„Książka”. Mikołaj Łoziński.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2011).

Słusznie Mikołaj Łoziński otrzymał za tę książkę nagrodę Paszportu Polityki 2011. Ze wszech miar się to autorowi należało. 

Czas jakiś temu pytałam się Was o coś dobrego z polskiej literatury współczesnej i wtedy padła propozycja tej książki. Dziękuję bardzo tym, którzy tę właśnie książkę mi polecili, jako, że inaczej zapewne nie sięgnęłabym po nią a szkoda. Nie zapoznałabym się z czymś dobrym, co poruszyło mnie chyba bardziej niż się spodziewałam. Ta opowieść o Rodzinie bowiem powoduje bowiem napływ własnych rodzinnych wspomnień, przypomnienie historii znanych nam z życia naszego czy naszych przodków. Ta książka, u mnie przynajmniej, spowodowała parę razy wzruszenie wręcz do łez. Ale to dobre łzy. To te łzy oczyszczające, nieco katharsis chyba.

Mikołaj Łoziński posiłkując się zwykłymi przedmiotami, które stanowią tytuły poszczególnych rozdziałów, opowiedział nam ustami kilkorga członków tej Rodziny właśnie, historię jej dziejącą się na tle kilkudziesięciu lat. I tak oto okulary, telefon, szuflada, obrączka, maszynka do włosów, ekspres, zeszyt, klucze itd są tytułami kolejnych opowieści. Opowieści dziejących się w Polsce i Francji, także w Szwajcarii. W tle zaś historia. Ta większa i mniejsza.

Nie wiem, nie mam pojęcia, na ile Łoziński wiernie sportretował swoją Rodzinę. Nie wiem i chyba nie mam nawet zamiaru zastanawiać się, analizować, na ile pozwolił nam poznać prawdę a co stanowi literacką fikcję. Nie to jest istotą książki. Na szczęście.
Jak wspominałam powyżej, parę razy coś mocno ścisnęło mnie za gardło. Coś wycisnęło z oczu łzy. Ale autorowi udało się uniknąć, to wielka sprawa, taniego sentymentalizmu.

To na swój sposób, ja przynajmniej tak odebrałam „Książkę”, próba zmierzenia się, na swój sposób być może nawet rozliczenia? a może inaczej, raczej, „uporządkowania” tego, co znasz od urodzenia. Co słyszałeś. Co ci opowiedziano a czego kazano się domyślić. Co w końcu jest najprawdziwszą prawdą a co być może pod wpływem emocji czy dziecięcej fantazji, wymyśliłeś sobie. Autor nikogo nie mitologizuje ale też i nie odbrązawia na siłę, to stanowi mocną stronę książki i czyni te historie w podwójny sposób wiarygodniejsze. Dobrze jest bowiem wiedzieć, że nie my jedni popełniamy błędy, grzeszymy czy poszukujemy za wszelką cenę szczęścia. 

Nie cierpię takich książek. Nie cierpię takich dobrych książek, które powodują, że zamykając je (w moim przypadku docierając do końca ebooka) mam uczucie absolutnego niedosytu i chęć natychmiastowego rozpoczęcia lektury od nowa. Nie cierpię też tak dobrych książek z innego powodu. Po nich bowiem bardzo trudno jest mi znaleźć następną lekturę, która tak mnie porwie w swój niezwykły świat, która wzruszy i spowoduje galopadę myśli, wspomnień dotyczących mojej własnej rodziny.

Słusznie Mikołaj Łoziński wyszedł z założenia, że materiał na najlepszą książkę mamy zawsze pod ręką czyli w obrazie własnej rodziny. Obraz to najlepszy bo nie do podrobienia, niepowtarzalny, oryginalny i najbliższy nam przecież a więc najbardziej nam znany. „Chodzi” za mną prawdę mówiąc coś bardzo podobnego, taki projekt do zrealizowania na „kiedyś tam”. Niekoniecznie akurat do wydania drukiem, bardziej dla siebie samej, jako możliwość uporządkowania tych opowieści rodzinnych, które znam najlepiej. Bo dotyczących mnie, moich przodków a więc pośrednio i moich następców.

