„Głos”. Arnaldur Indridason.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożył Jacek Godek. Tytuł oryginału Roddin.
Kolejna po dwóch wydanych książkach tego autora na naszym rynku, o których pisałam, czyli „W bagnie” i „Grobowa cisza” to „Głos”. Straciłam już nadzieję sięgając po książki tego autora, że będzie w nich jakikolwiek optymizm, ale nic na to nie poradzę, że podobają mi się te kryminały. Odnoszę wrażenie, że sam autor jest trochę „niszowy”? Nie odbieram go jako zbyt popularnego. Nie szkodzi, mnie pasuje. Mimo, że w swoich książkach też nie stwarza łatwego świata. Ale czy właściwie gdziekolwiek jest ten „łatwy” świat? Tu również poznajemy nie tylko samą intrygę kryminalną, ale głównego bohatera, prowadzącego wszystkie śledztwa komisarza Erlendura, jego przeszłość, która mu ogromnie ciąży, jego teraźniejszość, która również uwiera w postaci dzieci, które borykają się z własnymi wielkimi problemami. Nie wiemy nic, co przyniesie przyszłość Erlendura, podobnie jak on sam właściwie. W tej książce spotkamy trzech chłopców, których dzieciństwo zostało nagle przerwane i którym przeszłość ogromnie ciąży. I chociaż nie są równolatkami, wiemy jedno, dziecko jest niezywkle ufne, dorosły może łatwo to wykorzystać i stworzyć mu piekło na ziemi lub skrzywdzić w inny sposób, nie wyjaśniając pewnych spraw. Akcja książki rozgrywa się parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Kiedy to turyści odwiedzający spory hotel w Reykjaviku, wdziewają na siebie zakupione swetry z wełny islandzkich owiec i rozkoszują się w hotelowym barze rozgrzewającymi trunkami, w małym, nędznym pokoiku w podziemiu, zostaje znaleziony pracownik hotelu. Odwiecznie zdający się tam pełnić rolę portiera, ale również miejscowa „złota rączka” od wszystkiego. Zostaje znaleziony zamordowany. Przybyła na miejsce policja musi znaleźć sprawcę a przy tym dobrze było by widziane, gdyby hotelowi goście nie dowiedzieli się o sprawie, gdyż jak można się domyślić, taka antyreklama na pewno odstraszy potencjalnych gości hotelu. Ale nie jest łatwo znaleźć mordercę samotnego pracownika hotelu, który zdaje się być bardzo samotnym mężczyzną, jakby bez przeszłości, które całe swoje życie spędził właśnie w tym miejscu. Komisarz Erlendur, dość szybko dowiaduje się jednak, że w przeszłości zamordowanego portiera był jakiś jaśniejszy promyk, oto bowiem w dzieciństwie był on niezwykłego talentu gwiazdą i solistą śpiewakiem, który miał szansę się wybić. Do czasu, oczywiście. 
„Głos” to taki wielogłos, który opowiada o różnych aspektach życia. O rodzicach, którzy potrafią narzucić własnemu dziecku jakieś swoje niezrealizowane marzenia, o rodzicach, którzy w obliczu tragedii, która dotyka rodzinę, nie potrafią stać się wsparciem dla własnych dzieci, o dzieciach, które nie potrafią mówić o własnym poniżeniu, słabościach, o złu, które je dotyka. O tym, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa właśnie dzieciństwo i jak zapewnia nam ono kondycję na bycie dorosłym…Wnioski, do których prowadzą te głosy nie są zbyt optymistyczne, niestety. 
Mimo to będę czekać na ciąg dalszy opowieści o komisarzu Erlendurze.
Moja ocena to 5 / 6.

