Wydana w Noir sur Blanc. Warszawa (2011).
Przekład Marek Fedyszak. Tytuł oryginalny The Girl of His Dreams.
To kolejna na rynku powieść Donny Leon po "Okropnej sprawiedliwości", którą czytałam jakiś czas temu i która mi się średnio podobała, która właśnie mnie zawiodła. Zdecydowanie, od paru książek, widzę spadek formy i pomysłowości autorki. Zaczyna ogólnie mówiąc przynudzać. Zawsze w jej książkach sporą rolę odgrywały sprawy społeczno obyczajowe i zawsze widać zdecydowanie jej polityczne przekonania i racje, jednak były one zgrabnie wplecione w warstwę kryminalną. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że kolejne książki Donny Leon stają się pretekstem do zamanifestowania jej racji z pominięciem wystarania się o pomysł na kryminał. I mnie tego zdecydowanie brakuje. W tej książce w ogóle odniosłam wrażenie, że autorka sama się pogubiła.
Jakby miała pomysł na jedno, potem na drugie a właściwie zdecydowała się na apel o wrażliwość społeczną. Nieprzekonywujący bo trącący zbytnią poprawnością polityczną i nieco zbyt wyładowaniem kawy na ławę. To moje osobiste zdanie i podkreślam, naprawdę nie zamierzam z nikim się spierać, jeśli ktoś odczuje to inaczej ani tym bardziej kruszyć kopii, bo mam inne sprawy na głowie, jednak odnotowuję ten fakt, bo ma miejsce i jakoś mnie bardziej ta książka wymęczyła niż sprawiła przyjemność. Niekoniecznie ze względu na to, jaką fabułę wymyśliła autorka i jak bardzo czarną rzeczywistość starała się odmalować.
Przy tym wszystkim po raz kolejny odczuwam znużenie i irytację jedną z postaci kreowanych przez autorkę a mianowicie żoną komisarza Brunettiego, Paolą. Jest to, jak ostatnio pisałam nawet na zaprzyjaźnionym forum dla miłośników kryminałów, jedna z najbardziej irytujących mnie postaci fikcyjnych. Baba, koło której trzeba chodzić na paluszkach i zastanowić się pięć razy, zanim powie się cokolwiek, aby nie narazić się na co najmniej chłodne spojrzenie jeśli nie wyniosły komentarz czy wręcz nieprzyjemną odzywkę. Niestety, znałam takie kobiety w rzeczywistości co pewnie wpływa na mój osąd Paoli. Nie lubię tej postać jeszcze również dlatego, że jest jedną z najmniej przyjemnych partnerek jakie znam z literatury. Odnoszę wrażenie, że mimo pozorów szczęśliwości owego literackiego związku małżeńskiego, to jedynie Donna Leon przekonana jest, że tak właśnie wygląda kochająca i szanująca partnera żona. Ja odnoszę wrażenie, że większość czasu Paola spędza na wychwalaniu samej siebie jak to znosi życie z tym prostym policjantem, za jakiego przyszło jej wyjść, który nie rozumie jej wysublimowanego spojrzenia na literaturę, sztukę i świat dookoła. Ba, który ma swoje zdanie na niektóre tematy. Żeby miał, to jedno, ale to zdanie nie w stu procentach pokrywa się z jej. No, niedoczekanie.
Osobiście nie dziwię się, że większość policjantów stworzonych przez autorów czy autorki kryminałów ma nieustabilizowane życie rodzinne. Myślę, że nie mając takiej Paoli koło siebie są co najmniej szczęściarzami. Inaczej popadli by w jeszcze większą frustrację i alkoholizm, kto bowiem wytrzyma wieczną krytykę i czepialstwo się o wszystko.
Jak już wygadałam się na tę panią, powrócę jeszcze na chwilę do samej książki. Jak już wspomniałam, odniosłam wrażenie, że autorka tym razem sama się pogubiła. Zaczęła jeden wątek, w którym oczywiście znowu najbardziej chodziło o to aby przypomnieć antyklerykalne nastawienie autorki (naprawdę pamiętam, że Donna Leon pała niechęcią , żeby delikatnie powiedzieć do osób wierzących i stara się ośmieszać instytucję kościoła w niemal każdej swojej książce, jednak jak każdy wie, można tak krytykować, aby wyszło to zgrabnie i przywalać, co niestety, odnoszę wrażenie, staje się ostatnio domeną autorki), który to wątek urwała w jakiś nieskoordynowany do końca sposób. Następnie postanowiła stworzyć warstwę kryminalną, która znowu stanowiła jedynie blade tło do jej kolejnych apeli. Apeli może i słusznych jeśli jest się rozpolitykowaną osobą zajmującą się żywo sprawami społecznymi. Szkoda chyba tylko, że Donna Leon nie pomyśli o wydaniu tychże swoich nawoływań i apeli w innej formie. Ja wciąż jednak oczekuję od niej kryminału a nie trybuny ludu a zaczynam odczuwać, że wraz z kolejnymi książkami te proporcje odwracają się znacznie.
Tak, krytykuję tę książkę, bo nie sprawiła przyjemności. Wymęczyła, ale nie dlatego, że autorka porusza problemy społeczne nieakceptowania napływowej ludności romskiej na tereny zachodniej Europy a zwyczajnie przynudziła na ten temat. I nie porwała mnie warstwa kryminalna, bo o co chodzi domyśliłam się praktycznie na samym początku. Donna Leon nie wysiliła się i ja to odczuwam. I czuję się zawiedziona.
Jedyne, do czego mnie skłoniła, to do przemyśleń na temat poprawności politycznej i to w szerokiej skali. Niekoniecznie tej, którą chciała tu ona sama przedstawić, ale to już pomysł na dyskusję w innym miejscu i innym wątku.
Daję 3.5 / 6 i to jedynie z ulitowania się nad biednym Brunettim, który musi męczyć się na co dzień z taką heterą, jaką ma w domu;)
