie coś co potraktuję jako radę w mojej własnej żałobie, ale pozwólcie, że nie będę się tym z Wami dzielić, pozostanie to moją prywatną sprawą. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

 

 

 

 

„Brzechwa nie dla dzieci”. Mariusz Urbanek.

Wydana w wydawnictwie Iskry. Warszawa (2013). Ebook.

„Brzechwa nie dla dzieci” to druga biografia autorstwa Mariusza Urbanka po jego biografii Władysława Broniewskiego, o której pisałam w tym wpisie. I po tej przeczytanej teraz stwierdzam jedno, autor staje się jednym z moich ulubionych autorów biografii. Dlaczego? Bo według mnie oczywiście, pisze w sposób wyważony. Nie epatuje tanią sensacją opisując życie osób znanych. Jednocześnie nie ukrywa tego czy innego faktu z życia osób, których życie i twórczość analizuje. Jednym słowem, nie tworzy paszkwilu ani też hagiografii. Traktuje postaci przez siebie opisywane w sposób obiektywny, nie daje nam odczuć własnych opinii na temat wydarzenia czy wyboru życiowego osoby, którą się zajmuje. Dla mnie to wielki plus. Chętnie poczytam jeszcze inne biografie autorstwa pana Urbanka. Czekam na więcej!

Na biografię Jana Brzechwy czekałam od kiedy usłyszałam w radiowej Jedynce podczas Targów Książki, że takowa się ukazała. Potem czekałam na wydanie ebook. Doczekałam się wraz ze świetną promocją na Publio. Cena była banalna. Jednak po lekturze mogę powiedzieć jedno, i większą cenę zapłaciłabym za tak ciekawą biografię.

Wiem wiem, możemy zarzucić autorowi, że bierze się za życie osób oryginalnych, niesztampowych, których życie praktycznie było gotowym materiałem na książkę czy scenariusz filmowy. Oczywiście, niemniej jednak trudno mu się dziwić. A ja mam okazję poznać autorów poetów , pisarzy od zupełnie innej bo również prywatnej strony. 

Przyznaję, że nie wiedziałam, że Jan Brzechwa posiadał wykształcenie prawnicze i zaczynał jako świetny prawnik zajmujący się i biorący udział w tworzeniu prawa autorskiego, prawa własności szeroko pojętego. Było więc kilku Brzechwów, poeta, prawnik, autor, mąż, ojciec, przyjaciel.

Do końca życia nosił w sobie niesprawiedliwie poczucie bycia gorszym jakoby dlatego, że znany był głównie ze swoich wierszy i opowiastek dla dzieci. Niesprawiedliwie dlatego, że faktycznie trzeba powiedzieć jedno, wiersze dla dzieci Brzechwy zachwycają do dnia dzisiejszego, nie zestarzały się ani trochę. A za jego czasów, o dziwo, były krytykowane! Ponoć dla dzieci miały być za trudne i za mało wychowawcze, niektóre wręcz gorszące. Ten ówczesny odbiór jego wierszy dla mnie stanowi interesujące studium ówczesnego wychowania dzieci, ogólnie podejścia do nich. A pomimo tego, że krytyka potrafiła mocno psioczyć na jego wiersze dla dzieci, pozostają one w moim mniemaniu świetne głównie dlatego, że pisane są na poważnie, bez traktowania odbiorców z góry czy moralizatorsko. Owszem, wiersze dla dzieci nie dość, że powstały późno, bo gdy Brzechwa zbliżał się do czterdziestki, i początkowo adresowane były praktycznie do dorosłych, ale przecież te późniejsze już były kierowane właśnie do dzieci.

Urbanek jak już mówię, obiektywnie i w wyważony sposób ujmuje w swojej biografii życie Jana Brzechwy. Opisuje i jego dzieciństwo na terenie Kresów Wschodnich,  czasy Pierwszej Wojny Światowej, potem studia i działalność jako zarówno prawnika zajmującego się prawem autorskim, jak również autora tekstów kabaretowych do świecących triumfy przedwojennych kabaretów. Opisuje trudny i porażki Brzechwy jako początkującego poety wciąż porównywanego do słynnego kuzyna, Bolesława Leśmiana. Opisuje też jego podboje miłosne, kilka małżeństw, w tym pierwsze, wz którego narodziła się córka, Krystyna Brzechwa. Jest też opis życia za niemieckiej okupacji i wielka, początkowo niespełniona do końca miłość Brzechwy, która to dosłownie zamąciła mu i oczy i rozum i pozwoliła niemal nie zauważyć okupacji. Opisuje też życie po wojnie, jego rozliczne funkcje, które zajmował w życiu powojennym literackim ogólnie to ujmę, i to, jaką postawę przyjął wtedy po IIWŚ właśnie. Ogólnie mówiąc, nie walczył z ustrojem, nie buntował się, zresztą, jak mówili wszyscy, nie był po prostu typem opozycjonisty. Popełnił rozmaite utwory pochwalające nowy ustrój i wychwalający ówczesnych dygnitarzy. Wszystko to jednak  jak pisałam, Urbankowi udaje się opisać w sposób wyważony bez chęci wywołania taniej sensacji czy nagonki na autora. Jest to dla mnie ogromnie wartościowa cecha, sama nie wiem, czy udałoby mi się zachować tak daleko idący obiektywizm. Tym wielki podziw dla autora biografii.

