…nie lubię zimy?
Bo nie.
A rozwijając temat.
Bo nie cierpię budzić się w ciemnicy, która w dodatku bardzo niechętnie ustępuje jasności dnia (azaliż, jak zapewne Zauważyliście, „Na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok!”).
Bo mimo, że mieszkam dość wysoko kilkadziesiąt razy dziennie podskakuję z nerwów, kiedy ludziska (oczywiście, że jak wracam do domu to i ja też) otrzepują buty przed drzwiami wejściowymi co powoduje dudnienie na całą klatkę schodową.
Bo wszyscy dookoła chorują albo na grypę albo na jakieś inne swołocze i kichają, smarkają, siąkają ,kaszlą, roznoszą zarazki i ogólnie bryndza.
Bo wózek Janeczka na wiosnę chyba zawieziemy na myjnię ręczną, żeby go domyć.
Bo dookoła jest smutno, pomimo śniegu, którego w mieście nie lubię i który nie działa na mnie optymistycznie powodując tylko nastrój melancholii.
Bo marzną mi paluszki, że wspomogę się cytatem.
Bo słońca nie ma. I to już któraś zima, która jest pochmurna i smętna, jak za małe gacie wiszące na płocie.
Bo nie muszę.
ps. miłośnikom zimy serdeczne dziękuję za zajrzenie, ale jestem dziś dość rozjuszona i nie zamierzam zaprawdę dać się przekonać, jakaż to jest zaiste piękna pora roku. Bo nie jest.
