Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2009).
No, panie i panowie, rzuciło mnie. Bynajmniej o ścianę (na szczęście) ale prawie na kolana. Prawie, bo za stara jestem na spektakularne wygłupy ale mówiąc już całkiem serio…ogromnie się cieszę, że nabyłam sobie drogą kupna w ramach Świątecznego prezentu od Mamy tę książkę i jej kontynuację czyli „Chmurlandię”.
Opowieści, opowieści i opowieści. Historie nasze. Historie cudze. Takie, które opowiada się raz jeden w życiu z poczuciem wstydu czy zhańbienia. Lub takie, które opowiada się raz po raz w gronie znajomych czy rodziny, które nam wydają się być oryginalne a reszta towarzystwa zna już od lat na pamięć pointę. Opowieści grają w „Piaskowej Górze” główną rolę.
To historia pewnej rodziny, której losy poplątane są jak to zapewne niejednej rodziny, niezwykle. Poznajemy historię tej rodziny poprzez opowieści właśnie, które czyta się z wypiekami na twarzy bądź nie raz uśmiechając pod nosem.
Znów autorce udało się skonstruować postaci jak ja to nazywam, z krwi i kości a nie papierowe wydmuszki czy ideały nie mające się nigdy zdarzyć.
Jadwiga i jej córka Dominika. A wraz z nimi poczet dzielnych kobiet polskich w postaci obu babek. I nie tylko. Fakt, że mężczyźni w książce Bator są nie tyle zmarginalizowani co raczej zupełnie umniejszeni. Fakt, że ich rola polega głównie na byciu dzieciorobami, alkoholikami, żeby nie napisać dosadniej, pijakami i nie radzącymi sobie z niczym pantoflarzami. To mnie akurat mocno w tej książce uwierało, nie lubię takiego mocnego kontrastowania białe czarne. Życie aż tak nie wygląda, są odcienie szarości i nie tylko…Niemniej jednak tę jedyną rzecz, która mnie uwierała a może i irytowała po części, spokojnie wybaczyć mogę na rzecz całokształtu książki, która wciąga jak pierwsze pocałunki, których nigdy dość…
Rzecz dzieje się w Wałbrzychu, na osiedlu Piaskowa Góra ale i w Zalesiu, skąd pochodzi Jadwiga. Tak naprawdę rzecz dziać mogłaby się wszędzie. Wałbrzych jakiejś wielkiej roli nie spełnia, ot jest miejscem, w którym dzieje się akcja książki. A dzieje się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, kiedy to poznajemy młodziutką Jadzię, która przybywa z rodzinnej wioseczki do wielkiego miasta Wałbrzycha aby tam na samym początku wpaść w ręce miłości. Której owocem będzie Dominika. Jednak poznajemy też historie z IIWŚ w tle, więc tak naprawdę na kartach powieści oddany jest kawał czasu.
Lubię język literacki, którym posługuje się autorka. Jest on często metaforyczny jednak metafory te w sam raz trafione, nie przesadzone w żadną stronę, akurat takie jak trzeba. Lubię książki, w których każde zdanie jest ważne, coś znaczy, coś niesie ze sobą. Tu to otrzymałam i zadowolona z tego jestem przeogromnie.
Lubię książki, o których mogę powiedzieć, że w głowie zostaną i które polecać będę. Które na swój sposób intrygują a tak stało się właśnie z „Piaskową Górą”.
Oczywiście, jestem mocno spóźniona w tej lekturze, pewnie większość gości mojego blogu już dawno tę książkę ma za sobą. Ale tym, którzy jej nie znają, ogromnie ją polecam jako interesujące spojrzenie na nas, Polaków, na przestrzeni lat kilkudziesięciu. Z naszymi przywarami i zaletami (chociaż znów muszę przyznać, że raczej wady autorka podkreśla, tak przynajmniej ja to odbieram w jej książkach). Z wszystkimi tymi grzeszkami i grzechami, tymi, które wybaczyć można a nawet trzeba i tymi, których się nie da.
To obraz Polaka sirobiącego herbatę z nadszczerbionej szklanki i wpatrzonego w szklane pudło, w którym los szarpie biedactwiem „Niewolnicą Isaurą” ale również obraz osób, które ze schematów i ograniczającej ich szarości wyrwać się chciały i umiały, które umiały (znów są to tylko kobiety) podarować sobie możliwość przypięcia skrzydeł i wyrwania się z granic.
To w końcu portret dziwnych relacji matek i ich córek, które to relacje z rozmaitych przyczyn są niełatwe. A w relacjach tych mężczyzn nie ma. Czy to fizycznie czy raczej mentalnie.
Polecam bo warto według mnie.
Moja ocena to 6 / 6.