Oczywiście pod koniec książki zaszkliły się moje oczy (cóż, jestem wrażliwcem i to się raczej nie zmieni, już kilka razy o tym pisałam) gdy czytałam o końcówce życia Jana Brzechwy, który zdawał sobie sprawę z tego, że mimo, że udało się wywinąć śmierci , tym razem już czeka ona cierpliwie na progu jego domu, tym razem nie dając się zbyć. 
Szczególnie przejmujące są jego wiersze na niemal chwilę przed śmiercią, kiedy to zdawał sobie sprawę z tego, że powoli gaśnie.

Urbanek poświęcił też osobny rozdział opisaniu walki, jaka miała miejsce po kolejnej zmianie ustroju w Polsce, gdy nagle zaczęły się czystki i chęć pozbycia się z nazw ulic czy szkół autorów takich jak Broniewski czy Brzechwa właśnie. O dziwo, nie wiedziałam, że jedna z takich walk miała miejsce na warszawskim Ursynowie, gdzie jedna ze szkół podstawowych chciała mieć Jana Brzechwę za patrona, zresztą, wola dzieci, które tego patrona zaproponowały, wygrała, Brzechwa patronem szkoły został. Przy okazji Urbanek opisuje los swojego prześmiewczego felietonu, który po napisaniu…zaczął żyć własnym życiem i jakby wymknął się spod kontroli i którego życie (felietonu) trwa w internecie do dziś dnia na swój sposób. Przy okazji, po raz kolejny okazuje się, że czytanie ze zrozumieniem nie jest dane wszystkim, niestety…

Podobnie jak to miało miejsce w biografii Broniewskiego, na koniec mamy wywiad z córką autora. Córką, której relacje z ojcem poetą, były co najmniej skomplikowane. 

Podejrzewam, że nie każdemu taka biografia może się spodobać. Muszę powiedzieć, że ze zdumieniem zauważyłam dość niskie oceny na biblionetce. Cóż, zapewne to kwestia indywidualna. Dla mnie ta biografia napisana jest idealnie. Jak oczekiwałam, czyli podkreślam po raz kolejny, w sposób wyważony, obiektywny, spokojny, bez rzucania się jak sęp na padlinę na słabości Brzechwy jako człowieka (a któż z nas nie ma słabości?). 
Przy tym wszystkim cieszę się, że poznałam Jana Brzechwę od zupełnie innej strony. Bo do tej, tak,przyznaję się, znałam Go głównie (chociaż nie tylko bo w domu rodzinnym posiadałam też inne niż te dla dzieci, wiersze poety) jako autora wierszy dla dzieci.

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

 

Jack Reacher…

…istnieje. I mieszka na naszym osiedlu. Wczoraj go widzieliśmy. NIEWIARYGODNE, jak facet jest idealny gdyby ktoś chciał znaleźć odtwórcę roli Jacka Reachera. Zgadza się praktycznie wszystko, no dobra, nie wiemy czy miał Reacherowe blizny). Ale wzrost, ogólna sylwetka, twarz itd itd, no, Reacher we własnej osobie. Jako, że wczoraj właśnie na tymże spacerze pierwotnie spacerowałam jedynie ja zaopatrzona w mój czytnik (kocham go;) i skończyłam najnowszą książkę o Reacherze, jaką jest „Poszukiwany” (bardzo dobra, Jack po raz kolejny pomaga posprzątać świat) więc obraz głównego bohatera wyłaniający się zza rogu budynku był naprawdę niesamowity. Potem do mnie i Janeczka doszedł P. i też widział faceta, potwierdził, reżyser następnych ekranizacji powieści Lee Childa powinien udać się do Warszawy.

To już drugi raz, gdy udało mi się „spotkać” w rzeczywistości postać fikcyjną, literacką. Pierwszą był ojciec Borejko z Musierowskiego Jeżycjadowego cyklu, który z kolei przebywał z rodziną na wywczasach w austriackich Alpach. Nie miał czterech córek, a przynajmniej nie przy sobie. 

Czy Wam udało się kiedyś zobaczyć w rzeczywistości kogoś, kto do złudzenia wyglądał jak jakaś postać z czytanej przez Was kiedyś książki?

kontrast…

…pomiędzy dwoma filmami akcji, które obejrzeliśmy był duży. Ale to nawet ciekawe doświadczenie, że obejrzeliśmy je jeden po drugim, mogliśmy zobaczyć jak można coś skiepścić i jak można coś zrobić naprawdę dobrze.

