…Dzień Matki taki „realny”. Bo taki przedziwny, to miałam w strasznym roku 2011, kiedy Pogrzeb Emilki odbywał się właśnie na dzień przed Dniem Matki (pamiętam, jak prosiłam naszą znajomą panią z zakładu aby przypadkiem na pewno nie wybrała tej daty bo już mi nieszczęść naprawdę nie brakowało) i rok temu, kiedy Emilka na cmentarzu a w ciąży już byłam i Janeczek też już był, z tym, że po drugiej stronie brzucha.
Wczoraj natomiast miałam już taki „prawdziwy” Dzień Matki. Dostałam konwalie, kartkę i nawet prezent na ten dzień, oczywiście tym razem pomagał przy organizacji Tata. Przed południem pojechaliśmy do Emilki. Skoro jest jak jest to chcę u Niej być tego dnia chociaż na chwilę.
Potem w ramach spaceru z Janeczkiem nabyliśmy ciasto dla Mam albowiem po południu Dziadkowie (no i nasze Mamy zarazem też;) zaproszeni byli do nas.
Mimo, że nie lubię takich jak ja to nazywam, „obligatoryjnych” świąt to jednak cieszyłam się z wczorajszego dnia, mimo, że jak napisała do mnie wczoraj jedna z osieroconych Mam, ten dzień mimo miłego wydźwięku zawsze będzie miał dla nas jednak takie drugie dno…akcent smutku i refleksji, że nie tak miało być, że to macierzyństwo jest inne.
Miłego, spokojnego tygodnia dla Was. Za chwilę ponownie długi weekend:)
