refleksje znad przewijaka…

…zawsze mnie śmieszyło, jak słyszałam, jak ktoś mówi, że narodziny dziecka nic nie zmieniają. I chociaż wtedy najwyraźniej czułam to poniekąd na zapas, to potwierdzam, że mój ówczesny śmiech miał uzasadnienie. Zmienia się totalnie wszystko, w każdym wymiarze. Jak ktoś nie ma dziecka, niech sobie wyobrazi swoje życie przestawione o 180 stopni i pomnoży to razy milion;) Zmieniasz się przede wszystkim ty sam. Przestawiasz się w inne miejsce. Jeśli do tej pory najważniejszy byłeś dla siebie człowieku sam, to zapomnij, nie ma już tej opcji. I nie mam tu na myśli żadnej martyrologii matkopolkowej bynajmniej. Mówię o czymś zupełnie innym.

Kąpiel dalej nie okiełznana. Chociaż zmiana pieluchy i ciuchów zaczyna być przyjmowana ze spokojem, a przynajmniej protesty mają nieco spóźniony zapłon bo odbywają się pod koniec czynności.

I na koniec mały apel do mam z Warszawy (do tatów również chociaż powiedzmy sobie szczerze, wątpię, żeby takowi czytali mój blog). Czy któraś dobra dusza ma może namiar na fajnego pediatrę, który przyjeżdża do domu pacjenta? Mamy już zarejestrowanego Janeczka w dwóch przychodniach, NFZ i takiej z abonamentu pracowniczego ale szczerze, to marzy nam się ktoś jeszcze taki, kogo ja miałam w dzieciństwie a mianowicie pediatra, który do domu przyjeżdżał. Do dziś dnia jego rady się sprawdzają (wiem, bo już jedną Mama mi podpowiedziała i oto okazuje się, że to, co mówił facet trzydzieści ponad lat temu wciąż się sprawdza).
Jak na razie każde wyjście poza dom jest dla nas, jak mawia moja przyjaciółka, jak wyprawa po Złote Runo) a szczerze, to przydałby się jakiś lekarz sensowny na tak zwany wszelki wypadek.

Sami i tak będziemy szukać, ale jednak co z polecenia to z polecenia.

Książkowo nie czytam  obecnie prywatnie nic. Na czytniku e-booków wciąż pozostaje do skończenia „Droga 66” Doroty Warakomskiej.
Z cyklu „świeżo upieczonej matce wciśniesz wszystko”, dałam się trochę nabrać i próbowałam zmóc książkę Tracy Hogg, „Język niemowląt” (też na czytniku, na szczęście nie kosztowała wiele). Nie grało prawie od samego początku, a po dotarciu do momentu, w którym pani proponuje metody karmienia co trzy godziny, zrozumiałam ostatecznie, że pani nie śpiewa w moim chórze. Te metody (jak dla mnie okropne) propagowano za czasów, kiedy w pieluchy i te sprawy wdrażały się nasze matki i pewnie niejedna przypłaciła te restrykcyjne wytyczne niezłą deprechą patrząc na zapłakane i nieszczęśliwe dziecko i- dziękuję, postoję. 
Za to polecam książkę Pawła Zawitkowskiego „Mamo, Tato, co ty na to?”. Ją i film dołączony do niej poznawaliśmy już w pierwszej ciąży, z Emilką i teraz sobie przypominamy. Chociaż ja i tak narzekam, że świetnie, że pan pokazuje wszystko i wychodzi mu super, tylko jakoś zawsze pokazuje to, co robi na starszych dzieciach, ale i tak naprawdę dużo z tej książki skorzystaliśmy.

A za oknem słońce. Może dziś znowu uda się wyjść na fajny spacer z Janeczkiem.
I tym optymistycznym akcentem kończę i pozdrawiam życząc Wam dobrego, spokojnego tygodnia!