Frankenstein, Krzywa Wieża i nie tylko…

Ząbkowice Śląskie, które odwiedziliśmy za sprawą chęci zobaczenia najprawdziwszej Krzywej Wieży swego czasu nosiły nazwę Frankenstein. Po nazwie pozostał cykl imprez „Weekend z Frankensteinem”. Samo miasto jest bardzo ładne. Ogromnie mi się podobało. Sporo wyremontowanych kamienic, bardzo elegancki rynek z kawiarnianymi ogródkami, sporo fajnych sklepików i jacyś tacy uśmiechnięci i zadowoleni ludzie. Przynajmniej takie odnieśliśmy po wizycie w Ząbkowicach Śląskich wrażenie. 
Najpierw na chwilę poszliśmy zobaczyć ruiny zamku, które niestety, nie są do zwiedzenia a i ta część najmniej atrakcyjna się wydaje, jest bowiem nieco zaniedbana a otoczenie dość zaśmiecone wręcz. Następnie poszliśmy zobaczyć Krzywą Wieżę a wcześniej podziwialiśmy średniowieczny Kościół Świętej Anny. Krzywa Wieża jest super i naprawdę jest krzywa,a jej nieprawidłowość właściwie jak dotąd chyba w stu procentach nie została wyjaśniona tak do końca. Tak przynajmniej gdzieś tam wyczytałam. W każdym razie wieża, chociaż krzywa, ma się bardzo dobrze i stanowi niewątpliwą atrakcję miasta. A poczytać o niej można tu.

Następne podjechaliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego (co oni z tymi odniesieniami do zębów w tych nazwach, hmmm…), gdzie podziwialiśmy, niestety, wciąż z zewnątrz, (piszę „wciąż” bo jak tam byłam ostatnio 13 lat temu to też nie było możliwe wejście do środka) neogotyckie założenie pałacowe projektu nie kogo innego a samego Karla Friedricha Schinkel’a. Owo założenie w tym roku podobało mi się o wiele bardziej, niż kiedy widziałam je te naście właśnie lat temu. Nie bez znaczenia jest fakt, że teraz mogłam podziwiać go dla własnej przyjemności i w miłym towarzystwie;) Tak czy inaczej naprawdę jest to ciekawe i interesuje mnie, jak w końcu potoczą się losy tego miejsca, bowiem z tego, co się orientuję w grę wchodzą jakieś sprawy czy to spadkowe czy ogólnie rzecz biorąc nowego właściciela, w każdym razie coś tam jest mocno zagmatwane a szkoda, że w wyniku tego nie można po prostu zwiedzić interesującego miejsca (i mówię to ja, która nie przepada za neogotykiem). Niestety, wciąż jedyną formą zobaczenia wnętrze pozostaje internet, jak chociażby wikipedia.

W Kamieńcu jest również zespół pocysterski, ale nie planowaliśmy nawet go zwiedzać.

Wspomniałam nazwisko architekta Schinkel’a i dobrze, że padło ono w tym momencie, bowiem to jego autorstwa jest również kolejna rzecz, o której będę pisać, a mianowicie odnowiony obecnie Stary Wapiennik w Starej Morawie, gdzie już wracamy w okolice samego Stronia Śląskiego.
To arcyinteresujące dla mnie miejsce, a więc chcę chwilę mu tu poświęcić. Po pierwsze, Stary Wapiennik jako przecież miejsce kiedyś z założenia użytkowe, pokazało jak kiedyś nawet przedmioty, miejsca użytkowe, potrafiono zdobić czy stworzyć z nich wręcz dzieła sztuki. Pochylmy nad tym głowy. Po drugie, miejsce to teraz jest ciekawe, gdyż jest w rękach prywatnych.
W latach siedemdziesiątych zainteresowała się Wapiennikiem małżeństwo poznańskich artystów, Państwa Rybczyńskich. Początkowo chcieli go tylko odnowić, z czasem wapiennik nimi „zawładnął” , że się tak wyrażę. Obecnie jest to ich mieszkanie, siedziba, a również prowadzona przez Państwa Rybczyńskich Galeria Sztuki, Wapiennik Łaskawy Kamień, w której to mają miejsce rozmaite przedsięwzięcia artystyczne. 