Genialna książka, za krótka, chcę więcej!

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

petycja w sprawie słoni

Informuję o akcji, która ma miejsce, czyli o podpisywaniu petycji, która zostanie wysłana do Pani Premier Tajlandii w celu zapobiegnięcia sprzedaży kości słoniowej na terytorium Tajlandii.
Dla mnie to ważne, bo Słonie to jedne z tych zwierząt, które na mnie robią największe wrażenie i które bardzo lubię. Ja już tę petycję podpisałam a Was proszę o podpis.

Więcej informacji o całej akcji znajdziecie pod adresem:

http://ocalslonie.wwf.pl

 

„Piękni dwudziestoletni”. Marek Hłasko.

Wydana przez Agora. Warszawa (2011). 

 

Wczoraj skończyłam nareszcie czytać „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski. Szło powoli, ale to mnie akurat nie dziwi przy coraz bardziej absorbującym Janeczku.

Jakaż ta książka, zbiór wspomnień z życia samego Marka Hłaski,  jest aktualna (z małymi wyjątkami)…Hłasko te opowieści zaczął przecież pisać dla paryskiej „Kultury” w połowie lat sześćdziesiątych a wiele aspektów poruszanych tam wciąż jest zaskakująco „świeżych”. Ot, chociażby ta wieczna jak widać kompletnie nieodwzajemniona miłość naszego narodu do Ameryki, która to miłość jak wspomniałam, nie spotyka się z żadnym konkretnym odzewem. Czy nastroje antysemickie, o których też pisze autor. Nie przypuszczałam, że książkę, którą zamierzałam czytać jako dziennik minionych lat i wspomnień samego Hłaski odczytam tak aktualnie!
Wspomnienia Hłaski dotyczą zarówno jego życia w Polsce jak i rozpoczętego dość szybko życia emigranckiego. „Awanturnik”, „wieczny tułacz”, takie określenia przychodziły mi wciąż na myśl podczas lektury. Osoba, która zdaje się, że całe życie usiłowała znaleźć swoje miejsce w życiu i której nie jestem pewna czy w stu procentach plan ten udało się zrealizować. 
Nie jestem też pewna czy odnalazł on swoje własne miejsce wśród współczesnych mu wówczas literatów. Jedno jest pewne, po latach jego zapiski brzmią naprawdę mocno współcześnie. Wygląda na to, że od ponad czterdziestu lat mamy te same grzechy i te same miłości…

Wciąż też trapiło mnie przekonanie, że Hłasko czuł się mocno niedoceniony. Z jednej strony jakby sam odmawiający sobie właściwego mu miejsca wśród literatów tamtych lat, z drugiej jednak jakby mający świadomość swojej wielkości i tego, jak wśród nich się wyróżnia. 

Wydaje się być osobą, którą targa wieczny niepokój, na co nie bez wpływu zapewne miał jego nałóg. I ten niepokój odczytuje się w jego zapiskach. Jak również w sposobie życia, wiecznej tułaczce, niemożności odnalezienia się wśród ludzi a równocześnie na byciu zaskakująco elastycznym w relacjach i w rozmaitych warunkach.

Na razie od Hłaski daję sobie spokój ale w kolejce czekają następne jego autorstwa książki więc pewnie coś niecoś jeszcze o nim kiedyś napiszę. W każdym razie pierwsze spotkanie z tym autorem wypadło w mojej ocenie nadzwyczaj korzystnie. Tym, którzy chcieliby poznać coś więcej na temat samego autora polecam przejrzenie jakiejkolwiek notki na jego temat, była to bowiem osoba bez wątpienia interesująca i niebanalna.

Moja ocena książki to 5 / 6.

może nie powinnam się dziwić…

…że na Kabatach przejście przez ulicę graniczy nieomal z wygraną szóstką (no dobra, piątką) w grze losowej na cztery litery, skoro mój Mąż po raz kolejny płaci frycowe za bycie uprzejmym na drodze. Po raz kolejny kiedy ustąpił pieszemu (tym razem mamie z wózkiem) znów ktoś wjechał w tył jego auta. Piszę po raz kolejny bo opisywałam podobną sytuację tutaj (przy okazji, haha znalazłam u siebie takiego byka babola, że aż zęby zgrzytają, w tym starym wpisie:).

