jak dobrze mieć sąsiada…

…na ogół na sąsiadów (no fakt, wyłącznie tych nad nami) narzekam to dziś dla odmiany o milszych aspektach sąsiedztwa.

Kiedy Janeczek się urodził to na jednym z pierwszych spacerów zagadnęła nas dziewczyna z dołu, mama dwójki, że może pożyczyć fotelik samochodowy itd. Fotelik oczywiście dawno mieliśmy, nie sposób przecież teraz wyjechać ze szpitala bez fotelika dla noworodka, ale miły gest. Potem jeszcze taki inny sąsiad, z innej części budynku ale znamy się jeszcze z etapu budowy tego domu, zagadnął jak Syn ma na imię, że ładne, że jego mama takie nosi itd.

Wczoraj zaś pani z góry, też takie fajne mieszka małżeństwo około pięćdziesięciolatków, kiedy ubieraliśmy Młodego do wyjścia na spacer, zagadnęła nas schodząc na kijki , że „jak się państwu udało, że macie takie ciche dziecko”. Podejrzewam, że musiała mieć jakiś kontrakt w Japonii gdzie nauczono ją grzeczności;) bo co jak co, ale szczególnie w początkach zamieszkania Groszka u nas, na pewno większość sąsiadów dowiedziała się, że etap mojej ciąży mam już za sobą. „Gdyby nie wózek, to byśmy nie wiedzieli, że macie państwo dziecko” ciągnęła dalej a potem chwilę pogadaliśmy, że to lepiej jak dziecko się słyszy;) i że jej syn wydawał jej się nadpobudliwy do tego stopnia, że wybyła z nim do lekarza, który się tylko z matki uśmiał, a syn teraz już dawno student, za granicą się uczy…

Niby nic, zwykłe sąsiedzkie wymiany pozdrowień czy krótka rozmowa a od razu jakoś się człowiekowi przyjemniej robi.