…tak, połowa kumulacji w Lotto przypadnie komuś, kto zagrał w TESCO na Kabatach. Tak, jest to niezła sumka (można spoko pożyć).
Jednakowoż dementuję, iż to my staliśmy się milionerami. Zresztą, przepraszam, że rozczaruję tych, którzy sądzą inaczej, pieniądze naprawdę szczęścia nie dają. Olejcie więc to, że nie wygraliście, Wy, niedoszli milionerzy, którzy być może już oczami wyobraźni swojej widzieliście się w: nowym domu, rzucających pracę i cholernego szefa, podróżującym po świecie. Przytulcie dziecko, psa, żonę, męża, partnera, do wyboru, pójdźcie na relaksujący spacer i pomyślcie, że moglibyście
piosenka na dziś…
już ją kiedyś polecałam, ale to było dawno. Uwielbiam zarówno samą Laurę, jak i tę właśnie piosenkę, chociaż jest smutna…pochodzi z albumu „Le cose che vivi”.
„Tarantula”. Thierry Jonquet.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).
Przełożył Tadeusz Makowski.
Tytuł oryginału Mygale.
Ach jo, czy jak tam mawiał Krecik, kiedy nie wiedział co powiedzieć, a nie chciał milczeć. Ciężkie zadanie ma ten, kto chce napisać interesującą recenzję książki „Tarantula” a nie chce ograniczyć się do paru dosłownie zdań. Oczywiście, chcąc uniknąć zdradzenia o co tak naprawdę chodzi. Czyli nie bawiąc się w spoiler.
Niestety, nie mam pomysłu jak można napisać coś więcej poza tym, co napiszę. Na wstępie, nie ukrywam, że po książkę sięgnęłam właściwie tylko dlatego, że właśnie na nasze ekrany wszedł najnowszy film Pedro Almodovara „Skóra, w której żyję”. Byłam ciekawa, jaka jest książka, zanim kiedyś tam (wiadomo, że film ukaże się na DVD) zobaczę jej ekranizację.
Nie zawiodłam się. Ta niewielka objętościowo książka składająca się z trzech rozdziałów jest z gatunku tych, które czyta się szybko. Wiadomo, podczas lektury rośnie ciekawość, co tak naprawdę jest w niej przedstawione, kim są właściwie jej bohaterowie i dlaczego relacje między nimi są aż tak popaprane.
Na samym początku poznajemy parę, której relacje z pewnością są co najmniej dziwne. Oto on, Richard, sławny chirurg plastyczny, którego żona zginęła czas jakiś temu a córka wylądowała w szpitalu psychiatrycznym. Oto ona, Ewa. Mieszka z Richardem i daje sobą pomiatać, jak mało kto, dając się chociażby stręczyć przygodnie poznanym mężczyznom. Co pewien czas daje wyraz swojej frustracji i wtedy wygrywa mu na pianinie pewną piosenkę, która niby to mówi o miłości a u niego powoduje furię. I znowu wymyśla jakąś karę. Zbrodnia i kara, ale jaka to zbrodnia? Tego dopiero przyjdzie się nam dowiedzieć w miarę lektury.
Pojawią się i inne postaci. On, Vincent, młody licealista, który znika pewnego dnia bez śladu z wioski, w której mieszka. I Alex, dawny kolega Vincenta, osobnik tyleż porywczy co po prostu głupi. Który to jednak wpada pewnego dnia na plan swego życia. Losy tych postaci splatają się w dziwnym chorym uścisku i jak bardzo mają wpływa na ich samych, do czego są ci ludzie zdolni wzajem wobec siebie, jakie granice zechcą przekroczyć, tego wszystkiego dowiadujemy się z tego thrillera.
Nie wiem, jak została ta książka zekranizowana, sama jestem teraz ciekawa, jak podszedł to tego tematu Almodovar, będę z ciekawością czekać na film.
A moja ocena tej książki to 5 / 6.
„206 kości”. Kathy Reichs.
![]()
Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2011).
Z angielskiego przełożyła Aleksandra Górska.