I tym razem na szczęście, niegroźnie, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, jedynie zderzaki panowie a raczej ich samochody, mają do wymiany ale…Przy tej okazji przypomniała mi się dyskusja, kiedy na forum ursynowskim bodajże ludzie rozprawiali o ustępowaniu pieszym i o tym, że zaprzestają bo co z tego skoro oni ustępują, skoro nie raz i nie dwa, idioci obok mają to w odwłoku i mkną sobie beztrosko, cóż z tego, że stwarzają realne zagrożenie dla przechodzącego pieszego czy pieszych. W dodatku na Kabatach i przyległościach jest kilka naprawdę niefajnych przejść i niestety, doszło tu do kilku śmiertelnych wypadków (większość z udziałem dzieci:(). Czy naprawdę komuś śpieszy się AŻ tak bardzo, że nie może odczekać sekundy? Już o agresji kierowców na naszych ulicach nie wspominam, bo to niestety, spory procent;/

Po raz kolejny czyjeś doświadczenie przypomniało mi, że życząc zawsze z różnych okazji ludziom zdrowia , mam rację. Zdrowie naprawdę najważniejsze, to nie truizm…

Przed nami weekend. Życzę Wam więc dobrego, spokojnego weekendu!

to był mój rok!

Wyjątkowo z żalem pożegnałam Rok Smoka, który się zakończył…

Dziś bowiem wkroczyliśmy w Nowy Rok Chiński, Rok Wodnego Węża.

Rok Smoka, cóż mogę dodać…to był rok mój i Janeczka:) Oba Smoki zrealizowały w stu procentach plany i zamierzenia. Podobno, często tak czytałam, rok „własny” dla danego znaku właśnie często może nie być pomyślny. Dla mnie jest zawsze odwrotnie, lata Smoka, to „moje” lata, w których realizuję to, co nowe i przynoszące mi dobro. Tak było i tym razem więc nie dziwne, że pożegnałam go z żalem i sentymentem, ale za to z nadzieją wkraczam w Rok Wodnego Węża. Z nadzieją, bo jakby nie było, woda się tu ponownie pojawia (miniony Rok Smoka też był rokiem Wodnego Smoka) a to element zahaczający o mój Zachodni Znak Zodiaku, czyli Ryby, więc…

Mam nadzieję, że ten rok będzie dla nas co najmniej tak dobry jak miniony Rok Smoka a najlepiej aby był jeszcze lepszy!

Szczęścia dla Wszystkich życzę w tym Nowym Chińskim Roku Węża!:)

przegląd tygodnia…

…czynię:)
W temacie lektur, to skończyłam „Chmurdalię” Joanny Bator (już teraz piszę poprawie ten tytuł chociaż nie ukrywam, że „moja”  wersja „Chmulandia” podobała mi się bardziej. Tę książkę czytałam na raty. Natłok opowieści nieco mnie przygiął. W dodatku w połowie książki mniej więcej akurat klimatycznie zrobiło się na chwilę na tyle ciężko, że przerwałam na rzecz lektury „Mamy dookoła świata” Grzelińskiej. Po czym wróciłam z nowymi siłami i skończyłam. Bardzo mi się też podobała ta kontynuacja „Piaskowej Góry” aczkolwiek, nie wiem, może się czepiam, ale jak dla mnie trochę za dużo jak na tę jedną książkę tych wątków-opowieści było. Ja nawet rozumiem Autorkę, ja sama uwielbiam opowieści, sama je „kolekcjonuję” jak ja to nazywam na użytek prywatny ale tu trochę się poczułam przytłoczona. Za to cieszę się z zakończenia, uwaga lekki spoiler, cieszę się, że Jadzia wybrała się wreszcie do Grecji, co do której miało się przeczucia od „Piaskowej Góry”, że Dominika jednak tam trafi.

Teraz zabrałam się za Marka Hłasko i jego „Pięknych dwudziestoletnich” ale też wcale nie wiem czy ją skończę. Zobaczy się.

