„Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Ałbena Grabowska-Grzyb.

Bulgaria

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2011).

W ciągu paru dni odbyłam niezwykłą podróż. Podróż literacką a jednak z pomocą własnej wyobraźni i świetnych opisów autorki książki, podróż wręcz niemal realną. Dokąd odbyła się podróż? Do kraju, który kiedyś był dość popularny w Polsce a teraz chyba stał się nieco zapomniany (a może się mylę?), a mianowicie do Bułgarii. O Bułgarii nasłuchałam się swego czasu mnóstwo zachwytów od mojej Mamy, która jeździła tam, co prawda nie na wakacje, ale do pracy, niemniej jednak kraj zdążył ją zauroczyć.
Muszę przyznać, że po lekturze książki "Tam, gdzie urodził się Orfeusz" i ja nabrałam ochoty na wyjazd tam i to jak najszybciej. Niekoniecznie nad morze, chociaż na pewno miło by było pokąpać się w ciepłej wodzie, ale tam, gdzie bywała autorka książki, mająca mamę Bułgarkę, która założyła w Polsce rodzinę. A mianowicie jeździła ona rok w rok na wakacje do babci,w Góry Rodopy.

Opowieść autorki to coś, co odróżnia się od tak popularnego ostatnio nurtu książek opisujących zycie w innych krajach. Odróżnia się po pierwsze samym faktem, że autorka nie opisuje przeniesienia się tamże i rozpoczęcia nowego życia ale, co najważniejsze, jest ona nie przesiedleńcem w nowym miejscu a właściwie pozostaje wciąż kimś "stamtąd". Nieważne, że nie urodziła się w Bułgarii a w Polsce. Jej bułgarska rodzina tam wciąż zamieszkuje, sama ona zna język bułgarski, posługuje się też biegle lokalnym dialektem. jest wdrożona w tamtejsze obyczaje, zwyczaje, kulturowość. żyjąc w Polsce wciąż pozostaje członkiem społeczności, tym bardziej, że teraz już z własnymi dziećmi i mężem wciąż na wakacje trafia do rodzinnej miejscowości mamy i babci, gdzie jest dom rodzinny, którego połowa do niej teraz należy.
Książka ta stanowi opowieść o życiu w wiosce górskiej w Rodopach. O historii regionu, o tym, jakie ludy zamieszkiwały tamte tereny, także jest to niezwykle barwna opowieść o obyczajach, od narodzin, kulturze, o przesądach i o wszystkim tym, czym tam się żyje. Jest też poszukiwanie grobu Orfeusza, bowiem według pewnych przekazów tam właśnie podobno się on może znajdować.
Ja osobiście uwielbiam takie opowieści, niezwykle mnie one interesują, a autorka, co ciekawe, nie mająca literackiego wykształcenia a będąca specjalistą nauk medycznych, ma dar do opowieści interesujących i barwnego nie przynudzającego języka. Czułam się właściwie, jakbym miała znajomą, która zaprosiła mnie na jakieś smaczne danie i wyborne bułgarskie wino i opowiada, opowiada, opowiada o tym, jak się żyje w kraju jej przodków, w wiosce, skąd pochodzi jej rodzina.
Właściwie to książka mogła się nie kończyć, chętnie poznałabym jeszcze więcej informacji na temat zarówno okolic jak i samych ludzi.
Moje zdumienie było dość duże, gdy czytając odkrywałam, jak wiele obyczajów jest podobnych do tych, które obowiązują nawet teraz w Grecji. Oczywiście, ktoś powie, przecież Bułgaria graniczy z Grecją, to tak naprawdę bliskie sąsiedztwo. A jednak sądzę, że nie wszystkie bałkańskie kraje mają aż tak dużo wspólnego a tu te styczne odkrywałam i to było dla mnie ciekawe. Ot chociażby zwyczaj nadawania dzieciom imion dziadków. Gra "dama" kojarzyła mi się z grą w tryktraka, tak popularną w Grecji (chociaż tu mogę się mylić, musiałabym dowiedzieć się szczegółowo). No i obyczaj owych dziadków, którzy niemal od rana do wieczora przesiadują w jakimś głównym miejscu wioski, gdzie spędzają dzień na leniwych pogawędkach, czytaniu gazet, popijaniu rakii.
Co kojarzyło mi się jeszcze z Grecją, to owe górskie kaplice, które w Grecji są mini  wersją większych budowli, a w Bułgarii nazywają się konkretnie "paraklisy", często ongiś fundowane po jakimś śnie fundatora, w którym nakazano mu ufundować kościół w danym miejscu.
Książka zachęciła mnie jednak do pojechania nie tylko poprzez ciekawą opowieść o ludziach żyjących tam i ich zwyczajach ale również ogromnie zaciekawiły mnie same Rodopy, ich zabytki, jak również same formacje skalne, górskie, jaskinie, wodospady, czyli ogólnie mówiąc miejsca,  które zdają się być niezwykle interesujące i warte odwiedzenia.
Czego mi zabrakło to jakiegoś konkretniejszego zakończenia samej opowieści. Obecnie wygląda to tak, jakby autorka urwała dość nagle swoją relację. Ja jednak oczekiwałam czegoś, co zamknie opowieść czy to bez zapowiedzi następnych opowieści czy to może właśnie z zapowiedzeniem kiedyś tam kontynuacji.
Natomiast miłośnikom kuchni bałkańskiej polecam zajrzenie na koniec książki, gdzie znajdują się przepisy kulinarne, które jak myślę, pasjonaci gotowania chętni będą wykorzystać i wypróbować.
Ogólnie powiem, że jestem wręcz zachwycona tą książką i cieszę się, cieszę ogromnie, że zdecydowałam się na jej kupno i przeczytanie.
Polecam ogromnie.
Moja ocena to 5.5 / 6.

