prawdziwa dzikość…

…dotarła do mnie za sprawą trzech pocztówek z Kirgistanu, w którym spędzała wolne dni znajoma blogowa. Kartki, jak to z najdzikszej Azji, jak sama autorka określiła region, szły sobie dość dostojnie, bo jak widzę, prawie miesiąc, ale nieważne. Najważniejsze, że doszły. Może to taka lekcja? Aby się niepotrzebnie nie spieszyć, aby smakować to wszystko dookoła?
A na kartkach zarówno pan z sokołem, jak i szerokie rozległe stepy i domki, namioty. Czy to jurty? Bo wyglądem tak mi się kojarzą, ale nie wiem, czy nazwa jurta nie jest "zarezerwowana" jedynie dla Mongolii?
Sprawdziłam w wujku google, myślę, że poprawnie nazywam te niezwykłe namioty. I tak, kartki wyzwalają jakieś niezwykłe poczucie dzikości, niezależności, swobody i wolności, tego wszystkiego, co cechuje ludy koczownicze, nie dające się pokonać nawet podczas lat komunizmu. Takiej wolności się nie okiełzna. Tak sądzę.
Swego czasu miałam ciekawą okazję wysłuchać pieśni któregoś z ludów koczowniczych. Nie wnikając w szczegóły, rzecz działa się na korytarzu bloku mieszkalnego, a ja w pewnej chwili utkwiłam z uchem przyczepionym do drzwi własnych targana niezwykłymi uczuciami, takim niezwykłym uczuciem, które szarpało moje serce ni to tęsknoty za czymś nieznanym ni to poczuciem tego, że prawdziwej swobody nikt nie może odebrać ni to z kolei chęcią wyrwania się gdzieś daleko jak najdalej…nie zapomnę tego nigdy. Gdybym wtedy miała pod ręką rumaka, być może wskoczyłabym na koń i uciekła hen daleko przed siebie, taką wtedy wzbudziła ta pieśń we mnie tęsknotę i jakąś chęć wyrwania się z tego, w czym byłam…
Za pocztówki z niezwykłego miejsca i pamięć wielkie dzięki.

magnolie już kwitną

Zainteresowanym donoszę, że w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie kwitną już magnolie. Wczoraj wybraliśmy się na spacer z całkiem innym założeniem, to znaczy mnie się marzyły stricte wiosenne kwiatki i rośliny a tych nie było za wiele, jedynie narcyzy ładne i nieco tulipanów kolorowych, za to ku naszemu zdziwieniu okazało się, że magnolie kwitną, jak najbardziej i mają się świetnie.
Wiem, że sporo osób wyczekuje na ten moment, tym bardziej, że nie jest on najdłuższy, a więc daję znać. Na plakacie, który widniał w Ogrodzie zauważyłam, że 25-tego zapraszają nawet na zwiedzanie i podziwianie magnolii tamże z przewodnikiem.
No proszę, nie przyszło mi do głowy wcześniej sprawdzić jaką też Ogród ma stronę w internecie a ma:

http://www.ogrod-powsin.pl/

Równo 85 lat temu Polskie Radio rozpoczęło swoje nadawanie. Jak wiecie, ja od wielu lat pozostaję wierna Jedynce radiowej, szczególnie, jak trafia się okres, kiedy mniej politykują, zresztą akurat audycje, których ja słucham, na szczęście o politykę się nie obijają i dobrze, bo od dłuższego czasu ten temat tylko mnie rozdrażnia.
Polskie Radio kojarzy mi się nieodparcie z jedną na najlepszych polskich komedii, przedwojennym filmem "Piętro wyżej" , przy którym to współczesne twory usiłujące nosić miano polskiej komedii romantycznej mogą się jedynie schować i najlepiej nie wychodzić już w ogóle.
W "Piętro wyżej" spiker Polskiego Radia Pączek nie dość, że zagrany świetnie przez Eugeniusza Bodo, to jeszcze właśnie rozśpiewany na antenie o tym, że "umówił się z nią na dziewiątą".