Tytuł oryginalny 206 bones.
„206 kości” to tytuł nawiązujący do faktu, że w szkielecie dorosłej osoby znajduje się taka a nie inna liczba kości. Jak wiedzą miłośnicy serii o Temperance Brennan, zajmuje się ona właśnie kośćmi. W tej części cyklu Temperance będzie miała z nimi szczególnie dużo problemów. A to czegoś nie zauważy a to kości zdawać się będą niemal jak w tej piosence „pojawiać się i znikać”. Dziwne.
W dodatku ta część rozpocznie się w nader nieprzyjemnych okolicznościach. Temperance ocyka się pewnego dnia w nieoświetlonym, dziwnym pomieszczeniu. Na zewnątrz panuje w najlepsze zima a ona nie wie, co się z nią działo. Nie wie , co to za miejsce, jak do niego trafiła. Jest w nim sama. A może raczej inaczej. Jest jedyną żyjącą tam osobą. Początkowa panika ustępuje zdroworozsądkowemu podejściu do sprawy. Jasne, że panikowanie na nic się nie zda, trzeba coś wymyślić. Temperance zatem z całych sił zaczyna sobie przypominać, co działo się zanim przebudziła się w tym właśnie miejscu.
Jakiś czas temu oskarżona została o błąd w sztuce i złą diagnozę. Jakiś anonimowy „ktoś” zadzwonił do kogoś z rodziny znalezionej starszej pani i oskarżył Brennan o to, że nie dość przyłożyła się do pracy i popełniła błąd. Trzeba więc będzie się temu przyjrzeć. Zaczyna się lawina wydarzeń, która prowadzi do odkrycia kolejnych zwłok starszych pań. Czy Montreal ma swojego seryjnego mordercę, który na cel zbrodni wybiera stare, nie mogące się przed nim obronić kobiety?
Intryga kryminalna to jedno, co interesujące w tej kolejnej opowieści o Temperance. Jednak ponadto w tej książce poruszono ciekawe aspekty pracy bohaterki, która jak wiemy jest antropologiem sądowym. Po raz kolejny przychodzą na myśl refleksje, że to praktyka czyni mistrza. Że nie można stać się specjalistą bez godzin żmudnej może często nauki i obserwacji. Nie mogę za wiele pisać, aby nie zdradzić zbyt wiele (szkoda, bo miałabym jeszcze trochę refleksji na ten temat, ale wiążą się one z fabułą). Dużo też myśli nad tym, jak wiele zależy od pracy zbiorowej, całego zespołu.
Muszę też z zadowoleniem zauważyć, że nie mam zastrzeżeń do tłumaczenia książki. Na forum poświęconym kryminałom ktoś zwrócił uwagę, że po przejęciu wydawania książek Kathy Reichs przez nowe wydawnictwo, nowa tłumaczka mogła zostać przy imieniu Ptasiek, które to imię kota bohaterki przewijało się przez wszystkie poprzednie części cyklu. Ja jednak muszę powiedzieć, że nie było to dla mnie problemem.
Sądzę, że wielbiciele kryminałów Kathy Reichs z akcją to w Stanach to w Montrealu (ja wolę zdecydowanie jak akcja dzieje się w Montrealu właśnie, ze względu na swoje zainteresowanie Kanadą a szczególnie jej francuskojęzycznym regionem) powinni być zadowoleni z tej książki.
Moja ocena to 5 / 6.
pierwszy dzień jesieni…
Pierwszy dzień jesieni z Chiarą Civello, a pewnie i jesień z jej muzyką…jakoś tak mi pasuje do moich nastrojów. Tak więc postanowione. Może muzyka przyniesie trochę tak potrzebnego ukojenia?
dodałam trochę zdjęć…
…do poszczególnych wpisów dotyczących wakacji w Kotlinie Kłodzkiej i okolicach. Zapraszam więc do przypomnienia sobie ich wraz z poznaniem fotek.