„Dziewczyna z jego snów”. Donna Leon.

Dziewczyna z jego snów

Wydana w Noir sur Blanc. Warszawa (2011).
Przekład Marek Fedyszak. Tytuł oryginalny The Girl of His Dreams.

To kolejna na rynku powieść Donny Leon po "Okropnej sprawiedliwości", którą czytałam jakiś czas temu i która mi się średnio podobała, która właśnie mnie zawiodła. Zdecydowanie, od paru książek, widzę spadek formy i pomysłowości autorki. Zaczyna ogólnie mówiąc przynudzać. Zawsze w jej książkach sporą rolę odgrywały sprawy społeczno obyczajowe i zawsze widać zdecydowanie jej polityczne przekonania i racje, jednak były one zgrabnie wplecione w warstwę kryminalną. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że kolejne książki Donny Leon stają się pretekstem do zamanifestowania jej racji z pominięciem wystarania się o pomysł na kryminał. I mnie tego zdecydowanie brakuje. W tej książce w ogóle odniosłam wrażenie, że autorka sama się pogubiła.
Jakby miała pomysł na jedno, potem na drugie a właściwie zdecydowała się na apel o wrażliwość społeczną. Nieprzekonywujący bo trącący zbytnią poprawnością polityczną i nieco zbyt wyładowaniem kawy na ławę. To moje osobiste zdanie i podkreślam, naprawdę nie zamierzam z nikim się spierać, jeśli ktoś odczuje to inaczej ani tym bardziej kruszyć kopii, bo mam inne sprawy na głowie, jednak odnotowuję ten fakt, bo ma miejsce i jakoś mnie bardziej ta książka wymęczyła niż sprawiła przyjemność. Niekoniecznie ze względu na to, jaką fabułę wymyśliła autorka i jak bardzo czarną rzeczywistość starała się odmalować.
Przy tym wszystkim po raz kolejny odczuwam znużenie i irytację jedną z postaci kreowanych przez autorkę a mianowicie żoną komisarza Brunettiego, Paolą. Jest to, jak ostatnio pisałam nawet na zaprzyjaźnionym forum dla miłośników kryminałów, jedna z najbardziej irytujących mnie postaci fikcyjnych. Baba, koło której trzeba chodzić na paluszkach i zastanowić się pięć razy, zanim powie się cokolwiek, aby nie narazić się na co najmniej chłodne spojrzenie jeśli nie wyniosły komentarz czy wręcz nieprzyjemną odzywkę. Niestety, znałam takie kobiety w rzeczywistości co pewnie wpływa na mój osąd Paoli. Nie lubię tej postać jeszcze również dlatego, że jest jedną z najmniej przyjemnych partnerek jakie znam z literatury. Odnoszę wrażenie, że mimo pozorów szczęśliwości owego literackiego związku małżeńskiego, to jedynie Donna Leon przekonana jest, że tak właśnie wygląda kochająca i szanująca partnera żona. Ja odnoszę wrażenie, że większość czasu Paola spędza na wychwalaniu samej siebie jak to znosi życie z tym prostym policjantem, za jakiego przyszło jej wyjść, który nie rozumie jej wysublimowanego spojrzenia na literaturę, sztukę i świat dookoła. Ba, który ma swoje zdanie na niektóre tematy. Żeby miał, to jedno, ale to zdanie nie w stu procentach pokrywa się z jej. No, niedoczekanie.
Osobiście nie dziwię się, że większość policjantów stworzonych przez autorów czy autorki kryminałów ma nieustabilizowane życie rodzinne. Myślę, że nie mając takiej Paoli koło siebie są co najmniej szczęściarzami. Inaczej popadli by w jeszcze większą frustrację i alkoholizm, kto bowiem wytrzyma wieczną krytykę i czepialstwo się o wszystko.