egzotyka…

…w postaci kartki z Izraela do mnie dotarła. Egzotyka o tyle, że z Haify, miasta, z którego o ile dobrze pamiętam, chyba nigdy kartki nie otrzymałam. W ogóle z Izraela kartek otrzymuję niewiele, tym bardziej dziękuję za pocztówkę z ogrodami bahaickimi z Góry Karmel o ile dobrze sprawdziłam w internecie. O bahaizmie, od razu powiem, nie wiem kompletnie nic, tym większa to dla mnie jak już wspomniałam, egzotyka. Dziękuję za pamięć i pocztówkę.

Otrzymalismy też już pierwszą Świąteczną kartkę, Finetko, dziękuję.

Nawiązując do spraw poczty, to najprawdopodobniej za chwilę czeka nas w związku z tą nielubianą instytucją kolejny problem. Otóż mają zamknąć placówkę nam najbliższą. Już nie chodzi tylko o to, że faktycznie położoną blisko i co tu dużo kryć, wygodne to było. Chodzi o to, że poczta nie pomna na to, że oddział pocztowy zdaje się powinien być na jakąś konkretną liczbę mieszkańców, chce nas skazać na nieposiadanie takowego i ganianie w odległe miejsce, które i tak jest już teraz oblężone i zatłoczone. Oczywiście, że nie jestem z tego powodu zadowolona, będzie nowy problem. Już teraz zdarza się, że po list polecony wystać się trzeba było i godzinę, nie wyobrażam sobie, co może być, jak zamkną nasz urząd i wyślą na Berdyczów.
Ja wiem, że często się śmieję, że my tu praktycznie mieszkamy jak na wsi, ale nie wiedziałam, że to aż tak ma być akcentowane (bowiem o ile się nie mylę, zdaje się, że to na wsiach najbardziej poczta zapowiadała cięcia i zamykanie oddziałów).

„Cios. Szczelina”. Henning Mankell.

Cios.Szczelina.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska.
Tytuł oryginalny Hugget, Sprickan.

Bardzo się cieszę, że Henningowi Mankellowi przyszedł do głowy pomysł popełnienia kilku opowiadań z akcją w czasach, kiedy to jego bohater Kurt Wallander dopiero zaczyna swoją historię z policją. Zanim my, jako czytelnicy, poznajemy go w serii kryminalnej.
W rozpoczynającym się w roku 1969 w Malmo opowiadaniu "Cios" poznajemy Kurta jako zupełnego młodzika bo dwudziestojednoletniego chłopaka, który dopiero co wdraża się w życie policyjne. Rozpoczyna jako patrolujący ulice Malmo ale od samego początku czuje, że chce czegoś więcej. Jego marzeniem jest rozpoczęcie pracy w wydziale kryminalnym, do czego z pełną konsekwencją zmierza. A zaczyna z przytupem, kiedy mieszkający w mieszkaniu obok Wallandera mężczyzna umiera. Wszystko wskazuje na samobójstwo, a jednak Kurt czuje, że to nie to, że jest coś poza tym, co może się wydawać. Jednym słowem nie wierzy w samobójstwo i rozpoczyna swoje własne indywidualne (chociaż niezgodne z regulaminem policyjnym) śledztwo. Które to zakończy się powodzeniem, aczkolwiek będą sceny dramatyczne.
W tym opowiadaniu poznajemy też Monę, przyszłą żonę komisarza, która na tym etapie jest dopiero jego dziewczyną. Nie dziwi mnie późniejszy rozpad związku komisarza i jego żony, jako, że od początku widać, że oboje chyba zbyt wiele dzieliło, niż łączyło, a Mona chyba niezbyt zdawała sobie sprawę z tego, czym jest wyjście za mąż za policjanta. Poznajemy też ojca Kurta i co nie jest dziwne szczególnie jak zna się późniejsze relacje obu panów, ich kiepskie relacje, które zdają się mieć podłoże gdzieś jeszcze dawniej, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie.

