…dotarła do mnie za sprawą trzech pocztówek z Kirgistanu, w którym spędzała wolne dni znajoma blogowa. Kartki, jak to z najdzikszej Azji, jak sama autorka określiła region, szły sobie dość dostojnie, bo jak widzę, prawie miesiąc, ale nieważne. Najważniejsze, że doszły. Może to taka lekcja? Aby się niepotrzebnie nie spieszyć, aby smakować to wszystko dookoła?
A na kartkach zarówno pan z sokołem, jak i szerokie rozległe stepy i domki, namioty. Czy to jurty? Bo wyglądem tak mi się kojarzą, ale nie wiem, czy nazwa jurta nie jest "zarezerwowana" jedynie dla Mongolii?
Sprawdziłam w wujku google, myślę, że poprawnie nazywam te niezwykłe namioty. I tak, kartki wyzwalają jakieś niezwykłe poczucie dzikości, niezależności, swobody i wolności, tego wszystkiego, co cechuje ludy koczownicze, nie dające się pokonać nawet podczas lat komunizmu. Takiej wolności się nie okiełzna. Tak sądzę.
Swego czasu miałam ciekawą okazję wysłuchać pieśni któregoś z ludów koczowniczych. Nie wnikając w szczegóły, rzecz działa się na korytarzu bloku mieszkalnego, a ja w pewnej chwili utkwiłam z uchem przyczepionym do drzwi własnych targana niezwykłymi uczuciami, takim niezwykłym uczuciem, które szarpało moje serce ni to tęsknoty za czymś nieznanym ni to poczuciem tego, że prawdziwej swobody nikt nie może odebrać ni to z kolei chęcią wyrwania się gdzieś daleko jak najdalej…nie zapomnę tego nigdy. Gdybym wtedy miała pod ręką rumaka, być może wskoczyłabym na koń i uciekła hen daleko przed siebie, taką wtedy wzbudziła ta pieśń we mnie tęsknotę i jakąś chęć wyrwania się z tego, w czym byłam…
Za pocztówki z niezwykłego miejsca i pamięć wielkie dzięki.
