„Plan Sary”. Paweł Jaszczuk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).

"Plan Sary" to jeden z ostatnio popularnych kryminałów z nurtu "kryminał retro". Nie, żebym była jakąś wielką miłośniczką tychże, jednak zdarzało mi się sięgać. I tak seria Marka Krajewskiego o Breslau i Mocku kompletnie mnie nie zachwyciła, ba, nawet zniesmaczała, książki Konrada T. Lewandowskiego z jego cyklem o komisarzu Drwęckim podobały się różnie, raczej na przemian z tendencją do niepodobania się. Byłam ciekawa, jaka okaże się książka Pawła Jaszczuka, tym bardziej, że akcja osadzona jest we Lwowie, miałam więc nadzieję na nie dość, że udany kryminał, to ciekawe lwowskie tło społeczne ostatniego roku przed wybuchem największej z dotychczasowych wojen. Niestety, książka mnie nie rzuciła na kolana.
Zdała mi się jakaś chaotyczna, niespójna wręcz, rozedrgana. Nie mogłam się na niej skupić, niekoniecznie na samej akcji, ale na jej chronologii, całość nie wydała mi się spójna.
Zabrakło mi tych lwowskich smaczków, na które tak się nastawiłam. Język bohaterów, ich działania bardzo współczesne, praktycznie książka mogłaby się dziać tu i teraz. Nie wiem, czy umiejscowienie akcji we Lwowie miało przyciągnąć czytelników zainteresowanych nurtem retro w kryminałach? Być może.
Również nie mogę powiedzieć, żebym zapałała sympatią do bohatera książki, dziennikarza zajmującego się kryminalnymi sprawami a prowadzącym często indywidualne śledztwa.
Lubię czuć jakieś emocje w stosunku do bohaterów literackich, wolę już czuć nawet skomasowaną niechęć (jeśli nie sympatię) niż obojętność.

"Plan Sary" opowiada o dziennikarzu, który pisząc o najbardziej głośnych sprawach kryminalnych jak pisałam wyżej sam często prowadzi własne śledztwa. Swego czasu opuszcza redakcję i zdobywa całkiem interesujące zajęcie na uczelni, gdzie prowadzi ćwiczenia ze studentami prawa. Prowadzi on z nimi psychologiczny eksperyment, który ma prowadzić do zgłębienia psychiki zbrodniarza i wymyślenie planu morderstwa. Wielką inwencją wykazuje się szczególnie jedna ze studentek, Sara, która wymyśla plan morderstwa swoich własnych kolegów. I której to plan, jak się okazuje, nie pozostanie jedynie w sferze wyobraźni i na tablicy. Ktoś, jakiś niezrównoważony umysł, poznaje ów plan i zaczyna wcielać go w życie.

Nie chcę zniechęcać do lektury, być może do mnie ona nie trafiła w obecnej chwili, być może nie mój to styl, nie wiem. Ja się na kontynuację ewentualną nie skuszę.

Moja ocena książki to 3.5 / 6.

„Pokój z widokiem”. Edward Morgan Forster.

Wydana na zamówienie w Wydawnictwie Zwierciadło. Warszawa (2011).
Przełożyła Halina Najder. Tytuł oryginalny A room with a view.

Lektura w ciemno okazała się jak najbardziej trafiona! Rację więc mieli ci, którzy przewidzieli, że mi się ta książka spodoba. Ba, po tej lekturze mam wielką ochotę na inne książki tego autora. To bardzo dobry znak.

"Pokój z widokiem" ukazał się po raz pierwszy w 1908 roku, a mimo to, według mnie oczywiście, mimo tego niejako z perspektywy czasu "narzuconego" nam kostiumu, powieść ta jest zaskakująco współczesna.
W niezwykle trafny sposób oddaje ona bowiem nasze uwiązanie do konwenansów, do powinności, do tego, co trzyma nas w ryzach, czasem z pożytkiem dla nas, często ze szkodą. Czyż wciąż nie jest tak, że wielu z nas jest dosłownie skrępowanych więzami pod hasłem "muszę, trzeba, powinnam, tak wypada"?
Obserwacje psychologiczne, portrety postaci występujących w "Pokoju z widokiem" są mocne, konkretne, ale jasne. Może niektóre odrobinkę typowe, ale, kto wie, być może w tamtym czasie tak właśnie przeciętne osoby z danych sfer zachowywały się bo takiego właśnie zachowania po nich oczekiwano?