W drugim opowiadaniu "Szczelina", bardzo krótkim, Wallander właściwie mniej śledzi, ( akcja dzieje się szybko i dość dynamicznie), a więcej zastanawia nad tym, co nazywa "szczeliną" w szwedzkim społeczeństwie. Szczeliną, która wiele zmienia, jak również pokazuje, zwłaszcza policji zmiany społeczeństwa i eskalację przemocy i agresji.
W tej części też mamy zapowiedzi późniejszych problemów, na których skupia się autor, jak również, co już dotyczy biografii samego bohatera, mowa jest o zmianie miejsca zamieszkania, żonaty już bowiem Kurt wraz z żoną i pięcioletnią córką Lindą przenoszą się do Ystad.

Przyjemnie jest powrócić do przygód Wallandera, zwłaszcza po ostatniej, kończącej cykl książce, jak również miło jest poznać jego losy jako młodego i początkującego policjanta.

Moja ocena to 4.5 /6.

wiosna na całego…

…wczorajszy spacer do lasu potwierdził, że wiosna na całego jest i życie wrze po zimowej zastoi.
Specjalnie poszliśmy do lasu, bo u nas bardzo "zaziębiony" las, to znaczy niekoniecznie, że kicha i kaszle, ale zięby go sobie szczególnie ulubiły. Ja z kolei lubię zięby i ich śpiew, który zawsze mnie przekonuje, że wiosna nadeszła na pewno. A jeszcze jak panowie rozdzieliwszy tereny nie boją się nic i tkwią na gałęzi ogromnie blisko człowieka i śpiewają mu niemal w twarz, no to już wiadomo, wiosna się rozgościła. Wszyscy krzątają się za swoimi sprawami gniazd, porządkowania tychże i niebawem za uwodzeniem pań i lęgami.
Dzięcioły szaleją aż miło, również kują, stukają, podejrzewam, że sprawdzają jakość dziupli przed lęgami, no, przynajmniej na ich miejscu to właśnie bym robiła.
Również kosy i śpiewaki pojawiły się i wyraźnie krzątają za sprawami.
Uwielbiam ten odgłos lasu w kwietniu i maju, kiedy las wrze, krzyczy wręcz, ogłasza, że zima poszła sobie precz, że zimowej ponurości wszyscy mówią nie, że pojawia się nowe życie i odnawia to, co wydawało się drzemać.
Kiedyś moją ulubioną porą roku było lato, ale to chyba wynikało z bycia dzieckiem i co zrozumiałe, z wakacji, które wtedy na lato przypadały. Teraz moją ukochaną porą roku jest wiosna.

dzisiejsza data…

…nastroiła mnie do wpisu przypomnieniowego. Nie, nie chodzi mi ani o Prima Aprilis (wkręciliście dziś kogoś?) ani o Międzynarodowy Dzień Ptaków (wszystkiego najlepszego dla ptaków z tej okazji), a o to, że jedynka. Pierwszy kwietnia. Która to data skojarzyła mi się z nieodwołalnym obowiązkiem rozliczenia się z ukochanym państwem za pomocą pitu. No i, co mamy od lat kilku, możliwością przekazania swojego jednego procenta jakieś organizacji pożytku publicznego czy osobie indywidualnej, która ma konto w takiej właśnie fundacji. I nie przyjmuję do wiadomości wykrętów w stylu "ale mój jeden procent to tak niewiele, że nie ma sensu". Sens ma każdy grosz, naprawdę. Pomyślcie sobie, że te pieniądze naprawdę komuś się przydadzą.
My już mamy wybrany cel oddania naszego 1%, a Wy? Pamiętajcie, jest jeszcze czas, aby spokojnie się zastanowić i podzielić z kimś, kto będzie tego potrzebował.