A na zachętę zdjęcie owiec, które przybyły na wypas z Gubałówki…Grzecznie trzymały się sugerowanych prędkości;)

pytania książkowe…
…mam pytanie do osób, które czytały „Japoński wachlarz” Joanny Bator. Ja je czytałam, a teraz widzę, że ukazała się książka „Japoński wachlarz. Powroty”. Ciekawa jestem, czy to pierwsza książka wzbogacona jakimiś dodatkowymi felietonami przemyśleniami czy coś zupełnie nowego? To pytanie do osób, które czytały obie książki.
Drugie pytanie, w pierwszym numerze magazynu Książki reklamowano kilka wydanych w tym samym wydawnictwie książek… Ja się zraziłam do tego wydawnictwa fatalnymi tłumaczeniami, stąd od dawna nic przez nich wydawanego nie nabywam, ale może robię błąd. Chętnie przecież poznałabym współczesną prozę francuską i nie tylko. Reklamowane tytuły to „Pokój”, autorka Emma Donoghue, „Ukryte godziny” Delphine de Vigan i „Zła córka” Justine Levy. Moje pytanie, czy ktoś może zna te książki i czy uważa, że warto po nie sięgnąć a jeśli raczej to czy któraś z nich w jakiś specjalny sposób zrobiła na kimś wrażenie. Z góry dziękuję za odpowiedzi.
update, po uwadze Obiezy_swiatki trochę zmieniłam wpis, bo faktycznie coś sama pokręciłam, „Pokój” zdecydowanie nie jest francuską prozą. Dziękuję za czujność!
trudne tematy w literaturze…
…być może fakt, że wydaje mi się, że trudne tematy są najczęściej omijane w literaturze wynika z tego, że owe tematy trudne są faktycznie trudne i sama po nie nie sięgam z tej prostej przyczyny, że trudno mi i tak po prostu wystarczająco, nie mam siły chyba na lekturę, która być może przybije. Nie mówię, że na pewno, bo zależy zapewne od tego, kto i jak pisze. Jakie są autorki doświadczenia i czy pisze o czymś, co przeżyła, czy nie. Piszę autorki, bo odnoszę wrażenie, że z tymi trudnymi tematami zmagają się kobiety właśnie. Żadnych teraz teorii dlaczego tak jest, snuć nie zamierzam, żadnych tam, że być może my same mamy nieco większą potrzebę słownego wyrażenia tego, co czujemy a często właśnie to słowo odbywa się w postaci papieru czy odpowiedników elektronicznych. Sama znalazłam sobie swój netowy kącik, w którym wypisuję to, co leży na sercu.
Skąd ten temat na poniedziałkowe popołudnie? Otrzymałam bowiem informację od Wydawnictwa Replika na temat książki, która się ukaże za tydzień a dotyczy właśnie takiego niełatwego tematu, jaki jest poruszany w literaturze, a mianowicie poronień. Książka jest autorstwa Moniki Orłowskiej, „Cisza pod sercem”. Nic o niej nie wiem i po nią nie sięgnę, ale dała mi do myślenia na tematy niełatwe poruszane w literaturze właśnie ona i jakiś czas temu wydana w Wydawnictwie Czarne książka Justyny Bargielskiej „Obsoletki”, która to zresztą książka zebrała dobre recenzje i a sama autorka została za nią nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia 2011.
O tych książkach więc wiem, że się pojawiły bądź zaraz pojawią. Nie wiem, czy dużo jest u nas wydanych książek dotyczących tematu poronienia.
Tak samo, jak nie rusza się bardzo wielu innych tematów. Mamy takie temat tabu, o których nie wolno mówić głośno. Bo to drażni. Miałam ostatnio okazję sama przekonać się, że wciąż dookoła nas żyją ludzie, dla których najwyraźniej świat składa się tylko z osób zdrowych pięknych i bogatych. W ich świecie dzieci nie chorują i nie umierają.
Może to tłumaczy mimo wszystko niszowość tych tematów na naszym rynku? A może sama dałam sobie to pytanie odpowiedź pisząc, że ja osobiście nie jestem w stanie sięgnąć po taką literaturę. Ale, to, że ja nie jestem, czy oznacza, że ktoś inny właśnie nie oczekuje takiej? Nie bania się poruszania tematów trudnych?
