„61 godzin”. Lee Child.

 

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2011.

Przełożył Andrzej Szulc. Tytuł oryginału 61 Hours.

O tym, że lato nie jest taką złą porą roku przypomniała mi w dwójnasób najnowsza książka Lee Childa, czyli „61 godzin”. Oto bowiem w tej części Jack Reacher, człowiek nie posiadający dóbr materialnych jakie na ogół posiada przeciętny człowiek trafia w zimie do Dakoty Południowej. Podkreślam brak materialnych dóbr, bowiem ten emerytowany żandarm trafia tam kompletnie do dłuższego pobytu nieprzygotowany. Nie ma ciepłej kurtki, właściwego obuwia, nie wspominając o rękawicach, czapce czy szaliku. Nie ma, gdyż nie zakładał, że pobyt jego w małej miejscowości Bolton potrwa w ogóle czas jakiś. A o tym, że pobyt miał miejsce zadecydował przypadek, czyli fakt wypadku, jaki miał miejsce. Oto autokar wiozący wycieczkę emerytów wpada w poślizg i zostaje unieruchomiony. Na szczęście nikomu z pasażerów nic poważnego się nie stało. Również pewnemu młodemu pasażerowi gratis, jakim okazuje się Jack Reacher.

Jack nie byłby sobą, gdyby pozostając gdzieś na nawet chwilę nie zorientował się w tym, co najważniejsze w danym mieście. A w Bolton mają pewien spory problem, a mianowicie siedzącego w miejscowym więzieniu przywódcę gangu motocyklistów, którzy handlują narkotykami i jedynego świadka, który może mu zaszkodzić, starszą sympatyczną panią. I dość zawiłą umowę z władzami więzienia, która prowadzi do tego, że w razie jakichkolwiek problemów w więzieniu główny świadek zostaje praktycznie bez nadzoru. Z czym nie zgodzi się Jack, którego poznajemy w tej części jako osobę pomagającą starszym, jak zawsze podkreślam, wychodzi jego cecha, bycia „serduszkiem na dłoni”:)

Tak czy inaczej, sporo w Bolton problemów, z którymi jakoś nie mogą sobie poradzić, do tego w okolicy opustoszała baza wojskowa, do której tak naprawdę nikt nie chce się przyznać, a na to wszystko siekący w twarz mróz i zasypujący okolicę śnieg.

Muszę powiedzieć, że czytana przeze mnie poprzednia książka o Jacku, czyli „Siła perswazji” podobała mi się nieco bardziej, chyba za bardziej zmienną akcję i szybkość działania ale być może ta część wydaje się być spokojniejsza z racji na klimat, który udało się przedstawić autorowi jako ten, który niemal zamraża wszystkie działania i myśli.

Niestety, tym razem zawiodłam się też na tłumaczeniu, sporo jest w nim literówek, nie przetłumaczonych zwrotów (chociażby pojawiający się na stronie 210 „odmalowany siding”). Trochę się to wpisuje w ostatnią dyskusję na forum o Książkach gazety na temat tłumaczeń. Ponieważ jednak do tej pory tłumaczenia Childa autorstwa Andrzeja Szulca mi pasowały, uważam to za jakiś jednorazowy wypadek przy pracy, zdarza się. 

 

Moja ocena to 5 / 6.