Frankenstein, Krzywa Wieża i nie tylko…

Ząbkowice Śląskie, które odwiedziliśmy za sprawą chęci zobaczenia najprawdziwszej Krzywej Wieży swego czasu nosiły nazwę Frankenstein. Po nazwie pozostał cykl imprez „Weekend z Frankensteinem”. Samo miasto jest bardzo ładne. Ogromnie mi się podobało. Sporo wyremontowanych kamienic, bardzo elegancki rynek z kawiarnianymi ogródkami, sporo fajnych sklepików i jacyś tacy uśmiechnięci i zadowoleni ludzie. Przynajmniej takie odnieśliśmy po wizycie w Ząbkowicach Śląskich wrażenie. 
Najpierw na chwilę poszliśmy zobaczyć ruiny zamku, które niestety, nie są do zwiedzenia a i ta część najmniej atrakcyjna się wydaje, jest bowiem nieco zaniedbana a otoczenie dość zaśmiecone wręcz. Następnie poszliśmy zobaczyć Krzywą Wieżę a wcześniej podziwialiśmy średniowieczny Kościół Świętej Anny. Krzywa Wieża jest super i naprawdę jest krzywa,a jej nieprawidłowość właściwie jak dotąd chyba w stu procentach nie została wyjaśniona tak do końca. Tak przynajmniej gdzieś tam wyczytałam. W każdym razie wieża, chociaż krzywa, ma się bardzo dobrze i stanowi niewątpliwą atrakcję miasta. A poczytać o niej można tu.

Następne podjechaliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego (co oni z tymi odniesieniami do zębów w tych nazwach, hmmm…), gdzie podziwialiśmy, niestety, wciąż z zewnątrz, (piszę „wciąż” bo jak tam byłam ostatnio 13 lat temu to też nie było możliwe wejście do środka) neogotyckie założenie pałacowe projektu nie kogo innego a samego Karla Friedricha Schinkel’a. Owo założenie w tym roku podobało mi się o wiele bardziej, niż kiedy widziałam je te naście właśnie lat temu. Nie bez znaczenia jest fakt, że teraz mogłam podziwiać go dla własnej przyjemności i w miłym towarzystwie;) Tak czy inaczej naprawdę jest to ciekawe i interesuje mnie, jak w końcu potoczą się losy tego miejsca, bowiem z tego, co się orientuję w grę wchodzą jakieś sprawy czy to spadkowe czy ogólnie rzecz biorąc nowego właściciela, w każdym razie coś tam jest mocno zagmatwane a szkoda, że w wyniku tego nie można po prostu zwiedzić interesującego miejsca (i mówię to ja, która nie przepada za neogotykiem). Niestety, wciąż jedyną formą zobaczenia wnętrze pozostaje internet, jak chociażby wikipedia.

W Kamieńcu jest również zespół pocysterski, ale nie planowaliśmy nawet go zwiedzać.

Wspomniałam nazwisko architekta Schinkel’a i dobrze, że padło ono w tym momencie, bowiem to jego autorstwa jest również kolejna rzecz, o której będę pisać, a mianowicie odnowiony obecnie Stary Wapiennik w Starej Morawie, gdzie już wracamy w okolice samego Stronia Śląskiego.
To arcyinteresujące dla mnie miejsce, a więc chcę chwilę mu tu poświęcić. Po pierwsze, Stary Wapiennik jako przecież miejsce kiedyś z założenia użytkowe, pokazało jak kiedyś nawet przedmioty, miejsca użytkowe, potrafiono zdobić czy stworzyć z nich wręcz dzieła sztuki. Pochylmy nad tym głowy. Po drugie, miejsce to teraz jest ciekawe, gdyż jest w rękach prywatnych.
W latach siedemdziesiątych zainteresowała się Wapiennikiem małżeństwo poznańskich artystów, Państwa Rybczyńskich. Początkowo chcieli go tylko odnowić, z czasem wapiennik nimi „zawładnął” , że się tak wyrażę. Obecnie jest to ich mieszkanie, siedziba, a również prowadzona przez Państwa Rybczyńskich Galeria Sztuki, Wapiennik Łaskawy Kamień, w której to mają miejsce rozmaite przedsięwzięcia artystyczne. 