Pamiętam jak kiedyś gofer , autorka tego bloga, napisała, że została poproszona o wywiad do jednej z gazet dla rodziców o dzieciach. Tak, jednej z tych kolorowych, w których właśnie jest tylko na wesoło i miło. Temat chorób ogranicza się jedynie do chorób dziecięcych jak świnka czy różyczka. Faktem jest, że to gofer właśnie zwróciła moją uwagę na to, że w takowych pismach miejsca na dzieci chore nieuleczalnie czy niepełnosprawne (może fizyczynie bardziej ale umysłowo? nie) miejsca brak. I faktem jest, że tamten wywiad właśnie był na swój sposób sukcesem, bo miał w jakiś sposób złamać mit. Pokazać, że osoby chore są wśród nas, że dzieci chore widuje się nie tylko na plakatach organizacji pozarządowych a w naszym społeczeństwie. W restauracji czy na plaży. W sklepie czy na urodzinach kolegi z klasy naszego dziecka.
Potem już nabywszy własnego doświadczenia zapętliłam się w myślach, że dzieci niepełnosprawnych nie widać już zupełnie nigdzie, ze zdumieniem odkryłam, że w innych krajach mają z tym mniejszy problem, swego czasu w katalogu IKEI na rynek szwedzki ukazały się zdjęcia mebli do pokoju dziecięcego, w którym to bawiła się dziewczynka z zespołem Downa. I nie działo się to w ramach żadnej kampanii społecznej na rzecz promowania zbliżenia środowisk osób niepełnosprawnych z resztą społeczeństwa. Po prostu tak było, koniec kropka.
Mamy wiele tematów tabu, których w książkach brak a jak się już ukażą, to są jak te nieliczne rodzynki. Jest temat niepłodności, najczęściej niestety wykorzystywany kiepsko w jakichś marnej jakości kryminałach, czy beletrystyce, w której z par borykających się z tym tematem robi się głównie maniaków porywających cudze dzieci, kupujących je na czarnym rynku i generalnie patlogię. Brak naprawdę dobrej książki napisanej na ten temat przede wszystkim z perspektywy kogokolwiek, kto wie coś po prostu na ten temat z własnego doświadczenia a nie autorów, którzy mimo zapewne dobrej woli tematu nie znają, nie stali koło niego nawet.
Mało wciąż książek na tematy budzące największe kontrowersje. Nie chcę wymieniać ich w jednym rzędzie aby nie doszło do jakieś próby przez kogoś porównania tych wszystkich tematów tabu. Są one bowiem zupełnie nieporównywalne. Każdy z nich to dla osób zainteresowanych temat rzeka i często jego własne piekło.
Do takich tematów według mnie należą aborcja.
Lub niezgoda na nią.
Terminacja ciąży.
Śmierć dziecka.
Poronienie.
Choroby psychiczne.
Niepełnosprawność.
Ja wiem, że poszczególnie tu wymienione przeze mnie tematy w jakiś sposób są ujmowane w książkach, mam jednak na myśli to, że nieczęsto i wcale według mnie nie musi to oznaczać, że wszystkie książki dotyczące tematu danego jakie na rynku się ukazały muszą być dobre. Mogą jedynie korzystać z tego, że właśnie temat do tej pory nie został nadmiernie ruszony.
Być może brak lektur na te tematy wynika też z tego, że chwytając się jakiegokolwiek tematu autor jednak wchodzi w niego z własnymi przekonaniami, światopoglądem. Czy można potraktować tematy budzące takie kontrowersje w sposób wyważony? Bez opowiadania się często po tej czy innej stronie a zgłębiając jedynie temat? Czy w ogóle jest to możliwe? Czy uda się uniknąć mędrkowania i głoszenia tak zwanych prawd słusznych i objawionych? Bez uszanowania zdania kogoś z „przeciwnej drużyny”? Czy uda się uniknąć pompatyczności, czy umoralniania na siłę? Albo dla odmiany robienia z jakiegoś tematu sensacji?