Być może ów wspomniany przeze mnie "kostium" był powodem odczuwania przeze mnie delikatnego klimatu podobieństwa do "Pikniku pod Wiszącą Skałą". Co interesujące, ta książka przecież została wydana znacznie później, mimo to być może przez czas opisywany i obyczajowość właśnie, kojarzyła mi się nieco z "Pokojem z widokiem" właśnie. Ale tak nienachalnie, w sam raz, a przy tym właśnie odczuwałam aurę tajemniczości, niepewności, tłumionego erotyzmu, nie do końca realności pewnych wydarzeń, zdań padających między bohaterami, opisów miejsc, w których się znajdowali (dotyczy to szczególnie części włoskiej).
Książka składa się z dwóch części, włoskiej, mającej miejsce we Florencji i angielskiej.

W pierwszej części poznajemy podróżującą Lucy. Lucy to nowa arystokracja. Czyli osoba, której rodzice bardziej zarobili na to, co mają, niż zasłużyli na to tytułami i co im niektórzy zapewne pamiętać będą zawsze. W swojej podróży Lucy jest wraz z ciotką. Ciotka, to postać opisana najbardziej jako typowa. A mimo to właśnie jej postać pod sam koniec książki zaskoczy i sprawi, że już wcale jej "typowości" pewni nie będziemy. Na razie jednak poznajemy ją jako zubożałą krewną, starą pannę, której jedyną rozrywkę stanowi odwiedzanie bogatszych krewnych, korzystanie z ich łaskawości i ni to użalanie się nad sobą, ni to stłumione pretensje (jak to bywa najczęściej) do własnych dobrodziejów.
Lucy zaś to dojrzewająca, rozkwitająca dziewczyna. Sama nie wie do końca, jaka jest, jaka ma być a jaką oczekują inni, że ma być. Lucy to dojrzewająca młodość, porywczość, owe niepokoje targające zmysłami. Z jednej strony wydaje się wiedzieć, jak ma postępować, z drugiej, często jest jakby znudzona tym, co przynosi kolejny dzień, nie umie się odnaleźć w rzeczywistości. Przy tym wszystkim jej światem rządzą przecież w największym stopniu konwenanse.

To podczas wyprawy do Florencji obie podróżujące panie poznają panów Emersonów. Z młodszym z nich, Georgem, Lucy połączy jedno niewielkie, zdawałoby się obecnie, banalne zdarzenie, które na miarę tamtych czasów i konwenansów wydawać się mogło wielkim i wręcz niebezpiecznym. Być może nie aż tak, jak wyolbrzymia to opiekunka młodej damy, ciotka, która wręcz obsesyjnie dolewa wciąż oliwy do ognia.
Gry, gierki, wspomniane już konwenanse, fałsze i prawdy, stłumione i wyjawione namiętności, uczucia i ich brak, to wszystko miesza się w tej książce i aż bucha swoją intensywnością. To nadaje klimatu i kolorytu książce i powoduje, że akcja książki wciąga i czyta się ją wręcz wybornie.

Bardzo, bardzo mi się ta książka podoba i cieszę się, że jednak się na nią zdecydowałam.
Ciekawa jestem, jaka może być jej ekranizacja. Chyba po tak smacznej lekturze obawiałabym się tego, jak ktoś książkę w filmie zobrazował. Czy oddał cały jej klimat? Ową aurę mnogości uczuć i namiętności?

Moja ocena to 5.5 / 6.

Argentyna, Peru…

…czyli Ameryka Łacińska. Obszar, który mnie kusi i który przyciąga. Cóż, na razie na pewno go nie odwiedzę, ale od czego są filmy podróżnicze, zdjęcia czy pocztówki? Takie dwie dotarły do mnie wczoraj od Malej_mi po zdaje się długim telepaniu się na pocztach (te, to dopiero pozwiedzały świata).
Na kartce z Argentyny widoki z Buenos Aires, o takie.
Na tej z Peru zdjęcie sprzedającej wyroby własne Indianki, która właśnie coś tam znowu tka, aby wystawić na sprzedaż. Dookoła niej złożone schludnie bele materiałów w tych najpiękniejszych, żywych kolorach, jakie są tak typowe dla tamtych tkanin wywodzących się z lokalnego wzornictwa artystycznego. Czy wspominałam, że uwielbiam te żywe kolory? Nie cierpię szarości, czerni, mimo, że mam kilka sukienek wieczorowych czarnych właśnie na zasadzie "małej czarnej", ale tak na co dzień uwielbiam kolorystykę żywą, radosną, optymistyczną, pobudzającą do życia i takie są właśnie kolory tkanin z tamtych okolic świata. Marzę o takim kolorowym ponczo a przynajmniej o czapce;)
Dotarła do mnie też kartka od Spacerka, ze zdjęciem z mojego ulubionego miasta, jakim jest Gdańsk. Na kartce Dwór Artusa i co wiadome, pomnik Neptuna.
Za pamięć bardzo Wam dziękuję.