Wapiennik można zwiedzać, podobno najlepiej umówić się telefonicznie, my podjechaliśmy chcąc zrobić jedynie zdjęcia a okazało się, że pani Erna jest akurat „wolna”, więc zaczęła nas oprowadzać, potem doszli jeszcze inni państwo i przejął naszą grupę syn państwa Rybczyńskich. Jest to muzeum, więc uprzedzam zainteresowanych, że zwiedzanie oczywiście jest za opłatą, ale według mnie warto. Ja samego wnętrza nie widziałam, P. wszedł na górę wraz z grupą, ja zaś podziwiałam przepiękny Ogród Japoński, który stworzyli nieopodal właściciele. I który ma widok na Fuji. A tak, właśnie;) szczegóły dla tych, którzy to miejsce odwiedzą, dowiecie się wszystkiego… Jest po prostu bajeczny. Synowa właścicieli zajmuje się sztuką wschodu, tworzy rozmaitości z papieru czerpanego. Ja nabyłam dla siebie ciekawy lampion z tegoż papieru właśnie, który teraz tworzy przemiłą atmosferę i przypomina mi o tym ciekawym miejscu jak również gdzieś tam myślami przenosi do Kraju Kwitnącej Wiśni. 
W Wapienniku można też nocować, szczegóły oczywiście na stronie miejsca. 
Dla mnie z racji zainteresowań ciekawe było też pokazanie wnętrza pracowni graficznej państwa Rybczyńskich, stare maszyny graficzne i to, co można z ich pomocą wyczarować, budziło wyobraźnię. Może to nie do końca znane miejsce na trasie zwiedzania tej części Polski, ja bardzo polecam. 

O Wapienniku można jeszcze poczytać i tu.

 

Krzywa Wieża w Ząbkowicach Śląskich

Javornik.

Mówiłam, że chciałam do Czech? No, chciałam. No i byłam;) 

Po tym jakże lakonicznym wstępie coś więcej. Pierwotnie w planach był Broumov. Bo Broumov naprawdę jest wart odwiedzenia, polecam osobom, które będąc w okolicach zastanawiać się będą nad jego odwiedzeniem. Jednak pod koniec pobytu pogoda zrobiła się bardzo już letnia i zwyczajnie nie chciało mi się jechać (mimo klimy w aucie) godzinę z kawałkiem w jedną stronę. Miałam ochotę spędzić ten „czeski” czas na jakimś bardziej lenistwie, niż ganianiu po niewątpliwie ciekawych zabytkach. 

No i udało się tak spędzić. Shalu podsunęła nam pomysł pojechania do Javornika. Dojeżdża się od strony Lądka Zdroju przez przejście graniczne w Lutyni i zaraz po przekroczeniu granicy polskiej wjeżdżamy na dobrą nawierzchniowo drogę, która najpierw wiedzie nas na Travną a potem do Javornika właśnie. Bezsprzecznie największym zabytkiem Javornika jest zamek-Janski Vrch, który to pełnił rolę letniej siedziby biskupów wrocławskich. Są w nim oczywiście oprócz ciekawych mebli, ceramiki, przedmiotów artystycznych, ciekawa kolekcja, a mianowicie jedna z największych (o ile nie największa, jeśli dobrze pamiętam) kolekcji fajek. Naprawdę niektóre z nich to istne cacka. 

Są dwie trasy zwiedzania, my trochę przypadkiem wybraliśmy tę krótszą, ale nie szkodzi, był czas na dobry obiad z piwkiem (od razu uprzedzam, tak,tylko ja piłam, bo P. kierowca a i nie jest wielbicielem piwa). Za wejście na Zamek można płacić w złotówkach, suwenirki czy pocztówki już trzeba opłacać w koronach, trochę szkoda, bo nie mieliśmy. 
O zamku można poczytać tu. 

Wspomniałam już o dobrym jedzeniu, które to zadowoliło moje podniebienie w restauracji Taverna, która jest nieopodal rynku (zresztą całe miasteczko naprawdę jest niewielkie).  Zrobiłam tam sobie prawdziwą ucztę dla podniebienia z obowiązkowym oczywiście smażonym serem. Pycha;)
A w ogóle, to okazało się, że znam zaskakująco sporo piosenek czeskich (hm, niektóre jeszcze z czasów Czechosłowacji:). Pamiętacie Holki z naszej szkolki?:) 