Wapiennik można zwiedzać, podobno najlepiej umówić się telefonicznie, my podjechaliśmy chcąc zrobić jedynie zdjęcia a okazało się, że pani Erna jest akurat „wolna”, więc zaczęła nas oprowadzać, potem doszli jeszcze inni państwo i przejął naszą grupę syn państwa Rybczyńskich. Jest to muzeum, więc uprzedzam zainteresowanych, że zwiedzanie oczywiście jest za opłatą, ale według mnie warto. Ja samego wnętrza nie widziałam, P. wszedł na górę wraz z grupą, ja zaś podziwiałam przepiękny Ogród Japoński, który stworzyli nieopodal właściciele. I który ma widok na Fuji. A tak, właśnie;) szczegóły dla tych, którzy to miejsce odwiedzą, dowiecie się wszystkiego… Jest po prostu bajeczny. Synowa właścicieli zajmuje się sztuką wschodu, tworzy rozmaitości z papieru czerpanego. Ja nabyłam dla siebie ciekawy lampion z tegoż papieru właśnie, który teraz tworzy przemiłą atmosferę i przypomina mi o tym ciekawym miejscu jak również gdzieś tam myślami przenosi do Kraju Kwitnącej Wiśni. 
W Wapienniku można też nocować, szczegóły oczywiście na stronie miejsca. 
Dla mnie z racji zainteresowań ciekawe było też pokazanie wnętrza pracowni graficznej państwa Rybczyńskich, stare maszyny graficzne i to, co można z ich pomocą wyczarować, budziło wyobraźnię. Może to nie do końca znane miejsce na trasie zwiedzania tej części Polski, ja bardzo polecam. 

O Wapienniku można jeszcze poczytać i tu.

 

Krzywa Wieża w Ząbkowicach Śląskich

Javornik.

Mówiłam, że chciałam do Czech? No, chciałam. No i byłam;) 

Po tym jakże lakonicznym wstępie coś więcej. Pierwotnie w planach był Broumov. Bo Broumov naprawdę jest wart odwiedzenia, polecam osobom, które będąc w okolicach zastanawiać się będą nad jego odwiedzeniem. Jednak pod koniec pobytu pogoda zrobiła się bardzo już letnia i zwyczajnie nie chciało mi się jechać (mimo klimy w aucie) godzinę z kawałkiem w jedną stronę. Miałam ochotę spędzić ten „czeski” czas na jakimś bardziej lenistwie, niż ganianiu po niewątpliwie ciekawych zabytkach. 

No i udało się tak spędzić. Shalu podsunęła nam pomysł pojechania do Javornika. Dojeżdża się od strony Lądka Zdroju przez przejście graniczne w Lutyni i zaraz po przekroczeniu granicy polskiej wjeżdżamy na dobrą nawierzchniowo drogę, która najpierw wiedzie nas na Travną a potem do Javornika właśnie. Bezsprzecznie największym zabytkiem Javornika jest zamek-Janski Vrch, który to pełnił rolę letniej siedziby biskupów wrocławskich. Są w nim oczywiście oprócz ciekawych mebli, ceramiki, przedmiotów artystycznych, ciekawa kolekcja, a mianowicie jedna z największych (o ile nie największa, jeśli dobrze pamiętam) kolekcji fajek. Naprawdę niektóre z nich to istne cacka. 

Są dwie trasy zwiedzania, my trochę przypadkiem wybraliśmy tę krótszą, ale nie szkodzi, był czas na dobry obiad z piwkiem (od razu uprzedzam, tak,tylko ja piłam, bo P. kierowca a i nie jest wielbicielem piwa). Za wejście na Zamek można płacić w złotówkach, suwenirki czy pocztówki już trzeba opłacać w koronach, trochę szkoda, bo nie mieliśmy. 
O zamku można poczytać tu. 