Jak już wygadałam się na tę panią, powrócę jeszcze na chwilę do samej książki. Jak już wspomniałam, odniosłam wrażenie, że autorka tym razem sama się pogubiła. Zaczęła jeden wątek, w którym oczywiście znowu najbardziej chodziło o to aby przypomnieć antyklerykalne nastawienie autorki (naprawdę pamiętam, że Donna Leon pała niechęcią , żeby delikatnie powiedzieć do osób wierzących i stara się ośmieszać instytucję kościoła w niemal każdej swojej książce, jednak jak każdy wie, można tak krytykować, aby wyszło to zgrabnie i przywalać, co niestety, odnoszę wrażenie, staje się ostatnio domeną autorki), który to wątek urwała w jakiś nieskoordynowany do końca sposób. Następnie postanowiła stworzyć warstwę kryminalną, która znowu stanowiła jedynie blade tło do jej kolejnych apeli. Apeli może i słusznych jeśli jest się rozpolitykowaną osobą zajmującą się żywo sprawami społecznymi. Szkoda chyba tylko, że Donna Leon nie pomyśli o wydaniu tychże swoich nawoływań i apeli w innej formie. Ja wciąż jednak oczekuję od niej kryminału a nie trybuny ludu a zaczynam odczuwać, że wraz z kolejnymi książkami te proporcje odwracają się znacznie.
Tak, krytykuję tę książkę, bo nie sprawiła przyjemności. Wymęczyła, ale nie dlatego, że autorka porusza problemy społeczne nieakceptowania napływowej ludności romskiej na tereny zachodniej Europy a zwyczajnie przynudziła na ten temat. I nie porwała mnie warstwa kryminalna, bo o co chodzi domyśliłam się praktycznie na samym początku. Donna Leon nie wysiliła się i ja to odczuwam. I czuję się zawiedziona.
Jedyne, do czego mnie skłoniła, to do przemyśleń na temat poprawności politycznej i to w szerokiej skali. Niekoniecznie tej, którą chciała tu ona sama przedstawić, ale to już pomysł na dyskusję w innym miejscu i innym wątku.

Daję 3.5 / 6 i to jedynie z ulitowania się nad biednym Brunettim, który musi męczyć się na co dzień z taką heterą, jaką ma w domu;)

przypominam o zmianie czasu…

…dziś w nocy. Stali czytelnicy wiedzą, jak ja tych zmian czasu nie lubię, więc powtarzać się nie będę. Mój organizm za nimi naprawdę nie przepada. Podziwiam osoby, które mają to na stałe z racji pracy na przykład. Powiem tylko, że zazdroszczę Rosjanom, że u nich te zmiany już zostają zlikwidowane i będą mieli jeden czas. Jak dla mnie ten, co teraz będzie, czyli wiosenno letni mógłby zostać na stałe, głównie ze względu na to, że będzie dłużej jasno. W Rosji podobno likwidacja zmian czasu ma podłoże polityczne, szkoda, że i u nas w związku z rokiem wyborczym, który i tak zapowiada się ohydnie, nie mogą wprowadzić takiego przepisu, aby już więcej nie zmieniać.
Tak czy inaczej śpimy krócej, ale za to będziemy mieć dłużej jasno;)

„Jeśli pójdziesz za mną”. Malena Watrous.


Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2011).

Przełożyła Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik. Tytuł oryginalny If you follow me.

Tytuł trochę odstrasza, nie wiem, dlaczego ale mnie kojarzy się z jakimś romansidłem, w którym ona poznaje jego i po perypetiach żyją długo i szczęśliwie. Dlaczego więc się skusiłam? To jasne, bo Japonia w tle;)
I mimo, że miałam obawy i trochę obawiałam się takiego stereotypowego potraktowania tematu, zostałam miło zaskoczona.

Tak naprawdę akcja książki mogłaby się dziać w innym miejscu, do którego trafia się czasem trochę na zasadzie przypadku i nie do końca wie, czego się po miejscu, ludziach je zamieszkujących spodziewać. Wynikają więc rozmaite sytuacje czasem bardziej zabawne, czasem mniej, pokazujące, że owszem, przy wszystkich podobieństwach ludzi są różnice, które się objawiają i czasem prowadzą do nieciekawych sytuacji.

Bohaterka książki Maleny Watrous trafia do Japonii nieco przypadkiem, z dwóch powodów. Jeden to fakt, że właśnie zaczęła związek z dziewczyną, która do Japonii jako nauczycielka języka angielskiego się wybiera. Drugim powodem jest to, że Marina straciła właśnie jakiś czas temu ojca. Ojciec jej popełnił samobójstwo i jak to najczęściej bywa w takim przypadku, odciska się to na życiu całej rodziny. Dwudziestodwuletnia Marina nie potrafi sobie dać z tym rady, coś ją uwiera, widać, że emocje nią rządzą i chyba chce wykorzystać wyjazd do Japonii w celu nauczania jako przerwę od dotychczasowego życia, myśli, emocji, tego, co się w niej i koło niej nazbierało. Czy jest to najlepszy pomysł na ucieczkę od problemów? Szybko przekonuje się, że nie, że bagaż doświadczeń, wspomnień zabiera się z sobą jak niechcianą, ciężką walizkę, którą jednak ktoś przykleił nam do dłoni i nie możemy jej wypuścić.

Tak więc ta powieść opowiada nie tylko odkrywaniu tego, co nowe, nowego miejsca zamieszkania i nowej kultury, to przede wszystkim odkrywanie samej siebie. Tak przynajmniej ja ją odebrałam.

Marina trafia do bardzo małego miasteczka Shiko, na Półwyspie Noto. Miejscowa społeczność żyje tym, czym zawsze żyją ludzie w małych miejscowościach. Ta społeczność dodatkowo ma zajętą głowę elektrownią jądrową, jaka jest nieopodal i która zdaje się mieć całkiem sporo przeciwników. Jakże aktualne w obecnej sytuacji…

W swojej książce autorka porusza problem, o którym dopiero co miałam okazję czytać w książce Rafała Tomańskiego, czyli problem uczniów wyobcowanych ze szkolnego środowiska, którym się dokucza i którzy to często odcinają się od życia zewnętrznego na całe lata. Pisze też o problematyce, znowu poruszanej we wspomnianej przeze mnie książce Tomańskiego, a więc o zachowaniu agresywnych uczniów w szkole i fakcie, który może zaskakiwać, a mianowicie o tym, że to nie ofiary takich agresywnych uczniów wygrywają w takim starciu a wręcz odwrotnie. Słabsi są na z góry przegranej pozycji, a na przykład w sytuacji, kiedy uczniowie molestowali nauczycielkę, to nie ich się ukarało a nauczycielka opuściła szkołę. Odwrócone pojęcie wyciągania właściwych konsekwencji.
Poruszony jest również problem niechcianych ciąż u nastolatek i również tu podkreślone jest, jak wiele aborcji dokonywanych jest w Japonii właśnie u nastolatek. Tak więc autorce udaje się w swojej książce zaznaczyć współczesne problemy Japonii, jej życia codziennego a nie skupia się jedynie na swojej bohaterce.