Szczeliniec Wielki…

…jak już wspomniałam, Szczeliniec to było miejsce, które bardzo chciałam odwiedzić już dawno temu. I cieszę się, że udało nam się zrealizować ten plan. Dojechaliśmy chyba tradycyjnie bo od strony Karłowa.
Niestety, akurat trwa remont, więc na Szczeliniec nie podchodzi się tymi tradycyjnymi schodami a obejściem, nie wszystkie więc jego atrakcje udało nam się zobaczyć, (na przykład Głowę Księżniczki Emilii), ale większość form skalnych mogliśmy podziwiać. Kto był na Szczelińcu i wędrował między skałami wie jedno. Dobrze jest być giętkim i raczej smukłym. Są bowiem przejścia wąskie, wąziutkie, a bywało, że jedyny sposób przejścia to jak się śmiałam „na taniec ludowy, góralski” czyli w kucki i dalej (albo dla mniej wygminastykowanych, na kolanach;). Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Chyba przejście Diabelską Kuchnią i Piekiełkiem…zimno i dość strasznie i dobrze, że są łańcuchy, bo bez nich na pewno bym nie zeszła w dół. Uprzedzam też, że warto naprawdę wziąć porządne buty, takie, które nie będą się ślizgać po podłożu. My wzięliśmy górskie ale widziałam tam osoby w według mnie, niezbyt dobrze dobranym na taką wyprawę obuwiu.
Kołyski Księżniczki Emilki jako jednej z dwóch słynnych chybotek nie odważyliśmy się ruszać…kto wie, jakie byłyby tego konsekwencje…
Dookoła mnóstwo niezwykle ciekawych form skalnych. Niektóre z nich są oznaczone na szlaku, takie, jak kwoka, małpolud, wielbłąd itd, niektóre to już pole do twojej własnej wędrowcze wyobraźni. A można zobaczyć naprawdę wiele, wystarczy tylko czasem przechylić głowę, czasem spojrzeć pod innym nieco kątem, czasem zmrużyć oczy.  
Szczeliniec reklamuje się między innymi faktem odwiedzenia go swego czasu przez samego Goethe’go. Czyli nawet tam jakiś ślad literatury…Oczywiście dla mnie Szczeliniec  i tak najbardziej kojarzyć się będzie, o czym wspominałam już, z „Bocznymi Drogami” Joanny Chmielewskiej.
Jedną z najciekawszych jednak form reklamy miejsca jest Legenda o Księżniczce Emilii i czarnoksiężniku, który zraniony po tym, jak zakochała się ona w innym,  zamienił zamek dziewczyny wraz z nią i jej otoczeniem w kamienne bryły właśnie, które to podziwiać możemy podczas wędrówki. 

Cieszę się, że udało nam się pojechać i zobaczyć na własne oczy to, co dotąd było jedynie w wyobraźni i po oglądaniu w pismach dotyczących podróży…Szczeliniec jest fajny;)

 

Wielbłąd w Szczelińcu

dobry przewodnik…

…zarówno człowiek-przewodnik (chociaż mimo wszystko lubię zwiedzać sama, nawet jak coś tam mi umknie podczas oglądania zabytków czy miejsc) jak i książkowy to podstawa. Jadąc w Ziemię Kłodzką udało nam się oprócz paru innych jak przewodnika z cyklu „Polska Niezwykła” czy kiedyś otrzymają Polskę z Plusem Pascala przewodnik, jak sami wydawcy piszą, „przewodnik dla prawdziwego tyrysty”. Nie narzekam na tamte, ale ten okazał się być wyjątkowo dobry i ogromnie się cieszę, że go jednak mimo nie niskiej niestety ceny, kupiliśmy. 

Jest to przewodnik „Ziemia Kłodzka. Przewodnik dla prawdziwego turysty”. Autorami są Waldemar Brygier i Tomasz Dudziak, a wydany został w Oficynie Wydawniczej Rewasz, Pruszków (2010). Trzeba dodać, że są również współautorzy poszczególnych części tego przewodnika, bowiem jest to wręcz pasjonująca lektura, można dowiedzieć się nie tylko o urodzie tego regionu lecz o jego historii, przyrodzie, geologii, nietoperzach zamieszkujących wiele miejsc tamże i wielu innych ciekawych rzeczy. Podczas wyjazdu muszę powiedzieć, że nie przeczytałam żadnej z książek, które ze sobą wzięłam, natomiast właśnie czytałam przewodnik. Muszę powiedzieć, że naprawdę jest solidnie napisany, aczkolwiek nieco dysonansu wprowadza to, że o jednym miejscu często szukać trzeba informacji w na kilku różnych stronach (z racji tego, że omówione są solidnie trasy wypraw i wtedy podane są też informacje dotyczące danych miejsc a jest również alfabetyczny skorowidz nazw, gdzie również są różne dane). Ale to tu wyczytałam, że owce, które tak polubiłam przywożone są aż spod samiuśkich Tater, czyli z Podhala i wiele innych ciekawostek, których nigdzie indziej nie znalazłam. 

Wydawnictwo jak widzę na okładce specjalizuje się w przewodnikach dotyczących naszych gór ale nie tylko, bo również widzę, że Ukrainy dotyczące również są u nich wydawane, jak również Słowacji. 
Ja mogę szczerze polecić, bo naprawdę bardzo się nam przydał ten przewodnik. 

Polecam stronę wydawnictwa:

http://www.rewasz.pl/