Wspomniałam już o dobrym jedzeniu, które to zadowoliło moje podniebienie w restauracji Taverna, która jest nieopodal rynku (zresztą całe miasteczko naprawdę jest niewielkie).  Zrobiłam tam sobie prawdziwą ucztę dla podniebienia z obowiązkowym oczywiście smażonym serem. Pycha;)
A w ogóle, to okazało się, że znam zaskakująco sporo piosenek czeskich (hm, niektóre jeszcze z czasów Czechosłowacji:). Pamiętacie Holki z naszej szkolki?:) 


Szczeliniec Wielki…

…jak już wspomniałam, Szczeliniec to było miejsce, które bardzo chciałam odwiedzić już dawno temu. I cieszę się, że udało nam się zrealizować ten plan. Dojechaliśmy chyba tradycyjnie bo od strony Karłowa.
Niestety, akurat trwa remont, więc na Szczeliniec nie podchodzi się tymi tradycyjnymi schodami a obejściem, nie wszystkie więc jego atrakcje udało nam się zobaczyć, (na przykład Głowę Księżniczki Emilii), ale większość form skalnych mogliśmy podziwiać. Kto był na Szczelińcu i wędrował między skałami wie jedno. Dobrze jest być giętkim i raczej smukłym. Są bowiem przejścia wąskie, wąziutkie, a bywało, że jedyny sposób przejścia to jak się śmiałam „na taniec ludowy, góralski” czyli w kucki i dalej (albo dla mniej wygminastykowanych, na kolanach;). Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Chyba przejście Diabelską Kuchnią i Piekiełkiem…zimno i dość strasznie i dobrze, że są łańcuchy, bo bez nich na pewno bym nie zeszła w dół. Uprzedzam też, że warto naprawdę wziąć porządne buty, takie, które nie będą się ślizgać po podłożu. My wzięliśmy górskie ale widziałam tam osoby w według mnie, niezbyt dobrze dobranym na taką wyprawę obuwiu.
Kołyski Księżniczki Emilki jako jednej z dwóch słynnych chybotek nie odważyliśmy się ruszać…kto wie, jakie byłyby tego konsekwencje…
Dookoła mnóstwo niezwykle ciekawych form skalnych. Niektóre z nich są oznaczone na szlaku, takie, jak kwoka, małpolud, wielbłąd itd, niektóre to już pole do twojej własnej wędrowcze wyobraźni. A można zobaczyć naprawdę wiele, wystarczy tylko czasem przechylić głowę, czasem spojrzeć pod innym nieco kątem, czasem zmrużyć oczy.  
Szczeliniec reklamuje się między innymi faktem odwiedzenia go swego czasu przez samego Goethe’go. Czyli nawet tam jakiś ślad literatury…Oczywiście dla mnie Szczeliniec  i tak najbardziej kojarzyć się będzie, o czym wspominałam już, z „Bocznymi Drogami” Joanny Chmielewskiej.
Jedną z najciekawszych jednak form reklamy miejsca jest Legenda o Księżniczce Emilii i czarnoksiężniku, który zraniony po tym, jak zakochała się ona w innym,  zamienił zamek dziewczyny wraz z nią i jej otoczeniem w kamienne bryły właśnie, które to podziwiać możemy podczas wędrówki. 

Cieszę się, że udało nam się pojechać i zobaczyć na własne oczy to, co dotąd było jedynie w wyobraźni i po oglądaniu w pismach dotyczących podróży…Szczeliniec jest fajny;)

 

Wielbłąd w Szczelińcu

dobry przewodnik…

…zarówno człowiek-przewodnik (chociaż mimo wszystko lubię zwiedzać sama, nawet jak coś tam mi umknie podczas oglądania zabytków czy miejsc) jak i książkowy to podstawa. Jadąc w Ziemię Kłodzką udało nam się oprócz paru innych jak przewodnika z cyklu „Polska Niezwykła” czy kiedyś otrzymają Polskę z Plusem Pascala przewodnik, jak sami wydawcy piszą, „przewodnik dla prawdziwego tyrysty”. Nie narzekam na tamte, ale ten okazał się być wyjątkowo dobry i ogromnie się cieszę, że go jednak mimo nie niskiej niestety ceny, kupiliśmy. 