Muszę przyznać, że książka spodobała mi się o wiele bardziej, niż się na to nastawiałam i jestem zadowolona, że po nią sięgnęłam.

Moja ocena to 5 / 6.

Zainteresowanym polecam stronę autorki, jest tam nawet odnośnik do jej bloga.

http://malenawatrous.com/

„Sama na drodze”. Le Tan Sitek.



Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2011).


Muszę przyznać, że to pierwsza książka autorstwa osoby pochodzącej z Wietnamu, jaką miałam okazję przeczytać, tym większe było moje zainteresowanie tą książką właśnie.
Już sama autorka ma ciekawą biografię. To osoba, która urodziła się w Chinach, następnie spędziła dzieciństwo i młodość w rodzinnym Wietnamie. Studia zaś odbyła w Polsce, a architekturze, którą przyszło jej zgłębić, jak widać towarzyszyła nauka języka polskiego, która zapewne wspomogło małżeństwo z Polakiem (jak wnioskuję po nazwisku). Obecnie zaś mieszka w Norwegii. Barwna to więc biografia a jak sądzę, wiele autobiograficznych elementów z życia samej autorki znalazło się właśnie w jej książce "Sama na drodze".
Książkę tę na potrzeby wydania w Polsce autorka sama przetłumaczyła z pierwszego języka, jakim był oczywiście język wietnamski.

"Sama na drodze" to opowieść o An, dziewczynce, której ojciec umiera kiedy mała ma osiem lat. Jej matka wiezie ją do rodziny ojca w głębi Wietnamu i wizyta, która początkowo ma trwać niedługo, zmienia się w dziewięcioletni pobyt An u babci ze strony ojca i jej rodziny.
Dla An zaczyna się zupełnie inne życie, jednak to ona sama jako bardzo małe dziecko podejmuje swoją pierwszą świadomą decyzję dotyczącą dłuższego pozostania przy rodzinie ojca a nie z matką, która zakłada z nowym partnerem rodzinę.
W książce poznajemy więc lata dzieciństwa i młodzieńcze An, która spędza je na wsi. Szybko przyzwyczaja się do zupełnie innego stylu i tryby życia, łatwo się wdraża. Babcia, mimo, że nie jest może zbyt wylewną osobą, jednak jest dla An dobra i ciepła i potrafi sprawić, że wraz z innymi kochającymi dziewczynkę członkami rodziny sprawią, że dzieciństwo An będzie bardzo udane i przyjemne.

Po dziewięciu latach następuje i tak odwlekane z różnych przyczyn spotkanie prawie dorosłej już bo niemal siedemnastoletniej córki z matką. Nie jest to, jak można się domyślać łatwe spotkanie po latach. Chyba obie strony odzwyczaiły się od siebie i mimo dobrej woli, wiadomym jest, że ich dawne relacje nigdy już się nie powtórzą, że zbytnie oczekiwania były chyba na wyrost. An jest już prawie dorosłą kobietą, która ma swoje wyobrażenie przyszłości i życia. Jej matka, pomimo, że zdaje sobie sprawę z faktu, że córka jest dorosła, wciąż ma nadzieję na możliwość traktowania jej jak dziecko.

Bardzo podobał mi się opis życia na wietnamskiej wsi wraz z barwnym i kolorowym opisem życia tamże, obyczajami, zwyczajami, tamtejszej kultury (tak różnej od kultury życia już w wielkim wietnamskim mieście). Dodać do tego można smakowicie brzmiące opisy egzotycznych potraw, opis tak innej niż znamy roślinności. Wszystko to składa się na barwną i wciągającą opowieść z życia dorastającej dziewczyny, której dzieciństwo i młodość przypada na lata walki Wietnamczyków o uzależnienie się od wpływów Francji i odzyskanie pełnej niepodległości.

Wiem, że niektórym może przeszkadzać narracja prowadzona w czasie teraźniejszym. Mnie osobiście to akurat nie przeszkadza, więc nie miałam problemu podczas lektury książki.

