
Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).
Pozostając w klimatach „japońskich”, skusiłam się na książkę dotyczącą Japonii aczkolwiek opowiadaną z perspektywy Polki, autorki, zamieszkującej ten kraj wraz z mężem Japończykiem i dwoma kotami. Jak zauważyłam, większość Polaków tam mieszkających jest „zakocona” jak ja to nazywam, mój Przyjaciel swego czasu miał trzy koty. Domyślam się, że wynika to po części z tego, że warunki mieszkaniowe są po prostu wygodniejsze na trzymanie w mieszkaniach kotów aczkolwiek kto wie, czy tylko o to chodzi;)
Tak czy siak, dla mnie ta książka interesująca była właśnie ze względu na tytułową prowincję. Sporo czytałam czy wiem z opowieści znajomych o ich życiu w wielkim mieście a właśnie o realiach życia w małej miejscowości czy po prostu niekoniecznie metropolii jaką jest na przykład Tokio, wcale.
Można by było pokusić się zapewne o porównywanie tego typu książki do czytanej przeze mnie przecież tak niedawno innej książki jaką był „Japoński codziennik”, o którym pisałam tu i tu. Ale ja o takie porównywanie tych książek pokusić się nawet nie zamierzam? Dlaczego? A dlatego, że na pierwszy rzut oka widać, że jednak obie książki zupełnie się od siebie różnią. Książki Aleksandry Watanuki miały tą niezwykłość, świetny chwyt, który mnie ujął, a mianowicie to, że faktycznie były zapiskami z blogu i to wraz z dodatkami czyli naszymi, czytelników komentarzami. Jak pisałam, początkowo nie wiedziałam, jak to wyjdzie, po lekturze wiem jedno, był to świetny pomysł i dodało to książce bardzo dużo. Przynajmniej, oczywiście, w moim osobistym odczuciu.
Druga sprawa, trudno porównywać dwa spojrzenia na ten sam kraj dwóch zupełnie innych osób i ja właśnie nawet potrzeby takich porównań nie mam. Przyjmuję, że Japonia jest na tyle otwarta, że jest w niej miejsce na odbieranie jej oczami Oli jak i Anny Ikedy.
Autorka opisała swoje życie na japońskiej prowincji z dużym poczuciem humoru. Widzi wady kraju, w którym mieszka ale nie odbieram pisania o nich jako marudzenia. Ot, zauważa realia. Ta postawa jest mi chyba bliższa, bowiem mam podobnie, to znaczy nawet coś kochając widzę , że ma to coś zarówno zalety jak i wady i przyjmuję to do własnej świadomości.
Autorka opisuje zarówno swoje własne doświadczenia przy zdobywaniu pracy jako nauczycielka języka angielskiego , jak również codzienność życia w małej miejscowości gdzie dominuje raczej uprawa roli i rolnictwo w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale opisuje też miejscowe święta, miejsca kultu, wyprawy do miejsc otoczonych kultem czy też swoje relacje z miejscowymi. Podkreśla chociażby fakt, że dwie najbliższe jej przyjaciółki są właśnie Japonkami.
Dla mnie dodatkowymi ciekawostkami były te właśnie „prowincjonalne smaczki” jak chociażby wzmianka o automacie do czyszczenia ryżu.
Są oczywiście ilustracje, które ja jednak znam w postaci czarno białej jako, że to kolejna książka, którą z ochotą przeczytałam w formie ebooka.
Myślę, że po te książkę sięgną osoby, które interesują się Japonią i które chcą zobaczyć kolejne ujęcie życia tamże w oczach Polaka. Oczywiście, nie każdemu musi się ona spodobać, ale to jak ze wszystkim, kwestia gustu.
Moja ocena to 4.5 / 6.
ps. i cały czas zastanawiam się czy autorka to nie pewna osoba, którą kiedyś, daaawno temu, spotykałam na blogach…ale śledztwa oczywiście robić nie zamierzam;)
