Bielice…

…chcesz znaleźć się na końcu świata? Gdzie żadna sieć nie ma zasięgu? Gdzie wydaje Ci się, że czas się zatrzymał? Nie nie, nie piorą tam w balii i nie jeżdżą końmi (to znaczy jeżdżą, ale używają tych mechanicznych), ale na pewno czas biegnie tam zdecydowanie wolniej niż w reszcie zagonionego świata. Takim miejscem są Bielice i szlaki za samą wsią już. Wiem, że teraz Melilla się uśmiechnie, bowiem tak, ja Bielice kojarzyć będę już zawsze z postacią Marka Hłaski, który tam przebywał i tamtejsze klimaty i doświadczenia przekazał w swojej powieści „Następny do raju”, którą jak wiemy zekranizowano pod tytułem „Baza ludzi umarłych”. Ponieważ był to chyba ulubiony polski autor mojego Ojca, patrzyłam na Bielice trochę Jego oczami. Do Bielic dojeżdża się autem a potem osoby znające się na znakach drogowych widzą, że jest zakaz wjazdu wszelkich pojazdów, zatem wyłazi się z auta i rusza na własnych nogach piechotą na wspaniały spacer po okolicach, które wszak położone są w obszarze Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego.
Bielice owiane są legendami o podobno mających pozostać tu na wieki skarbach niemieckich pochodzących oczywiście z okresu IIWŚ, niemniej jednak ja w skarby wierzę średnio (chociaż kto wie, kto wie, co się tam działo i co się ukrywało podczas ucieczek…) , jednak według mnie ich największym atutem jest właśnie krajobraz, niezwykle piękne widoki, powietrze, które pachnie w jakiś niezwykły sposób. To kolejne miejsce, które polecam na spacery, najlepiej oczywiście, kiedy nie trafi się jak my na intensywne w całym regionie ścinki drzew…
Z Bielicami kojarzy się jeszcze dwie osoby, Michała Klahra, wspomnianego już przeze mnie przy okazji Kolumny na Rynku w Lądku Zdroju, który urodził się tam i niezwykłego Księdza, o którym doczytałam kiedyś u Melilli a którego postać jest według mnie niezwykła i warta pokazania, że są księża, którzy faktycznie czynią swą powinność uczciwie i z powołaniem, są nastawieni na drugiego człowieka. Możecie o Księdzu „Kruszynce” przeczytać tu. 

 

Bielice

nieopodal Międzygórza…

…pielgrzymi mogą odbyć wyprawę do Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, Przyczyny Naszej Radości. Jest tam przywieziona w połowie osiemnastego wieku kopia figurki Matki Boskiej z Mariazell, której kult ma tam miejsce. W roku 1983 Papież Jan Paweł II dokonał podczas Mszy we Wrocławiu koronacji tej cudownej figurki. To kolejne miejsce, które z tego co się zorientowałam nawiedzają między innymi bezdzietne kobiety z nadzieją na wyproszenie łask potomstwa…
Do samego Kościółka jest wejście zapewne w czasie Mszy Świętej, my więc popatrzyliśmy jedynie spoza krat na ową figurkę. Zdjęć robić nie można, ale można nabyć kartki w sklepiku z rozmaitościami obok. Można podziwiać za drobną opłatą ruchomą szopkę i interesującą wystawę związaną z samym miejscem i ogólnie kultem Marii na Ziemi Śląskiej…Uwaga dla chcących się tam wybrać. Uprzedzam, że nie podjeżdża się pod samo Sanktuarium, a zostawia auto na dole i jakieś dwa z kawałkiem kilometry podchodzi pod górę drogą w lesie. Więcej o samym miejscu tu.

Międzygórze w mojej prywatnej ocenie to jedno z najładniejszych miejsc w tamtym rejonie. Posiada niezwykłą aurę alpejskiej wioski z jego alpejską właśnie architekturą drewnianą domostw i pensjonatów. Bardzo ładne miasteczko, w którym również pozostało do dnia dzisiejszego trochę starej zabudowy. 
Jak mniemam większość jednak je odwiedzających trafia tam za sprawą Wodospadu Wilczki, który można podziwiać. Możecie poczytać o nim w Wikipedii o tutaj.