Autorka z tego, co gdzieś wyczytałam, ma zamiar kontynuować historię An i jak zapowiada, jej dalszy ciąg dziać będzie się między innymi w Polsce, gdzie wyśle swoją bohaterkę na studia. Ja z chęcią przeczytałabym ciąg dalszy tej opowieści.

Moja ocena książki to 5 / 6.

dwie panie o odmiennych charakterach…

…dawno nie było nic muzycznego z cyklu "co słuchała Chiara".
Na Urodziny zamówiłam sobie dwa muzyczne prezenty. Obie to śpiewające panie (w ogóle przyznaję się, że z solistów wolę zdecydowanie śpiewające kobiety niż panów, cóż, hm), które w dodatku prezentują dwa zupełnie inne bieguny muzyczne ale obie bardzo mi się spodobały.
Jedna pani to dla mnie nowość, to znaczy jej wcześniejsze piosenki w radio słyszałam, ale nie zachęciły aż do jej najnowszej płyty.
Jest to płyta Moniki Brodki "Granda".

Powiem, że skusiłam się na nią po tym, co słyszałam w radio. Zupełnie coś innego, niż wcześniej ta pani śpiewała i co najlepsze, ciekawego. Radość, zabawa z muzyki. Głównie zachwyciła mnie strona instrumentalistyczna tej płyty, dźwięki i brzmienia. No i to, że Brodka w tej płycie taka inna. No, granda po prostu:) Granda, która się podoba i którą z wielką przyjemnością się słucha.
Polecam, oceniam ją na 5 / 6.

Druga płyta to najnowsza płyta Marizy, zatytułowana "Fado Tradicional". Ci, którzy dłużej mnie czytają, wiedzą, że Marizę znam, słucham i bardzo lubię, więc to ta z pań, która dla mnie nie była nowością muzyczną.
I tym razem Mariza nie zawodzi. Na swojej najnowszej płycie wraca do Fado tradycyjnego znanych nam w wykonaniu klasyków ale w swoim nowoczesnym ujęciu i interpretacji.
Na płycie są więc i bardzo nostalgiczne, melancholijne, jak na Fado wykonania, ale również takie, które są jak dla mnie ogromnie energetyzujące.
Interpretacje Marizy według mnie nie zawodzą. Jak zwykle doskonale słychać jej przygotowanie i pełen profesjonalizm, dbałość o szczegóły wykonania i przygotowania interpretacji.
Mariza ma to wielkie szczęście, że w życiu może pracować robiąc to co kocha, co lubi, co jest jej pasją, czym oddycha i żyje. I to się na tej płycie słyszy.
Moja ocena 6 / 6.

„Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii”. Rafał Tomański.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2011).

Dziwnie się czuję pisząc o tej akurat książce w tej sytuacji. W sytuacji, w której Japonia toczy nierówną walkę ze skutkami żywiołu, w chwili, w której nie dość, że dotknęło ich i dotyka trzęsienie ziemi, tsunami, to nie wiadomo, co będzie w związku z sytuacją w elektrowni atomowej.
Decydując się na lekturę nie przypuszczałam, że tak naprawdę tok lektury będzie przeplatał się z takimi wiadomościami jak również i z własnymi refleksjami i jak bardzo trywialne staną się poruszane w książce tematy, które przecież w innej sytuacji tak mnie interesują i ciekawią.

Książka Rafała Tomańskiego to zbiór jego własnych refleksji i obserwacji poczynionych podczas zarówno pobytu w Japonii, jak i w wyniku jego osobistych jak również naukowych studiów nad Krajem Kwitnącej Wiśni.

Jest to nacechowana subiektywizmem relacja i ocena z obrazu Japonii współczesnej. Czytelnik, zwłaszcza ten, któremu Japonia obca nie jest zapewne nie ze wszystkimi tezami autora się zgodzi. Ja się nie zgadzałam z niektórymi, co nie znaczy, że nie przeczytałam chętnie oceny i tego, jak postrzega ten kraj i zmiany w nim zachodzące sam autor.