Jest to przewodnik „Ziemia Kłodzka. Przewodnik dla prawdziwego turysty”. Autorami są Waldemar Brygier i Tomasz Dudziak, a wydany został w Oficynie Wydawniczej Rewasz, Pruszków (2010). Trzeba dodać, że są również współautorzy poszczególnych części tego przewodnika, bowiem jest to wręcz pasjonująca lektura, można dowiedzieć się nie tylko o urodzie tego regionu lecz o jego historii, przyrodzie, geologii, nietoperzach zamieszkujących wiele miejsc tamże i wielu innych ciekawych rzeczy. Podczas wyjazdu muszę powiedzieć, że nie przeczytałam żadnej z książek, które ze sobą wzięłam, natomiast właśnie czytałam przewodnik. Muszę powiedzieć, że naprawdę jest solidnie napisany, aczkolwiek nieco dysonansu wprowadza to, że o jednym miejscu często szukać trzeba informacji w na kilku różnych stronach (z racji tego, że omówione są solidnie trasy wypraw i wtedy podane są też informacje dotyczące danych miejsc a jest również alfabetyczny skorowidz nazw, gdzie również są różne dane). Ale to tu wyczytałam, że owce, które tak polubiłam przywożone są aż spod samiuśkich Tater, czyli z Podhala i wiele innych ciekawostek, których nigdzie indziej nie znalazłam. 

Wydawnictwo jak widzę na okładce specjalizuje się w przewodnikach dotyczących naszych gór ale nie tylko, bo również widzę, że Ukrainy dotyczące również są u nich wydawane, jak również Słowacji. 
Ja mogę szczerze polecić, bo naprawdę bardzo się nam przydał ten przewodnik. 

Polecam stronę wydawnictwa:

http://www.rewasz.pl/

 


 

„Całkiem inna historia”. Hakan Nesser.

 

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2011). 
Przełożyła Emilia Fabisiak.
Tytuł oryginalny En helt annan historia.

Nie jest to najlepsza książka Hakana Nessera, jaką czytałam, ale też nie najgorsza. Ale to ona właśnie spowodowała moje refleksje nad jego kryminałami, chociaż tu nieco przewrotnie pod sam koniec autor obalił nieco moją zbudowaną podczas czytania książki tezę.
A mianowicie, Hakan Nesser jak nikt wrzuca swoich bohaterów do worka najgorszego, które to naiwnie zawsze myślimy, że nie przydarzy się nam, i nie daje im szans na wyjście z sytuacji z twarzą. Bohaterowie jego prozy zdają się być marionetkami, którymi porusza jakaś niewidoczna odgórna siła, jakiś ktoś, kto być może się nimi bawi. Często zachowują się oni jak osoby, którym skrajna sytuacja, wobec której stanęli, najczęściej w konsekwencji wcześniejszych własnych wyborów, zamąciła w głowie do tego stopnia, że jedyne, co mogą zrobić, to uciekać w panice. Zacierać ślady i zmylać tropy. Nie ma szans pokazania, że ktoś, kto popełnił zło jest w stanie stanąć z tym faktem twarzą w twarz i ponieść tego zła konsekwencje. Czy to celowy zabieg? Czy Nesser jest aż takim pesymistą, który śledząc doniesienia kronik kryminalnych własnego kraju czy świata odnosi na temat człowieka takie właśnie wrażenie? Być może.
„Całkiem inna historia” opowiada o tym, jak często naszym życiem rządzi przypadek. O tym, jak spotkani na wakacjach w innym kraju rodacy mogą zostać powiązani raz na zawsze ze sobą sekretem. Tajemnicą, która niesie za sobą konsekwencje nie do odwrócenia.

Ponownie spotykamy poznanego w „Człowieku bez psa” komisarza Barbarottiego, który w tej części zaczyna otrzymywać dziwne anonimy, listy, które zapowiadają czyjąś śmierć. Czy jest to ktoś, kto osobiście zna komisarza czy jakiś wariat czy też spełniający swe groźby seryjny morderca? 

Niestety, trochę niedociągnięć w samej intrydze znalazłam, nie do końca mnie ona przekonała i również taki a nie inny wybór adresata owych listów mnie zdziwił, bo jakoś nie znalazłam sensownego uzasadnienia tegoż, ale i tak czytało się dobrze, bardziej ze względu na obserwację kondycji współczesnego człowieka niż samą warstwę kryminalną. Dużym plusem jest dobre tłumaczenie książki.

