„Pan Nakano i kobiety”. Hiromi Kawakami.

Pan Nakano i kobiety

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012). 

Przełożyła Anna Zalewska. 
Tytuł oryginału Furudogu Nakano shoten.

To kolejna książka tej autorki, którą miałam okazję przeczytać i podobnie, jak miało to miejsce w przypadku „Nadepnęłam na węża”, o której pisałam w tym wpisie, lektura okazała się ogromnie udana.  

To kolejna, po „Muzeum Ciszy”, o której pisałam niedawno, książka, którą określam książką „spokojną, z kojącym, wolnym rytmem”, w której liczy się raczej nastrój, klimat, również uspokajający rytm a niekoniecznie wartka i zmieniająca się co chwilę akcja. I podobnie, jak „Muzeum Ciszy”, w jakiś sposób ukoiła mnie, spowodowała, że czytało mi się ją bardzo dobrze i ponownie po jej zakończeniu nastąpiło wielkie rozczarowanie, że niestety już się skończyła.

Tytułowy Pan Nakano jest właścicielem sklepu ze starociami. Nie antykami, właśnie nie. Jak sam podkreśla, nie dorabiając do sprzedawanych przez niego przedmiotów żadnej zbędnej teorii, sprzedaje starocie a nie antyki. Pan Nakano ma siostrę, artystkę, Masayo. I dwoje pracowników, narratorkę, którą jest Hitomi i Takeo, jej kolegę z pracy. Zarówno „ekipa” sklepu, jak i jego klienci stanowią ludzi raczej nieprzeciętnych i nietuzinkowych. Ponadto, wszyscy ci ludzie na swój sposób pragną miłości. Niekoniecznie pożądania, seksu a właśnie miłości, uczucia. Są to osoby dość zagubione, szczególnie młodsi bohaterowie, którymi są właśnie Hitomi i Takeo. Pomiędzy tymi dwoma nieśmiało rodzi się uczucie. Uczucie delikatne, można powiedzieć, niepewne, dopiero co pączkujące. Takie, które bardzo łatwo jest zniszczyć, zdeptać jak delikatną roślinę. Tych dwoje jest podobnie nieśmiałych i nieco zagubionych w życiu. I oboje bardzo się gubią w owym pączkującym uczuciu, jakiego wobec siebie doświadczają. 

Bardzo mi się ta książka podobała. Po pierwsze, nie był to żaden romans, a właśnie opowieść o tym jak w tym naszym nowoczesnym, zabieganym świecie tak naprawdę potrzebujemy uczuć. Ciepła, poczucia pewności, oparcia się na kimś. I miłości właśnie. Autorka umiała o tym opowiedzieć w taki właśnie delikatny, subtelny sposób, znów się powtórzę, bo o tym wspominam przy okazji „Muzeum Ciszy”, w jakiś taki nienachalny. 

Bohaterowie w pewien sposób kojarzyli mi się z bohaterami książek Johanny Nilsson. Ona również lubi ukazywać ludzi, którzy nie odnoszą spektakularnych sukcesów, którzy często w jakiś sposób są zagubieni, czasem zawiedli się na ludziach. 

Mam nadzieję, że zakończenie książki niesie jednak dla bohaterów tej książki możliwość pozytywnej przyszłości. Czego im obojgu bardzo życzę, bowiem zdążyłam ich polubić.

A na zakończenie dodam, że ogromnie podoba mi się okładka tej książki. 

Moja ocena to 6 / 6.