Na samym początku , szczególnie z rozdziale poświęconym pierwszemu wrażeniu, odnosiłam wrażenie, że autor wręcz powiela krążące o Japończykach stereotypy i to nieco mnie nawet zirytowało. Potem jednak było już lepiej, szczególnie, kiedy autor skupił się na obserwacjach społeczno kulturowych, które to mnie zawsze interesują najbardziej. Obyło się bez nadmiernego, często prowadzącego do przesady analizowania i rozkładania na czynniki pierwsze.

Oprócz bowiem tematyki dość już "oklepanej" kiedy mówi się o tym kraju, jak problem karoshi, powstaniu hoteli miłości czy manii gry w pachinko autor poruszył inne tematy, które mnie osobiście zainteresowały o wiele bardziej.
I tak poruszył problem, o którym już kiedyś pisałam po obejrzeniu ciekawego dokumentu, a mianowicie wystąpienie "syndromu męża na emeryturze" (zainteresowanym polecam przeczytanie mojego wpisu o tym filmie), fakt sprzeciwiania się tradycyjnemu pojmowaniu roli kobiety coraz większej ilości młodych japońskich kobiet czy chociażby zwiększającej się liczbie samobójstw wśród młodzieży. Poruszył też i inne tematy, które mnie osobiście ciekawią a mianowicie specyficzne podchodzenie do spraw seksu, wczesne rozpoczęcie współżycia wśród nastolatek, a niekoniecznie najwyraźniej myślenie o zabezpieczeniu, skoro występuje tam tak wielka ilość dokonywanych przez te dziewczyny aborcji. Pisał o młodych ludziach, którzy nie umieją odnaleźć się w życiu i egzystują na utrzymaniu rodziców latami, często wręcz nie opuszczając zupełnie domostwa.
Pisał też o zmieniającym się podejściu do literatury, która mniej teraz sięga w stronę tradycji a sięga po nowe formy wyrazu jak chociażby książki, które najpierw powstają na telefonach komórkowych.

W podsumowaniu autor stawia tezę, że współczesnych mieszkańców Japonii dotknął syndrom niejakiego rozdwojenia narzuconego przez kulturę. Uważa on ponadto, że kraj ten zaczyna tracić siebie i własną świadomość i nie widzi ucieczki z tej równi pochyłej.
Czy się z nim zgadzam? Nie. Ale i też nie zamierzałabym się z nim spierać. Uważam bowiem, że jeśli już, to tego typu zjawiska dotyczą niestety, nie tylko tego kraju a większości z nich.
Słusznie jednak Tomański stwierdza jednak, żeby absolutnie nie oceniać Japończyków po pozorach, be zadania sobie trudu wniknięcia głębiej w mechanizm zachowań. Takie stwierdzenie jednak powinno się chyba odnosić do wszystkich "obcych nam", których zamierzamy poznać.

Ogólnie mówiąc, książka mnie zainteresowała, chociaż, jak mówię, nie sprzyjała może w danej chwili skupieniu się na lekturze sytuacja i wiadomości płynące z radia i telewizji na temat kataklizmu, który dotknął kraj, którym tak się przecież interesuję.

Myślę jednak, że dla kogoś, kto hobbystycznie interesuje się tym krajem ta książka okaże się interesującą lekturą.

Moja ocena to 4.5 / 6.

podobno…

…tak silne trzęsienie ziemi nie zdarzyło się w Japonii od 140 lat. Pamiętam, jak mój przyjaciel mieszkając tam bardzo obawiał się, że któregoś dnia przyjdzie mu brać udział w takim wydarzeniu. Niby pewnie żyjąc tam człowiek musi się przyzwyczaić do myśli o tym, że coś takiego może mieć miejsce, ale zapewne łatwiej przychodzi to komuś, kto tam wyrósł i się wychował a pewnie jednak osobom z zewnątrz, szczególnie żyjącym na terenach, których trzęsienia ziemi nie dotykają,  nie przyszło by to łatwo. Oswoić się z myślą zapewne można, ale pewnie i tak za każdym razem, kiedy coś takiego się zdarzy, jest szok.
W dodatku dowiedziałam się, że mój daleki bardzo ale jednak kuzyn prawdopodobnie przebywał w tamtych rejonach, rodzina nie ma od niego żadnej wiadomości. Ponieważ wiem to z tak zwanej drugiej czy nawet trzeciej ręki, więc nie wiem, czy był w dotkniętych trzęsieniem ziemi rejonach czy w bezpieczniejszych. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Dziwna sprawa, wczoraj skończyłam czytać Murakamiego i wzięłam się za następną książkę dotyczącą Japonii, a tu takie wiadomości w radio z rana…a w nocy dziwnie spałam, sny dziwne się śniły.
Smutne te piątkowe informacje z Japonii. Oby jak najmniej ofiar było, ale niestety, wiadomo, że tak nie będzie, nie przy takim nasileniu, stopniu katastrofy…