Moja ocena tej książki to 4.5 na 6. 

 

złoto…

…zawsze fascynowało i sprawiało, że powstawały kopalnie tego metalu. Co się dzieje obecnie z jego cenami, sami widzimy, co tylko potwierdza, że złoto wciąż trzyma się mocno. 

W Złotym Stoku można zwiedzić dawną kopalnię złota. Sama Kopalnia organizuje zarówno trasę „pieszą”, jak i spływy pontonami wśród korytarzy, jak się jednak można domyślić, na tę drugą atrakcję są największe kolejki. My akurat nie byliśmy na to chętni z góry, ale słyszałam przy kasie, że kiedy byliśmy tam około 11.00 to pierwsze wolne bilety na spływ można było nabyć na dopiero 16.00. Jednak domyślam się, że jest to wielka atrakcja dla dzieci i pewnie warto.

My zdecydowaliśmy się jak mówię, na jedynie poznawanie dawnej kopalni na własnych nogach. Jak we wszystkich tego typu miejscach warto zaopatrzyć się w jakieś cieplejsze ubranie wierzchnie. Nauczeni doświadczeniem kopalni soli w Hallstatt wzięliśmy ze sobą kurtki i długie spodnie i przyznam, że dobrze zrobiliśmy. Czuć jednak te siedem stopni. Do Kopalni Złota wchodzi się wejściem do jednej z dawnych sztolni, zwanej Gertrudą i tam odbywa z przewodnikiem część trasy, a potem wychodzi się i kolejny raz podchodzi w górę aby wejść do nowej sztolni, Czarną Górną. Podczas pierwszego wejścia można poznać miejscowego gnoma i wysłuchać ciekawostek, jak chociażby tego, jak mało złota tak naprawdę udaje się wydobyć z rudy, co oczywiście tłumaczy cenę kruszcu. Drugie wejście jest krótsze, ale według mnie ciekawsze, bowiem to podczas niego widzimy podziemne miejsce graniczne z Czechami, jak również wspaniałość, czyli podziemny wodospadzik, który robi wielkie wrażenie. No i to z tamtego miejsca na powierzchnię wyjeżdża się specjalnym tramwajem, kolejką…
O Kopalni Złota można poczytać tu.


W Kopalni zimą nocują nietoperze. W ogóle wiele miejsc położonych w tamtych rejonach jest zimowiskiem nietoperzy, jak chociażby Twierdza Kłodzka czy Jaskinia Niedźwiedzia, o której teraz napiszę.

Jaskinia Niedźwiedzia to miejsce niezwykłe i na pewno na skalę europejską. Odkryta zupełnie przypadkiem stała się miejscem chętnie zwiedzanym. Tu uwaga dla chcących zobaczyć to miejsce, polecam zawczasu dodzwonić się do kasy i zarezerwować sobie miejsce. Wejścia do Jaskini nie odbywają się każdego dnia, poza tym grupa liczy najwyżej ileś tam osób. Po prostu warto zadzwonić (chociaż w sezonie jest to podobno trudne, nam bilet rezerwowano z miejsca, w którym mieszkaliśmy) i mieć pewność, że w dniu, kiedy się zjawisz przy kasie i odbierzesz bilet będziesz mógł odwiedzić to niezwykłe miejsce. Acha i również uwaga, parkuje się na dole a potem do Jaskini albo dociera piechotą około pół godziny albo można skorzystać z podwózki meleksem.

