
Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (najprawdopodobniej 2011, nigdzie nie mogę znaleźć w książce konkretu).
Przełożył Jarosław Włodarczyk. Tytuł oryginału Hokkaido Highway Blues, Hitchhiking Japan.
Japonia to taka „Toskania Wschodu”, zauważyliście? Książek o podróży obcokrajowców (też nie lubię wyrażenia gaijin) do tego kraju wydanych jest całkiem sporo. I jak to bywa, oczywiście ile książek, tyle opinii, aczkolwiek ja osobiście odnoszę wrażenie, że w stosunku do tego kraju pobito rekordy zatracenia poczucia humoru i zdroworozsądkowego zauważania nie tylko plusów ale i minusów tegoż. O Japonii wolno więc mówić szeptem, z nabożnym szacunkiem, milknąc na odpowiednio długą pauzę, aby zaznaczyć ważkość tematu. Precz z tymi, którzy ośmielą się skrytykować coś, zauważyć wady Japończyków czy pośmiać się z czegoś, co tam zdaje się być zabawne. Zaraz zostają obwołani naczelnymi „nicnierozumiejącymiztegowysublimowanegokrajuktóryłaskawiedajesięnamobejrzeć”.(To nie jest łatwe napisać taki wyraz bez spacji, poćwiczcie sami).
Will Ferguson porywa się więc na niemal niemożliwe, ośmiela się pożartować z Japonii, czym zapewne staje się wrogiem dla fanatyków Kraju Kwitnącej Wiśni, jak i bardziej zapalonych miłośników tegoż. Albowiem w swojej książce nie raz i nie dwa daje wyraz irytacji Japończykami, ich zachowaniem, czy jego brakiem. Wolno mu? Wolno. Robi to z wielkim poczuciem humoru, który spowodował, że czytając tę książkę śmiałam się, czego nie robiłam od bardzo, bardzo dawna. No, ale domyślam się, że dla niektórych stanie się on kimś w rodzaju wroga publicznego…:) Dodać trzeba, że autor umie pośmiać się również z samego siebie, ale to chyba generalnie cecha ludzi z zachodu, dystans do samego siebie i możliwość żartu (nie wyśmiewania) to cecha obca nawet tak wielu Polakom.
Nie, nie, żebym nie została źle zrozumiana. Nie chodzi mi o to, że facet przez całą swoją opowieść marudzi, tego bym nie zniosła, bo będąc sama w złym nastroju, chcę się rozerwać. Ferguson po prostu nie stawia Japonii na piedestale i nie rzuca się przed nią na kolana z nadmierną czołobitnością. Ja wiem, wiem, to pewnie ignorant nie znający się na rzeczy.
Powiedzmy, że ja umiem jakimś krajem się fascynować (na przykład Grecją), ale doskonale zdaję sobie sprawę z jej nieciekawych aspektów czy elementów wpisanych w mentalność tam żyjących.
No, ale o samej książce. Will Ferguson podjął się ciekawego wyzwania, postanowił podążyć za kwitnącymi wiosną kwiatami wiśni, wzdłuż wysp wchodzących w skład państwa japońskiego. Odbywa więc indywidualną sakurę, która pozwoli mu w jakiś sposób zbliżyć się nieco bardziej do Japończyków, którzy szczerze mu ową podróż odradzali, zapewniając go, że spokojna Japonia jest niebezpieczna i że uprzejmi Japończycy nie zabierają nikogo na stopa. Jak jest inaczej, okazało się oczywiście, kiedy niemal zaraz po wyruszeniu, autorowi udało się złapać auto, które go podwiozło.
W czasie swojej podróży autor nie bawi się w intelektualny rozbiór kraju, zajmuje się raczej codziennością, opisem zwiedzanych miejsc, przedstawieniem nam galerii postaci, które napotyka na swojej drodze. Kończy swoją podróż według mnie już jako inny człowiek. Nie, nie doznał oświecenia. Za to okazuje się, że bardziej polubił Japończyków, co zdaje się samego go zadziwiło. Ale i chyba ucieszyło.
Ja również jednak odebrałam go jako innego pod koniec podróży z innego względu. Być może końcówka, jak to zwykle bywa, była po prostu męcząca, ale być może autor również dowiedział się podczas tej podróży czegoś o samym sobie. Czego w książce nie zdradza, ale jakiś taki podskórny klimat odczułam na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.
Mnie, jako naczelnej ignorantce w sprawach Japonii ta książka ogromnie się podobała;)
Daję jej 5 / 6.