Nie wiem czy pisząc to nie ocieram się już właściwie nie tyle o literaturę a debatę publiczną, głos społeczny a nie to właśnie w tym wpisie miałam na myśli.
Dużo jest tematów, które niechętnie słyszymy na spotkaniu towarzyskim. Najczęściej nie chcemy wiedzieć o tym, że zło, smutek też jest częścią życia. Osoby nim dotknięte mają więc możliwość wygadania się często jedynie w formie anonimowego wypisania się gdzieś w internecie. Bo jak sądzę, wciąż gdyby nawet chciały sięgnąć po jakiś temat w książce, wciąż jest go za mało. I brutalnie mówiąc, zapewne temat trudny jest nie sprzedawalny, marketingowo się nie sprzeda, nie warto go tykać.
Tak sobie teraz przypominam, że jest jedna książka dla dzieci, w której spotkałam się przez chwilę z tematem poronienia. Inna sprawa, że o tym, czego dotyczyło tamto niedługie może zdanie wiem teraz, z perspektywy lat i dorosłości po prostu, dzieci chyba kompletnie tego nie rozczytały a ciekawa jestem z drugiej strony jakby dziecku, które zechciało by wyjaśnienia temat poronienia wyjaśnić…nie jest łatwo…A książka ta to Joanny Papuzińskiej, pierwsza część przygód Rokisia u Kasi, która to Kasia właśnie miała mieć rodzeństwo i tak się wszystko stało, że temat został zamknięty a rodzice wyjechali we dwoje zdaje się, że do Mongolii…Ciekawe, czy jakieś inne książki dla dzieci w jakiś sposób sygnalizują takie trudne tematy, które kiedyś mogą spotkać w rodzinie małego czytelnika…
Jeśli macie ochotę, to napiszcie mi, jakie Wy uważacie tematy za tematy trudne, z którymi wciąż trudno jest się borykać autorom książek? Jest ich jeszcze bardzo wiele, sama właśnie jeszcze jeden sobie przypomniałam, ale może komuś to przyjdzie do głowy i podsunie.
Ja jeszcze tylko dodam, bo tak mi to w międzyczasie do głowy przyszło, że nie wiem, czy to nie jest tak, że takie zjawisko pisania w książkach o tych tematach nie zostało wyparte przez blogi. Z drugiej strony, jak widać jakieś książki się ukazują, czyli może nie tylko o to chodzi…
o sztuce i nie tylko…
Wczoraj dostałam dwie przesyłki, które sprawiły mi wiele radości. Jedna to kartka z Pragi, od Dublinii, stereoskopową (o stereoskopii można przeczytać tu). Pierwszy raz taką otrzymałam. Mam wrażenie, że przeniosłam się w czasie bowiem widoczek ( o ile się nie mylę Złotej Uliczki) jest w kolorze sepii, zaglądam sobie przez specjalne okulary i voila, mam wrażenie trójwymiarowości. Niesamowite. Dziękuję, bo nie dość, że sama w sobie kartka fajna, to niezwykły gadżet przy tym, coś zupełnie innego niż zwykłe pocztówki, co nie znaczy, że zwykłe również nie cieszą.
Ika zaś przysłała mi pakiet ośmiu kart z reprodukcjami obrazów z Japonii autorstwa pani Agnieszki Słodkowskiej. W Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie do 9 października ma miejsce wystawa „Japanorama.”
Obrazy pani Agnieszki Obrazy są fantastyczne, są to bowiem „obrazy”, migawki , jak zresztą brzmi podtytuł wystawy są to „Migawki z Bardzo Dalekiego Wschodu”. Może wolę spojrzenie na Japonię właśnie malarki a nie autorów książek spoza kraju, którzy według mnie oczywiście, tak często nie do końca umieją się znaleźć w japońskiej rzeczywistości i albo przesładzają albo przesadzają z krytyką?