Z gazety na ten temat.

„1Q84.2”. Haruki Murakami.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2011).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginalny 1Q84 ichi-kew-hachi-yon.

To druga część najnowszej pozycji książkowej Murakamiego wydanej na naszym rynku, trylogii pod tytułem "1Q84".

O pierwszej części pisałam tu.

Szkoda, że trylogia nie została wydana w całości. Muszę bowiem przyznać, że powrót do niej po przerwie nie okazał się łatwy. Dobrze, że czytając robię sobie szczegółowe notatki, które umożliwiły mi przypomnienie sobie skomplikowanej fabuły rozpoczętej w pierwszej części.
Muszę przyznać, że ta część nie zachwyciła mnie w takim stopniu, jak część pierwsza. Wydała mi się nieco zbyt długawa, przegadana, jakby padło zbyt wiele słów na temat, który aż takiego rozgadania nie wymagał. Poza tym chyba nieco wymęczył mnie aż nadto wyeksponowany temat seksu. No i włączyła mi się refleksja, jak też niektóre partie książki mogły by zostać odebrane przez osoby chcące "przyczepić się" do autora. Być może kogoś, kto nie do końca zrozumiał intencje może wydać się, że w książce w jakiś sposób pada przyzwolenie na pewne karalne zachowania. A może ja to tak odebrałam, nie wiem…
Tak czy inaczej, muszę powtórzyć, że tym razem jakoś nie padłam na kolana przed prozą Haruki Murakamiego.
Mam nadzieję, że następna, trzecia część zatrze to moje wrażenie i że znowu się zachwycę i dam wciągnąć w magiczny świat wyobraźni autora.
W tej części książki zostają nam przypomina nam się ponownie bohaterów z części pierwszej, czyli Tengo i Aomame, którzy znali się w przeszłości, jak i młodziutką autorkę niezwykłego literackiego debiutu "Powietrzna poczwarka".
Jak wspomniałam w nieco splątanych wątkach wyjaśnione zostaje, czym tak naprawdę jest owa poczwarka, kim są Little People i jak mogą oddziaływać na ludzi, a także, jaką rolę w życiu? książce? pełnią właśnie zarówno autorka Fukaeri jak Tengo i Aomame. Jak są powiązane ich losy, jak sprzęgną się ich pragnienia i możliwości. Jak można znaleźć się w cudzej opowieści i wziąć ją za własne życie…
Dowiemy się też nieco z przeszłości samego Tengo a raczej coś więcej na temat jego niejasnych relacji z ojcem.

Cóż, jak mówię, tym razem nie dam książce najwyżej noty (przypominam, że ocena jest tylko i wyłącznie subiektywna), ale i nie jest tak, że krytykuję bez litości.

No i na koniec parę cytatów, które jak zwykle zaintrygowały i gdzieś tam zostały na dłużej w głowie.

"Niewątpliwie nie ma sensu na nowo pisać przeszłości(…)."

"(…)kiedy osiąga się pewien wiek, życie staje się jedynie procesem ciągłego tracenia różnych rzeczy. Ważne rzeczy wyślizgują się jedna po drugiej z rąk i wypadają jak zęby wyłamywane z grzebienia. Ludzie, których kochamy, znikają jedni po drugich."

"Nie ma na tym świecie nic, co byłoby bezpiecznie ukryte w sercu (…)".

Moja ocena to 4.5 / 6.