„Czarne sekundy”. Karin Fossum.

Wydana w Wydawnictwie Papierowy Księżyc. Słupsk (2012).
Przełożył Marcin Kiszela.
Tytuł oryginału Svarte sekunder. 

Nareszcie doczekałam się kolejnej książki tej ciekawie piszącej kryminały z tłem psychologicznym norweskiej autorki. 

Z tego, co wiem, Fossum ma swoich wielbicieli w Polsce, ja do nich należę. Pasuje mi sposób, w którym ujmuje akcję swoich książek, w których zbrodnia zdaje się być jedynie pretekstem do opisu losu bohaterów, ich postaw.

„Czarne sekundy” zaczynają swoją akcję od spełniającego się koszmaru obaw każdego rodzica. Czyli zaginięcia dziecka. Mała Ida wybywa na swoim żółtym rowerku do miejscowości, pod którą mieszka aby nabyć jakieś dziecięce pismo plus słodkości. Wybywa i nigdy nie dociera do kiosku i miejscowości. Jej matka, wychowująca ją praktycznie całe życie w pojedynkę, odchodzi od zmysłów bo niemal od razu uruchamia się jej matczyna intuicja, która daje jej znać, że ta historia nie będzie miała pozytywnego zakończenia.

Poznajemy kilkoro innych bohaterów tej opowieści, z których co najmniej paru ma coś do ukrycia czy też zdaje się mieć coś na sumieniu. A co, to się okazuje oczywiście pod koniec książki.
Autorka nie epatuje okrucieństwem, nie wylewa na kartach hektolitrów krwi a mimo to udaje jej się oddać niepokojącą atmosferę narastającej grozy i zapętlana się kolejnych bohaterów w akcję książki.

Ciekawe kiedy doczekamy się kolejnej książki Karin Fossum na naszym rynku. Jako, że poprzednią czytałam trzy lata temu, a pisałam o niej we wpisie „Utracona” mam nadzieję, że następna jej książka ukaże się u nas jednak szybciej. 

Moja ocena to 5 / 6.

postanowienia Noworoczne…

…podobno ludzie dzielą się na tych, którzy je robią i na tych, którzy …migają się od tego.
No więc ja z tych, którzy nigdy ich nie robili. Być może na kogoś zmiana daty działa w jakiś motywujący sposób. Dla mnie, cóż, podjęcie decyzji na jakikolwiek temat nie musi się koniecznie wiązać z kolejną datą. Na swój sposób zresztą chyba zazdroszczę ludziom, którzy doskonale wiedzą, co zdarzy się w ich życiu w następnym roku na przykład. Ja nie wiem i nie planuję. Nie sięgam daleko. Nie planuję od maja 2011 roku, kiedy okazało się, że można sobie planować a los i tak wie lepiej. No więc ja przestałam. Planować. Zakładać. Nie wiem czy to dobre czy złe. Może żadne, może obojętne. Nie planuję, nie mam grafików. Mój grafik życia sięga obecnie najpóźniej tygodnia naprzód i tyle. Owszem, są w grafiku wydarzenia, które trzeba planować, o których się pamięta, te wędrują do kalendarza i czasem zaskakują kiedy patrząc na przyszły tydzień orientuję się, że „ojej, to już w tym tygodniu”. Ja, która zawsze pamiętałam o urodzinach, rocznicach znajomych, teraz …no cóż, jeśli wyślę kartkę na czas, jest to swoisty sukces.
Tegoroczną zmianę daty przespałam. I tak zakładałam tak zrobić ale jednak w niekoniecznie takich realiach i rzeczywistości. I faktycznie, spektakularna zmiana nie nastąpiła. Stał się Nowy Rok 2013 a co przyniesie? Pozostaje mieć nadzieję, że jednak więcej tego dobrego i tego zarówno sobie jak i Wam życzę.