A naprawdę warto je zobaczyć mimo, że oczywiście nie zwiedza się jej całej a udostępnioną jej część. I znów uwaga, polecam wziąć ze sobą coś naprawdę ciepłego. Ja czułam zimno i pogratulowałam sobie wzięcia ciepłych rzeczy.
A po co psuć sobie podziwianie stalaktytów, stalagmitów, stalagnatów i rozmaitych pięknych form naciekowych marznięciem? Początkowo sądzono podobno, że w Jaskini mógł stacjonować człowiek pierwotny, jednak poza szczątkami Niedźwiedzia Jaskiniowego i innych zwierząt plejstoceńskich na ślad człowieka pierwotnego tam nie natrafiono. A szczątki owego starego zwierza, jakim był wspomniany Niedźwiedź zobaczyć można podczas zwiedzania. Warto podczas zwiedzania uruchomić wyobraźnię, bowiem kształty form naciekowych są naprawdę niewiarygodne i co fajne, każdy może zobaczyć tam coś innego. 45 minut zwiedzania przebiega człowiekowi nie wiedzieć, kiedy. Strona Jaskini Niedźwiedziej tu.

Niedaleko są jeszcze dawne kopalnie Uranu, ale my się tam nie wybraliśmy.

Natomiast miejsce, które każdemu polecam to położone w Kletnie właśnie, niedaleko parkingu, na którym parkuje się przed wizytą w Jaskini, to Muzeum Ziemi Geologiczne. To tam oprócz wspaniałej kolekcji minerałów z całego świata można zobaczyć rozmaite skamieniałości, jak cztery gniazda dinozaura z jajami! Można tam też nabyć zarówno biżuterię z minerałami jak same minerały. Ja bardzo lubię takie miejsca, więc je polecam. Można o Muzeum poczytać tu.

 

Wejście Gertruda

 

Srebrna Góra…

…, która nazwę swą zawdzięcza dawnemu wydobywaniu srebra. Cała ta okolica obfitowała w metale i minerały, co często odzwierciedla się w nazwach miejscowości. 
Miejscowość malowniczo położona, podjeżdża się do niej drogą, spora część zabudowy ostała się mimo wojennej zawieruchy, w tym warto zwrócić uwagę na zabudowę w ścisłym „centrum”, gdzie zachowana została część dawnych koszar wojskowych.

Tamte ziemie również obfitują w twierdze wszelakie, jak widzę bo i ta kłodzka i ta w Srebrnej Górze właśnie. Rozumiem, że to uwarunkowania historyczne skłoniły do budowy takich a nie innych rozwiązań. Ja akurat nie jestem jakąś wielką miłośniczką takich budowli, ale P. chciał zobaczyć, to czemu by nie. Auto zostawia się na parkingu i znowu, podobnie, jak w przypadku Sanktuarium na Iglicznej, zdąża się piechotą w stronę Twierdzy. 
Nie zwiedza się całej Twierdzy, a tylko jego część, Donżon, kazamaty i można wejść na koronę Donżonu, z którego to miejsca rozciąga się bardzo malowniczy widok. Zwiedza się z przewodnikiem, panem z miejscowego stowarzyszenia miłośników Twierdzy. Panowie ze stowarzyszenia podchodzą poważnie do przedsięwzięcia, są ubrani w stroje z epoki, jak również na sam koniec mają dla nas niespodziankę, czyli wystrzał z repliki, ale jednak zabytkowego pistoletu. Muszę powiedzieć, że pan podczas naszej wizyty tamże i pokazu owego wystrzału pomógł nam dosłownie zrozumieć sens dwóch naszych powiedzonek, czyli do trzech razy sztuka i spalić na panewce. Za to na sam koniec, jak się jednak udało, jak huknęło, to ho ho!
Sama twierdza jest ciekawą budowlą, polecam poczytać materiały w internecie, ja polecam chociażby ten. 

My dotarliśmy do Twierdzy tuż przed burzą. Niesamowite, że całą burzę udało się przeczekać podczas zwiedzania, gdy wychodziliśmy na koronę Donżonu już praktycznie nie padało prawie.
Twierdza posiada jeszcze jeden atut, słodkiego oczywiście ciekawskiego mieszkańca tejże, który oczywiście musiał naszą grupę odprowadzić do makiety i nieco nas poobserwować, jest to bowiem czarna jak noc kotka, podobno Kazia, aczkolwiek według mnie Kazimiera brzmiało zdecydowanie lepiej.  

 

Donżon w Twierdzy Srebrna Góra