Wodospad robi imponujące wrażenie a podziwianie go polecam w dzień słoneczny, kiedy to jest naprawdę niezwykłe widowisko. Bardzo lubię takie cuda natury…

Wodospad w Międzygórzu

 

Czarna Góra…

…polecam zajrzeć na stronę www.czarnagora.pl

W okresie letnim działa jeden wyciąg, co 45 minut. Warto wiedzieć, że bilety nabywa się w karczmie nieco powyżej wejścia na wyciąg, co na pewno trochę czasu zajmuje, więc warto to uwzględnić jak się chce zdążyć „na styk”. Wjeżdżając na Czarną Górę ma się wiele możliwości wędrowania szlakami, zarówno docierając pod Śnieżnik i zdobywając go, jak również można pokręcić się na górze i zjechać w dół, jak też zejść w dół, co zajmuje nie tak wiele czasu. Szlaki są oznaczone zarówno pod samą Czarną Górą, skąd można o ile się nie mylę, ruszyć nawet na Międzygórze. To już dla bardziej zaawansowanych wędrowców. Widoki w każdym razie gdzie się człowiek nie ruszy, jak w reklamie, czyli bezcenne. Naprawdę można oko napaść zarówno widokami, jak i można się zrealizować fotograficznie. No i poprawić kondycję. 

Po drodze na Przełęcz Puchaczówka można napotkać owce, które co wieczór wędrują w dół z gór, gdzie są wypasane, aby zdążyć na nocleg do Bacówki. Bacówka oferuje oscypki. Tak, oscypki, albowiem owce te przyjeżdżają na wypas z Podhala, aż spod Gubałówki. Obecnie oscypki mają już mało owczego mleka, jednak jest przewaga krowiego, to nie wiosna, ale jak ktoś dotrze tam wiosną, to na pewno naje się ich z przewagą mleka owczego. Owce obecnie były golasami albowiem dopadł je owczy fryzjer, ale myślę, że przed zimą pokryją się ciepłą wełną i nie podziębią się. Dobrze, że pogoda była świetna to myślę, że się nie pochorują.

Okolice południowo-zachodniej Polski, jak wiemy obfituje w Zdroje. Dawne „wody”, do których jeździło się podreperować zdrowie.  „Wody” zmieniły nazwę na zdroje, a poza tym nic się nie zmieniło, dalej jeżdżą tam ludzie aby nabrać sił i zażyć leczniczych wód. Trzeba przyznać, że sporo ludzi z małymi dziećmi wybiera taki pomysł wypoczynku połączony ze zdrowym stylem życia. My byliśmy w dwóch zdrojach, Dusznikach i Lądku Zdroju. 
Lądek Zdrój znowu dzieli się na dwie części, miejską ze Starówką (szkoda, że nie wszystkie kamieniczki odnowione, trochę jest dysonans) z pręgieżem, kolumną autorstwa słynnego w okolicy Michałą Klahra Starszego (z klanu rzeźbiarskiego Klahrów) i częścią uzdrowiskową ze słynnym chyba na całą Polskę domem zdrojowym Wojciech.
Nieopodal Wojciecha jest przyjemna kawiarnia w stylu wiedeńskim, w której raczyliśmy się słodyczami i niezłą kawą (podobno, mnie od czasów ciąży do kawy ciągnąć przestało, więc zdanie opieram jedynie na opinii P.). 

Będąc w Lądku nie sposób nie odwiedzić Arboretum. Bardzo polecam to miejsce jako cel relaksującego spokojnego spaceru wśród oszałamiająco pięknego drzewostanu. Domyślam się, że wiosną jest tam najpiękniej ale i teraz było bardzo miło. No i tam spotkaliśmy sąsiada z Kabat;). 

okolice Czarnej Góry

 

 