Z lektur dla Janeczka, to dotarły zamówienia zbiorowe, i tak co mnie cieszy, bardzo ładne wydanie „Wierszy i wierszyków dla najmłodszych” Juliana Tuwima. Karty książki są twarde, co mnie ucieszyło, bo trudniej taką książeczkę jest po prostu zniszczyć.

Na przyszłość, bo to jeszcze zupełnie nie na Jego wiek, dotarła wspaniale trafiona dla dzieci w wieku mniej więcej dwa, trzy lata, „Naciśnij mnie” Herve Tulleta. Oczywiście, że już ją „przeczytaliśmy” z P. Kto ma tę książeczkę dla własnego Dziecka, wie, o czym mówię. Zabawy moc i kto wie, kto tak naprawdę nad jej lekturą ma więcej przyjemności, dzieci czy też rodzice.

Dla mnie, dla inspiracji, „Zabawy z niemowlakiem czyli jak łatwo wspierać rozwój swojego dziecka”, Wendy S. Masii Roni Cohen Leiderman. Może moja wyobraźnia jest na tyle słaba, że muszę się wspierać, dla mnie tego typu książki są akurat i cieszę się, że są.

Z innej beczki, to dotarła też najnowsza Donna Leon i jej „Kwestia wiary”. Zobaczę, kiedy przeczytam ale mam chęć.

No a z filmów „Zakochani w Rzymie” Woddy’ego Allena. Pojęcia nie mam, kiedy obejrzymy, ale …przynajmniej na półce będzie jak się w kinie nie widziało a przyjemnie będzie na pewno tą drogą „wrócić” do Wiecznego Miasta.

W Tłusty Czwartek oczywiście nie oparłam się tradycji. Tak, jak mało co wierzę w zabobony i przesądy, tak jednak uważam, że pączka tego dnia zjeść MUSZĘ. Bo chcę mieć TŁUSTY (pod kątem dobra wszelakiego, niekoniecznie kilogramów:) następny rok. Tym razem zjadłam dwa.

Pozdrawiam Was znad drugiej płyty bardzo interesującego wydania czteropłytowego „The Best Classics…Ever!”. 

Miłego, spokojnego weekendu dla Was!

jak dobrze mieć sąsiada…

…na ogół na sąsiadów (no fakt, wyłącznie tych nad nami) narzekam to dziś dla odmiany o milszych aspektach sąsiedztwa.

Kiedy Janeczek się urodził to na jednym z pierwszych spacerów zagadnęła nas dziewczyna z dołu, mama dwójki, że może pożyczyć fotelik samochodowy itd. Fotelik oczywiście dawno mieliśmy, nie sposób przecież teraz wyjechać ze szpitala bez fotelika dla noworodka, ale miły gest. Potem jeszcze taki inny sąsiad, z innej części budynku ale znamy się jeszcze z etapu budowy tego domu, zagadnął jak Syn ma na imię, że ładne, że jego mama takie nosi itd.

Wczoraj zaś pani z góry, też takie fajne mieszka małżeństwo około pięćdziesięciolatków, kiedy ubieraliśmy Młodego do wyjścia na spacer, zagadnęła nas schodząc na kijki , że „jak się państwu udało, że macie takie ciche dziecko”. Podejrzewam, że musiała mieć jakiś kontrakt w Japonii gdzie nauczono ją grzeczności;) bo co jak co, ale szczególnie w początkach zamieszkania Groszka u nas, na pewno większość sąsiadów dowiedziała się, że etap mojej ciąży mam już za sobą. „Gdyby nie wózek, to byśmy nie wiedzieli, że macie państwo dziecko” ciągnęła dalej a potem chwilę pogadaliśmy, że to lepiej jak dziecko się słyszy;) i że jej syn wydawał jej się nadpobudliwy do tego stopnia, że wybyła z nim do lekarza, który się tylko z matki uśmiał, a syn teraz już dawno student, za granicą się uczy…

Niby nic, zwykłe sąsiedzkie wymiany pozdrowień czy krótka rozmowa a od razu jakoś się człowiekowi przyjemniej robi.