Pierwszy film to „Jack Reacher. Jednym strzałem”, w reżyserii McQarrie, z Tomem Cruisem w roli głównej. Ustalmy jedno. Nawet filmowanie z odpowiedniej perspektywy aby Cruise wydawał się wyższy niż jest, nie spowoduje, że dla miłośników książek Lee Childa, stanie się on idealnym odtwórcą roli Jacka Reachera. Niestety, nie. Film bowiem powstał na podstawie książki Lee Childa, „Jednym strzałem”. Cóż. Nie napiszę, że według mnie to gniot bo na szczęście nie uważam go za gniota ale jak to mówi się kolokwialnie, „szału mnie ma”. I sam Cruise według mnie nie pasuje do roli i jego partnerka filmowa, prawniczka, którą grała Rosamund Pike, zawiodła. Nawiasem mówiąc, miałam wrażenie, że ta pani przez cały film miała jedną i tą samą minę. Gdybym miała się pokusić o ocenę to dałabym pewnie najwyżej 4 na 6 i to przez sympatię do książek Lee Childa.

Natomiast coś, co nam się bardzo, bardzo podobało, to „Skyfall” w reżyserii Sama Mendesa i z jak zwykle świetnie zagraną rolą Bonda przez Daniela Craiga. W ogóle to taki nietypowy Bond. Bond opisujący nasze słabości. Naszą ludzką niemoc. To, jak czasem jedni drugich oszukujemy aby nie sprawić im przykrości. O tym, jak najsilniejszych coś czasem pokonać i zmóc może. Tak naprawdę to każdy z bohaterów tej części opowieści o Bondzie z czymś walczy, z czymś się zmaga, odczuwa niedostatek czy słabość. Poza tym, jak zwykle, odpowiednia dawka sensacji w dobry sposób zagrana i przedstawiona, jak trzeba. To wszystko dało nam naprawdę masę atrakcji i powodowało, że film oglądało się świetnie i z odpowiednią dawką napięcia (pomimo, że oczywiście wiemy, że główny bohater, James Bond, wywinie się z każdej opresji).
Bardzo, bardzo dobry film i cieszę się, że wreszcie znalazł się na niego czas. Czekam na następną część przygód brytyjskiego agenta. I oczywiście, w tym przypadku moja prywatna ocena to 6 / 6 , jakżeby mogło być inaczej?

 

„Nie ma jednej Rosji.” Barbara Włodarczyk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2013). E-book.

 

Znacie cykl reportaży z Rosji pod tytułem „Szerokie tory”? Jeśli tak, to ta książka wysłanniczki Telewizji Polskiej w Rosji nie będzie dla Was całkiem „obca”.

Ja te reportaże w TVP oglądałam z wielkim, wielkim zainteresowaniem a więc mniej więcej wiedziałam, czego się mogę spodziewać po książce. Barbara Włodarczyk bowiem spisała swoje reportaże o największym na świecie państwie.
Co lubię w reportażach pani Włodarczyk a co siłą rzeczy spodobało mi się i w papierowej (ebookowej?:) ich wersji? To, że ich autorka odwiedza ludzi. Nazwanie ich „zwykłymi” ludźmi byłoby nadużyciem albowiem każdy z bohaterów reportażu jest na swój sposób niezwykły, oryginalny.
Włodarczyk spędza z wybranym na bohatera reportażu bohaterem cały dzień , opisując go. I w ten oto sposób poznajemy nie tylko życie danej osoby ale i właśnie po trochu, kraj, w którym ci bohaterowie żyją.

A lista osobowości, które dzięki tym spotkaniom poznajemy jest doprawdy długa i oryginalna. Każda postać na swój sposób stanowi zagadkę i jest interesująca. Na mnie zrobiło wrażenie kilka postaci, być może tych najmniej kontrowersyjnych, jako, że najbardziej zwykłych a nie miliarderów, którzy porzucili swoje dotychczasowe życie, czy ichniejszych bogaczy. Byli to Iskander, maszynista moskiewskiego metra, Jean, nie pochodzący z Rosji radny, i Galina, pracująca w Muzeum Katyńskim.  Wielkie wrażenie zrobiła na mnie opowieść o małym, bezdomnym Wasi.
Ale tak naprawdę to wszystkie reportaże w książce są interesujące. Część z nich znałam z telewizji, część nie.

Co jeszcze mi się podoba to to, że Barbara Włodarczyk nie „bawi się” w politykowanie. Opisuje postaci i ich życie a refleksje pozostawia czytelnikom. Nie wiem czy po lekturze tej książki jesteśmy w stanie stwierdzić, że w jakiś sposób poznaliśmy Rosję ale na pewno możemy stwierdzić, że przynajmniej o jakimś jej wycinku coś niecoś wiemy.

Moja ocena książki to 5 / 6.