wybór bazy…

…na wyprawę to podstawa. My chcieliśmy zatrzymać się nieopodal Kłodzka, wszak zwiedzać mieliśmy Ziemię Kłodzką, jednak nie w samym mieście bo chcieliśmy mieć spokój i ciszę. Niezłym miejscem okazało się Stronie Śląskie. Sądzę, że mało kto wie, jak bardzo aktywnie można spędzać tam czas. Ręka w górę, kto wie, że jest tam wyciąg na Czarną Górę i możliwość uprawiania narciarstwa zimą? No, może fani nart znają ten adres, dla mnie to była nowość, ale muszę przyznać, że faktycznie sądzę, że ci, którzy niekoniecznie marzą o wyprawie do megapopularnych ośrodków narciarskich , śmiało mogą wybrać Stronie. Chociaż uprzedzam, chociaż strona narciarska wygląda na przyzwoicie przygotowaną, to na przykład pod kątem gastronomii jest tam skromnie. My jedliśmy w jednej z restauracji nieopodal stoku (celowo już nie podam nazwy, coby nie reklamować, i tak nie mają zbyt wiele konkurencji, co jak wiemy, wcale nie jest takie dobre). Coś tam jeszcze bliżej stoku widziałam, więc nie to, że nic, ale moim zdaniem mogło by być więcej.
Stronie dzieli się na dwie części, my zatrzymaliśmy się w miejskiej, która niestety, mówiąc wprost , średnio jest urodziwa. Ale niektórzy uprzedzali. Kierowaliśmy się konkretnym miejscem zatrzymania, a więc nieco „skazani” na tę część byliśmy. Stronie Wieś, w której mieści się większość pensjonatów dla kontrastu jest bardzo ładna i taka już właśnie górska. Samo miasto oferuje atrakcje nie tylko zimą, ale posiada zarówno ośrodek sportowy, basen, jak również z tego, co się orientuję, stadion. Jest na pewno wiele możliwości spędzenia czasu, jednak sądzę, że na pewno na stacjonowanie poleciłabym teraz część wiejską. 

Stronie Śląskie posiada swoje zabytki, jak Kościół parafialny ukończony w latach 30stych osiemnastego wieku czy była Kaplica protestancka. Dawniej miejscowość posiadała też Hutę Szkłą, która stanowiła miejsce pracy dla bardzo wielu mieszkańców samej miejscowości jak i okolic. Z niewiadomych dla mnie przyczyn huta nie przetrwała, w sklepie można teraz nabyć produkty nie wykonywane w niej za to tamże wciąż zdobione. Jednak nie rozumiem, jak to możliwe, że całkiem zdaje się odnoszący spore sukcesy zakład po prostu upadł. Sami nabyliśmy w nim szkło po banalnie niskiej cenie (obecnie jest tam naprawdę spora obniżka cen produktów) i chociaż w ludziach z naszego pokolenia „szkło kryształowe” budzi skojarzenia raczej z meblościanką czy wiozącym na Węgry prezent z kryształu inżynierem Karwowskim, muszę powiedzieć jedno, niektóre z produktów Huty Szkła Violetta są naprawdę bardzo ładne.

Do Kłodzka trafiliśmy niestety w bardzo gorącym dla miasta okresie, odbywały się tam dni miasta, o których wcześniej nie wiedzieliśmy, inscenizacje bitw z występami ludzi poprzebieranych w stroje z epoki napoleońskiej i szczerze mówiąc, wyprawa w tłum bardziej nas wymęczyła niż się podobała. Zwiedziliśmy więc tam tylko Twierdzę Kłodzką a i to nieco znużeni. Rzuciliśmy też okiem na Stare Miasto i średniowieczny most i wróciliśmy do nas. Mieliśmy raz jeszcze wybrać się do Kłodzka, jednak muszę przyznać, że jakoś to w końcu rozmyło się.  

Ziemia…

…Kłodzka była przez nas eksplorowana przez ostatnie dwa tygodnie. Przy okazji krótki wypad do Czech, zupełnie na luzie i turystycznie, nawet nie w góry a na popas. 

No i powiem tak, nie dziwię się Czechom, że kręcą takie pozytywne fajne optymistyczne filmy. Mają świetne piwo, niezłe jedzenie (mnie przynajmniej smakuje) i rewelacyjne drogi…

Ale, może się zestarzałam, ale jednak wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej…

„Obraz pośmiertny”. Aleksandra Marinina.

 

Wydało Wydawnictwo W.A.B. Warszawa (2011). 

Przełożyła Aleksandra Stronka. Tytuł oryginału Posmiertnyj obraz.

No cóż, zawód, niestety. I to kolejna książka Marininy, która ukazała się na naszym rynku, a która mnie zawiodła. Poprzednia, nie była przynajmniej z Anastazją Kamieńską, więc myślałam, cóż, tu widać bohater „tworzy” książkę, a przynajmniej po części, ale nie. Nie bardzo wiem, czy to jakieś wewnętrzne zmęczenie materiałem u autorki, bo książka z roku 1995, więc w sumie chyba nie. Nie wiem. Jak do tej pory nie lubiłam Nastki Kamieńskiej z książki na książkę coraz bardziej, ale to jak widzę było na plus. Bo irytowała mnie jej postać, jej niby nie a jednak oczekiwanie podziwu, admiracji. Denerwowało mnie, że jest po prostu mało sympatyczną osobą, ale przynajmniej właśnie budziła jakieś uczucia, nieważne, że irytacji. W tej części opowieści o major Kamieńskiej sama Kamieńska zdaje się być mocno mdła, niemal wyblakła. Cóż, pozostaje jej życzyć, aby to nie świeże zamążpójście nie powodowało tego wyblaknięcia. 

