„Pokój z widokiem”. Edward Morgan Forster.

Wydana na zamówienie w Wydawnictwie Zwierciadło. Warszawa (2011).
Przełożyła Halina Najder. Tytuł oryginalny A room with a view.

Lektura w ciemno okazała się jak najbardziej trafiona! Rację więc mieli ci, którzy przewidzieli, że mi się ta książka spodoba. Ba, po tej lekturze mam wielką ochotę na inne książki tego autora. To bardzo dobry znak.

"Pokój z widokiem" ukazał się po raz pierwszy w 1908 roku, a mimo to, według mnie oczywiście, mimo tego niejako z perspektywy czasu "narzuconego" nam kostiumu, powieść ta jest zaskakująco współczesna.
W niezwykle trafny sposób oddaje ona bowiem nasze uwiązanie do konwenansów, do powinności, do tego, co trzyma nas w ryzach, czasem z pożytkiem dla nas, często ze szkodą. Czyż wciąż nie jest tak, że wielu z nas jest dosłownie skrępowanych więzami pod hasłem "muszę, trzeba, powinnam, tak wypada"?
Obserwacje psychologiczne, portrety postaci występujących w "Pokoju z widokiem" są mocne, konkretne, ale jasne. Może niektóre odrobinkę typowe, ale, kto wie, być może w tamtym czasie tak właśnie przeciętne osoby z danych sfer zachowywały się bo takiego właśnie zachowania po nich oczekiwano?

Być może ów wspomniany przeze mnie "kostium" był powodem odczuwania przeze mnie delikatnego klimatu podobieństwa do "Pikniku pod Wiszącą Skałą". Co interesujące, ta książka przecież została wydana znacznie później, mimo to być może przez czas opisywany i obyczajowość właśnie, kojarzyła mi się nieco z "Pokojem z widokiem" właśnie. Ale tak nienachalnie, w sam raz, a przy tym właśnie odczuwałam aurę tajemniczości, niepewności, tłumionego erotyzmu, nie do końca realności pewnych wydarzeń, zdań padających między bohaterami, opisów miejsc, w których się znajdowali (dotyczy to szczególnie części włoskiej).
Książka składa się z dwóch części, włoskiej, mającej miejsce we Florencji i angielskiej.

W pierwszej części poznajemy podróżującą Lucy. Lucy to nowa arystokracja. Czyli osoba, której rodzice bardziej zarobili na to, co mają, niż zasłużyli na to tytułami i co im niektórzy zapewne pamiętać będą zawsze. W swojej podróży Lucy jest wraz z ciotką. Ciotka, to postać opisana najbardziej jako typowa. A mimo to właśnie jej postać pod sam koniec książki zaskoczy i sprawi, że już wcale jej "typowości" pewni nie będziemy. Na razie jednak poznajemy ją jako zubożałą krewną, starą pannę, której jedyną rozrywkę stanowi odwiedzanie bogatszych krewnych, korzystanie z ich łaskawości i ni to użalanie się nad sobą, ni to stłumione pretensje (jak to bywa najczęściej) do własnych dobrodziejów.
Lucy zaś to dojrzewająca, rozkwitająca dziewczyna. Sama nie wie do końca, jaka jest, jaka ma być a jaką oczekują inni, że ma być. Lucy to dojrzewająca młodość, porywczość, owe niepokoje targające zmysłami. Z jednej strony wydaje się wiedzieć, jak ma postępować, z drugiej, często jest jakby znudzona tym, co przynosi kolejny dzień, nie umie się odnaleźć w rzeczywistości. Przy tym wszystkim jej światem rządzą przecież w największym stopniu konwenanse.

To podczas wyprawy do Florencji obie podróżujące panie poznają panów Emersonów. Z młodszym z nich, Georgem, Lucy połączy jedno niewielkie, zdawałoby się obecnie, banalne zdarzenie, które na miarę tamtych czasów i konwenansów wydawać się mogło wielkim i wręcz niebezpiecznym. Być może nie aż tak, jak wyolbrzymia to opiekunka młodej damy, ciotka, która wręcz obsesyjnie dolewa wciąż oliwy do ognia.
Gry, gierki, wspomniane już konwenanse, fałsze i prawdy, stłumione i wyjawione namiętności, uczucia i ich brak, to wszystko miesza się w tej książce i aż bucha swoją intensywnością. To nadaje klimatu i kolorytu książce i powoduje, że akcja książki wciąga i czyta się ją wręcz wybornie.

Bardzo, bardzo mi się ta książka podoba i cieszę się, że jednak się na nią zdecydowałam.
Ciekawa jestem, jaka może być jej ekranizacja. Chyba po tak smacznej lekturze obawiałabym się tego, jak ktoś książkę w filmie zobrazował. Czy oddał cały jej klimat? Ową aurę mnogości uczuć i namiętności?

Moja ocena to 5.5 / 6.

Argentyna, Peru…

…czyli Ameryka Łacińska. Obszar, który mnie kusi i który przyciąga. Cóż, na razie na pewno go nie odwiedzę, ale od czego są filmy podróżnicze, zdjęcia czy pocztówki? Takie dwie dotarły do mnie wczoraj od Malej_mi po zdaje się długim telepaniu się na pocztach (te, to dopiero pozwiedzały świata).
Na kartce z Argentyny widoki z Buenos Aires, o takie.
Na tej z Peru zdjęcie sprzedającej wyroby własne Indianki, która właśnie coś tam znowu tka, aby wystawić na sprzedaż. Dookoła niej złożone schludnie bele materiałów w tych najpiękniejszych, żywych kolorach, jakie są tak typowe dla tamtych tkanin wywodzących się z lokalnego wzornictwa artystycznego. Czy wspominałam, że uwielbiam te żywe kolory? Nie cierpię szarości, czerni, mimo, że mam kilka sukienek wieczorowych czarnych właśnie na zasadzie "małej czarnej", ale tak na co dzień uwielbiam kolorystykę żywą, radosną, optymistyczną, pobudzającą do życia i takie są właśnie kolory tkanin z tamtych okolic świata. Marzę o takim kolorowym ponczo a przynajmniej o czapce;)
Dotarła do mnie też kartka od Spacerka, ze zdjęciem z mojego ulubionego miasta, jakim jest Gdańsk. Na kartce Dwór Artusa i co wiadome, pomnik Neptuna.
Za pamięć bardzo Wam dziękuję.