![]()
Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2012).
Z japońskiego przełożyła Renata Sowińska-Mitsui.
Tytuł oryginalny Tokio-jima.
To kolejna książka japońska, po którą sięgnęłam w niedawnym czasie. W dodatku czytałam wszystkie książki tej autorki, które ukazały się u nas i po zachwycie nad jej „Ostatecznym wyjściem” przyszedł zawód nad jej „Groteską” i dość obojętna ocena jej”Prawdziwego świata”, któremu (oczywiście, co zawsze podkreślam, według mnie) czegoś zabrakło. Tymczasem teraz wielki zachwyt nad przeczytaną właśnie „Wyspą Tokio”. I zadowolenie, że jednak się na nią skusiłam, pomimo, że przyznaję, po lekkim zawodzie poprzednimi wahałam się.
Na samym początku poznajemy realia, w których dzieje się akcja książki. Pięć lat temu do bezludnej wyspy dotarło małżeństwo w średnim wieku, dla którego miała odbyć się podróż życia na jachcie. Podróżą życia z pewnością można ją nazwać, na pewno jednak nie w kategoriach, o jakich wyruszając w tę podróż mieli na myśli obydwoje małżonkowie.
Wyspa okazała się wyspą bezludną. Do czasu. Bowiem szybko na niej pojawiły się jeszcze dwie zupełnie niezależne od siebie grupy. Z Japonii i z Chin. I tak oto na tej przedziwnej, odciętej od świata wyspie, o której przypomina sobie ktoś jednak raz na parę lat podrzucając na nią beczki oznakowane jako coś niebezpiecznego, znalazło się odciętych od świata 32 ludzi. 31 mężczyzn i jedna kobieta, Kiyoko.
Mąż Kiyoko dość szybko żegna się ze światem w dość zresztą podejrzanych okolicznościach. A ona sama wiąże się z nowym mężczyzną.
I od tej pory wszystko zaczyna toczyć się jakimś dziwnym nowym torem. Jakby stare reguły, obowiązujące na stałym lądzie nikogo z obecnych na wyspie nie obowiązywały. W sumie, można powiedzieć, zabieg nie jakiś odkrywczy, czyli umiejscowienie akcji książki w miejscu odciętym od świata (pomimo, że rozbitkowie oczekują wyratowania nikt nie spieszy im z pomocą) i ukazanie, jak w ekstremalnych warunkach ludzie zdają się umieć odnaleźć bądź nie, stwarzając zupełnie nowe reguły życia (a może gry?), układając nowy świat według nowych zupełnie nowych reguł.
W końcu pojawia się kwestia zasadnicza czyli to, w jaki sposób tworząc nowe reguły, ci ludzie tworzą nową cywilizację. Rządzącą się prawami obowiązującymi dość nagle i w nowych warunkach, w których się znaleźli. I co ciekawe, widać, że tak czy siak, spora część z nich owej na swój sposób pojętej cywilizacji właśnie potrzebuje. Z jej liderami, z jej miejscami kultu, z możliwością posłuchu. Czyli w nowej rzeczywistości najchętniej sięga się po stare jednak wzorce…
Autorka nie wprost ale jednak zdaje się stawiać pytania. Co tak naprawdę jest cywilizacją a co nią nie jest? W jaki sposób możemy sami ją kształtować. Kto narzuca nam pojęcie „cywilizacji”…czy ktoś narzuca czy możemy odczuwać ją w jakiś sposób wewnętrzny? Kiedy człowiek, który w poprzednim życiu był „cywilizowany” , ową cywilizowaną maskę gubi i zmienia się w bestię? I w końcu, jak łatwo udaje się nam jednak pogodzić ze zmianami i nawet przywyknąć do nowej rzeczywistości? Czy każdy to potrafi?
Autorka w swoich książkach nie jest delikatna. Nie owija nic w bawełnę. Dodatkowo, co akurat wcale nie zachwyca, ale stanowi jakby ciągłość, w jej książkach rola kobiet często sprowadza się do roli ofiar mężczyzn, do tych, których zadaniem jest spełniać ich zachcianki i życzenia.
Ogólnie książka, która na pewno dała mi do myślenia i zastanowienia się nad rozmaitymi aspektami życia współczesnego.
Moja ocena to 5.5 / 6.