Czego mi zabrakło? Świeżości opisów miasta, którym przecież żyje zarówno sama autorka, jak wykreowana przez nią postać, barwnej analizy tła , zarówno właśnie w opisie miejsc, scenografii, jak również w doborze koloru stworzonych bohaterów. Tego wszystkiego, co do tej pory powodowało, że kiedy czytałam opis późnej jesieni u Marininy, to niemal czułam lodowatą breję wlewającą mi się do buta, jakbym sama stąpnęła w wybrakowany fragment chodnika przy jednej z moskiewskich ulic. 

Sama intryga kryminalna również na kolana nie rzuciła, powody postępowania mordercy również bardzo wydumane. Jakieś pozaczynane wątki poboczne, które urywają się nieco, ogólnie odnosiłam wrażenie lekkiego chaosu. Wielka szkoda.

Tym razem major Kamieńskiej przyjdzie rozwiązywać sprawę morderstwa młodej, wybijającej się dopiero ale mającej przed sobą świetlaną przyszłość aktorki Aliny Waznis. Dla Anastazji środowisko aktorsko reżyserskie jest nieco dalekie, dlatego prosi o pomoc dawnego kolegę z pracy a obecnie pełniącego funkcję szefa ochrony w studio filmowym , w którym pracowała młoda aktorka. Szybko okazuje się, że całkiem sporo osób mogło mieć pretensje do gwiazdy. Powodów do nielubienia było dość dużo a często wystarczy jedna chwila kiedy ktoś da ponieść się niepotrzebnym emocjom i nieszczęście gotowe. 
Oczywiście i tym razem jednak Anastazji uda się rozwikłać tę sprawę.

Daję 4 / 6 i to nieco z sentymentu do serii i z nadzieją, że następne przygody major Kamieńskiej okażą się jednak bardziej interesujące i godne lepszej oceny.  

dziękuję…

…za wszystkie życzenia na Narodziny Emilki i z powodu Jej Odejścia, jakie od Was otrzymaliśmy.

Dziękuję też za to, że wciąż pamiętacie o moich pocztówkowych zbiorach i podsyłacie coś niecoś. To trochę wiąże mnie, prowadzi jakąś nitkę z życiem przed tym życiem, czyli w jakiś sposób przypomina o tym, co kiedyś mnie cieszyło czy radowało. Nie wymienię wszystkich miejsc, z których dostałam kartki, ale świadczą one o tym, że macie udane wyjazdy czy wakacje. Dzięki za pocztówki z Helu, Władysławowa, Roztocza, Izraela, Turcji, Krety i co muszę odnotować, Pragi. A tę muszę odnotować specjalnie, bo to pierwsza kartka od kogoś, kto wprost napisał, że jemu się Praga nie podoba i jest według tej osoby przereklamowana. Nie byłam, więc nie wiem, ale własne zdanie można mieć, więc przyjmuję, może kiedyś zobaczę sama, jak to jest z tą Pragą, ale na razie mnie jakoś nie kusi…Nie dlatego, że według kogoś z Was przereklamowana, ale chyba dlatego, że mnie ostatnio chyba niewiele kusi;(

Wczoraj otrzymałam piękny prezent od Atsanik z Kanady, za który muszę osobno podziękować. Dostałam piękny łapacz snów. To nie pierwszy łapacz snów, jaki ktoś z Was mi podarował (wiem, te moje koszmary stają się powoli legendą) , ale ten jest z Kanady, robiony przez Indian, tym bardziej cenię, jako, że Kanada kiedyś tak mnie do siebie przyciągała niezwykle…Wzruszyłam się tym prezentem, że ktoś tam o mnie myśli, wysyła pozytywną energię…Do tego karta z reprodukcją pracy Maxine Noel , ja otrzymałam „Sun Catcher”.
Lubię sztukę indiańską. Kiedyś ktoś podarował mi amulet zrobiony właśnie przez Indian Ameryki Północnej, niestety, amulet się popsuł, kamień, z którego był wykonany pękł przy jakimś upadku;( mam też indiańskie kolczyki, nie wiszące, co pewnie może kogoś zdziwić, a sztyfty do uszu z ładnym turkusem…

Dziękuję za pamięć i dobre emocje…

„61 godzin”. Lee Child.