Słodkowska skupiła się w swojej malarskiej opowieści z Japonii na mieście. Urbanistyczne relacje to to, co lubię a japońskie metropolie przedstawione w obrazach przez pryzmat opowieści o zwykłych mieszkańcach, to jest to, co sprawiło mi wiele radości podczas oglądania.
Zapewne karnety z reprodukcjami nie ukazują wszystkich powstałych japońskich obrazów, które są wystawione na wystawie, ale i tak wystarczą aby moja wyobraźnia poszła w ruch! Oglądam je, przeglądam i odnoszę wrażenie, że za sprawą jakiejś niezwykłej mocy jestem w tych obrazach. Oto stoję na jednej z ulic miasta a obok mnie przechodzą dwie ubrane w piękne kimona mieszkanki miasta (być może to Kioto?). Przyglądam się grupie japońskich biznesmenów, którzy urządzili sobie przyjęcie hanami pod kwitnącymi drzewami wiśni i właśnie raczą się a to sushi a to kieliszeczkiem sake…Jakaś zaspana kobieta (a może się mylę, może nie przeciera oka a zasłania ucho bo na ulicy jest gwarno?) usiłuje porozmawiać z kimś przez telefon komórkowy jakiegoś poranka w drodze do pracy.
Stoję wieczorem na zakorkowanej ulicy, na której auta stoją zderzak w zderzak, wprost słyszę odgłos klaksonów (nie wierzę, że prędzej czy później komuś nie puszczą nerwy). W ich szybach odbijają się migoczące kolorowe neony stwarzające feerię barw. Ulice są oświetlone, światło to to, co gra w mieście, bowiem zarówno okna okolicznych biur oświetlone rzęsiście. Jest gwarno, ruch, miasta żyją. Gdzieś w bocznej uliczce, co nie znaczy, że pozbawionej świateł i barw, jakaś kobieta z tym tak charakterystycznym dla japońskich ulic przezroczystym parasolem coś właśnie kupuje. Usiłuje przytrzymać ów parasol ramieniem, aby z portmonetki wyjąć odpowiedni banknot i zapłacić za coś, co właśnie kupiła. Sprzedawca cierpliwie czeka. Nigdzie mu się przecież nie spieszy.
Moi czytelnicy, szczególnie mieszkający w miastach wiedzą, że bardzo lubię ujęcia miast właśnie, ale te ukazujące ludzi, ludzi, ludzi. To lubię na fotografiach, jako, że sama w miastach będąc przyglądam się ludziom zachłannie. Autorce obrazów udało się oddać miasto tak, jak sama lubię je oglądać, z jego życiem, wrzeniem, hałasem, miganiem świateł, neonów tak dokładnie skopiowanych przez Słodkowską. Jak tak czytam to, co piszę, to mam wrażenie, że nie umiem wyrazić właściwie słowami całego tego wrażenia, jakie mam na widok owych reprodukcji. Wydaje mi się, że jak to opisuję brzmi to strasznie płytko. A tak nie jest. Domyślam się, że obrazy są jeszcze bardziej interesujące, kiedy ogląda się je w Galerii i można oglądać położenie farby, kiedy gra na nich światło. Czy są wtedy jeszcze bardziej”fotograficzne”? Ika, powiedz, Ty je oglądałaś. Mój P. oglądając ze mną reprodukcje był przekonany, że jedna z nich to zdjęcie właśnie. To chyba komplement?
O samej wystawie możecie poczytać tu.
Minusem reprodukcji jest to, że nie ma na nich napisanych tytułów obrazów, może tego, z jakiego miasta to obraz, roku powstania, wymiarów, tego, czego ja bym akurat oczekiwała, no, ale to taka uwaga techniczna.
Za niespodzianki i pamięć bardzo Wam dziękuję.
wiadomość…
…o kolejnym Dziecku, które Odeszło. Za wcześnie o całe życie. Znów zło, nieszczęście nie pytało, czy można wejść, przyszło, jak to określiła M. „trzasnęło drzwiami” i kolejnym osobom skończył się świat…Znów za M. powtórzę, „dzieci nie powinny umierać. Po prostu”.