 

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2011.

Przełożył Andrzej Szulc. Tytuł oryginału 61 Hours.

O tym, że lato nie jest taką złą porą roku przypomniała mi w dwójnasób najnowsza książka Lee Childa, czyli „61 godzin”. Oto bowiem w tej części Jack Reacher, człowiek nie posiadający dóbr materialnych jakie na ogół posiada przeciętny człowiek trafia w zimie do Dakoty Południowej. Podkreślam brak materialnych dóbr, bowiem ten emerytowany żandarm trafia tam kompletnie do dłuższego pobytu nieprzygotowany. Nie ma ciepłej kurtki, właściwego obuwia, nie wspominając o rękawicach, czapce czy szaliku. Nie ma, gdyż nie zakładał, że pobyt jego w małej miejscowości Bolton potrwa w ogóle czas jakiś. A o tym, że pobyt miał miejsce zadecydował przypadek, czyli fakt wypadku, jaki miał miejsce. Oto autokar wiozący wycieczkę emerytów wpada w poślizg i zostaje unieruchomiony. Na szczęście nikomu z pasażerów nic poważnego się nie stało. Również pewnemu młodemu pasażerowi gratis, jakim okazuje się Jack Reacher.

Jack nie byłby sobą, gdyby pozostając gdzieś na nawet chwilę nie zorientował się w tym, co najważniejsze w danym mieście. A w Bolton mają pewien spory problem, a mianowicie siedzącego w miejscowym więzieniu przywódcę gangu motocyklistów, którzy handlują narkotykami i jedynego świadka, który może mu zaszkodzić, starszą sympatyczną panią. I dość zawiłą umowę z władzami więzienia, która prowadzi do tego, że w razie jakichkolwiek problemów w więzieniu główny świadek zostaje praktycznie bez nadzoru. Z czym nie zgodzi się Jack, którego poznajemy w tej części jako osobę pomagającą starszym, jak zawsze podkreślam, wychodzi jego cecha, bycia „serduszkiem na dłoni”:)

Tak czy inaczej, sporo w Bolton problemów, z którymi jakoś nie mogą sobie poradzić, do tego w okolicy opustoszała baza wojskowa, do której tak naprawdę nikt nie chce się przyznać, a na to wszystko siekący w twarz mróz i zasypujący okolicę śnieg.

Muszę powiedzieć, że czytana przeze mnie poprzednia książka o Jacku, czyli „Siła perswazji” podobała mi się nieco bardziej, chyba za bardziej zmienną akcję i szybkość działania ale być może ta część wydaje się być spokojniejsza z racji na klimat, który udało się przedstawić autorowi jako ten, który niemal zamraża wszystkie działania i myśli.

Niestety, tym razem zawiodłam się też na tłumaczeniu, sporo jest w nim literówek, nie przetłumaczonych zwrotów (chociażby pojawiający się na stronie 210 „odmalowany siding”). Trochę się to wpisuje w ostatnią dyskusję na forum o Książkach gazety na temat tłumaczeń. Ponieważ jednak do tej pory tłumaczenia Childa autorstwa Andrzeja Szulca mi pasowały, uważam to za jakiś jednorazowy wypadek przy pracy, zdarza się. 

 

Moja ocena to 5 / 6.

co pewien czas…

…tak, dopada mnie coś w rodzaju słowotoku. A co chciałam napisać? Co pewien czas odbywa się coś w rodzaju wzajemnego wręczania sobie nagród wśród blogerów, zapożyczając z Mikołajka, „wszyscy nagradzają wszystkich”. Kolejna zabawa odbyła się czas jakiś temu, trzeba było mianować szesnaście blogów, z tych, które się czyta i napisać o sobie siedem rzeczy, które rzekomo nie są znane czytelnikom bloga. Zapewne sztuka trudna dla takich dinozaurów, jak ja, uważni i dłużej czytający znajomi sporo o mnie wiedzą. No i ja , jak Czara, nie umiałabym nagrodzić konkretnych blogów, bowiem u mnie w linkach same interesujące, wychodzę z tego założenia. Ale i tak nie musiałam się martwić, bo nikt mnie nie nominował, zazwyczaj to mnie omija.
Ale sama idea napisania siedmiu rzeczy o sobie, rzekomych sekretów skusiła , tak więc…

1. nie lubię sobót…tak tak. Ten chyba najbardziej lubiany przez innych dzień tygodnia mi kojarzy się jakoś nieprzyjemnie. To w ten dzień dostałam sms z wiadomością, że córeczka znajomej Blogerki jest na OIOMIE. To w sobotę dostałam informację o tym, że chłopak znajomej zmarł. Kilka innych nieprzyjemnych wiadomości również tego dnia mnie doszło.

2. nienawidzę szpitali. Mam na nie traumę od wczesnego dzieciństwa, kiedy to trafiłam zupełnie bez sensu (jak się potem okazało) do szpitala poza W-wą, w którym co ciekawe, nic złego mnie nie spotkało, a przemiłe panie pielęgniarki zabrały mnie nawet na porodówkę pokazać płaczące dzidziusie.

3. odczuwam lęk odbierając telefon z numeru, którego nie znam.

4. z przyczyn osobistych bardzo chciałabym kiedyś skontaktować się z Aleksandrą Nieśpielak.

5. mogę wiele przebaczyć ale pamiętam…

6. …a to wiąże się bowiem z moją pamięcią, którą mam jak przysłowiowy słoń, co wcale nie jest zawsze takie fajne, bo są rzeczy, które chciało by się wymazać z pamięci.

7. maniakalnie niemal uwielbiam stare polskie seriale jak „Wojna Domowa”, „07 zgłoś się”, „Czterdziestolatek”, znam niektóre teksty na pamięć i niektórymi z nich posługuję się wręcz na co dzień.

Jakby ktoś chciał się pobawić (czy jest jeszcze ktokolwiek, kto nie wziął udziału w tym sekretniku?) to niech zostawi tu ślad z adresem bloga.

plaga komarów…

…właśnie na gazecie wyczytałam, że wszyscy narzekają. Myślałam, że tylko u nas ta swołocz komarowa się rozpleniła. Jeśli narzekałam w zeszłym roku, to wtedy to było nic, teraz jest koszmarnie. Środki przeciw komarom pomagają według mnie względnie. A i te w domu, włączane do kontaktu nie do końca, zawsze jakiś się prześlizgnie przez zaporę i rankiem oczekuje mnie uśmiechnięty jak drapieżny wampir w łazience. Wczoraj stoczyłam dwie nierówne walki z dwoma niezależnie zaczajonymi na mnie tamże. Raz myłam zęby, więc cwany wiedział, że nie mam jak go dopaść. W naiwności swojej myślałam, że może uda mi się go zatopić, w rezultacie cała łazienka zalana a ja w końcu rozplaszczyłam go na ścianie, chociaż się ich brzydzę. Drugiego ubiłam, kiedy myłam ręce (znowu wiedział, że mam je zajęte) zdecydowanym klaśnięciem. 
Brrr…Z niepokojem myślę o zbliżającym się wyjeździe. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy Kotlina Kłodzka obfituje w komary? No nic, oby nie. Chociaż optymistką po tegorocznych lipcowych ulewach bym nie była. Nie wiem, jak Wy, ale ja jako alergik naprawdę źle znoszę ukąszenia komarów, bąbel rozlewa się naprawdę spektakularnie.

Z życia sąsiedzkiego, od dłuższego czasu sąsiedzi z góry dołożyli do swojego stałego repertuaru nowość. Doszły awantury. Od „ligthowych” z tylko wulgarnie wywrzaskiwanymi przez któryś męski głos przekleństw do takich fest, jak ja to nazywam z rzucaniem czymś twardym i hałaśliwym na podłogę a niestety, nasz sufit. Dziś rano obudziła mnie ta lightowa, bez walenia w podłogę. Awantur do tej pory chyba nie było, chociaż teraz nie wiem, być może to , co brałam za dzieciaków kłótnie rodzeństwa było awanturami? Z tym, że wtedy nie było tak strasznie wulgarnie. Zastanawiam się, który to pan taki awanturny, mężuś czy wyrośnięty już syn student. No i co tu z takimi zrobić? Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc, a przyznam się Wam, że taki „bierny” udział w czyjejś awanturze działa na mnie bardzo nieprzyjemnie, naprawdę takie złe emocje jakby z góry spływały;(