z lutowym „Zwierciadłem”…

…do nabycia książka "Pokój z widokiem" autorstwa Edwarda Morgana Forstera. Może ta informacja kogoś zainteresuje, to daję znać. Ja akurat skusiłam się na nią na zasadzie niespodzianki, bo nie słyszałam o tej książce wcześniej, ale gdzie ja za taką sumę i pismo będę miała i książkę? No więc się skusiłam. Pismo mnie dalej nie przekonuje (jednak według mnie straciło klimat chyba bezpowrotnie, już od roku gdzieś kompletnie do mnie nie przemawia, fakt, że mówię tylko o numerach, jakie nabywam tylko okazyjnie, przy okazji dodatków, jak grudniowy z kalendarzykiem i ten właśnie z książką).
My rozkoszujemy się kolejną serią na dvd mojego ulubionego serialu "Przystanek Alaska". Na mnie ten film działa wręcz terapeutycznie, więc ogromnie się ucieszyłam, że piąty sezon wreszcie się ukazał na dvd.

„Pułapka na sponsora”. Tatiana Polakowa.

Wydana w Klub dla Ciebie. Warszawa (2010).
Przełożyła Ewa Skórska.
Tytuł oryginału Kapkan na sponsora.

Doczekałam się! Po porzuceniu bez słowa przez wydawnictwo Rzeczpospolita książek Polakowej byłam niemal pewna, że nie uda się i że żadne z wydawnictw nie podejmie się kontynuacji a tym samym rozpoczęcia nowego cyklu. No, bo jak to, ani to Marinina, ani osławiony autor skandynawski, pewnie niszowa autorka. To, że tak nie jest mogłam się przekonać po tym, jak wiele osób wchodziło na mój blog z hasłem "Pułapka na sponsora", ale nie ukrywam, byłam przekonana, że z książkami Polakowej mogę się pożegnać. Jakąż miłą niespodzianką okazała się informacja od jednej z czytelniczek bloga o wznowieniu książek Tatiany Polakowej na naszym rynku.

Po tym wstępie przechodzę już do samej książki. Ci, którzy czytali wcześniejszy cykl o Oldze Riazancewej przekonają się, że autorka umie tworzyć postaci zgoła od siebie odmienne. Mnie  cieszy, bo lubię, jak autorka ma pomysły na bohaterkę różne, raz jest to wamp czy dziewczyna mafioza, raz z kolei zwykła niby to osoba wplątana w niezwykły zbieg okoliczności. Jeśli chodzi o postać z nowego cyklu jest to pracująca w biurze podróży Anfisa, której najlepszą przyjaciółką jest nieco zwariowana ale sympatyczna i mająca sto pomysłów na minutę, Żenia, dziennikarka.
Pewnego dnia Żeńka wpada na jeden ze swoich niezwykłych pomysłów, z tym, że ciekawe, że dotyczącym nie jej samej a Anfisy. Otóż najlepiej będzie, jak Anfisa napisze powieść, którą Żeńka, jak najlepszy agent literacki zajmie się i postara aby została wydana. Przyszła autorka ku początkowemu rozczarowaniu Żeni nie chce pisać romansidła (nie dziwię się jej, szczerze mówiąc) i nieco drogą przypadku, popełnia kryminał (tu się zgadzam i popieram;).
Kryminał zostaje napisany, a rękopisy trafiają w ręce Żeni, która obiecuje poruszyć znajomości w celu wydania książki. Znalezienie sponsora jednak nie jest takie łatwe, jak by się mogło zdawać i dziewczyny zaczynają napotykać problemy, aż do czasu, kiedy jednak jeden z potencjalnych sponsorów interesuje się książką i oferuje pomoc w jej wydaniu.
Z tym, że jak to w kryminale, w dodatku kryminale o kryminale, zaczyna się dziać tajemniczo i kryminalnie właśnie, czyli pojawia się pierwszy trup. A dalej siłą rozpędu jest jeszcze ciekawiej. A żeby było interesująco śledztwem nie zajmą się organa do tego przeznaczone a owe dwie przyjaciółki, czyli autorka kryminału i jej przyjaciółka. No, z niewielką pomocą pewnego sympatycznego osiłka.
Książki Polakowej zawsze napisane są z poczuciem humoru, który w poprzednim cyklu nasycony był jakby lekkim sarkazmem, tu zaś rozkwita w pełni. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale jedna ze scen, nazwijmy ją "ogrodowa" rozbawiła mnie niemal do łez;)

Lubię Polakową, lubię jej sympatię do własnych bohaterów, o czym można się było przekonać, kiedy recenzowałam większość z poprzednich jej książek przeze mnie czytanych. No i zawsze mam w tle trochę "Nowej Rosji" a tu dodatkowo plus, nie w Moskwie, a w Petersburgu, zawsze to jakaś odmiana.

Co mi się średnio podobało, to projekt okładki, ale i tak nie wpływa to u mnie na samą lekturę.
Moja ocena książki to 4.5 / 6.


No i mam nadzieję, że będzie kontynuacja cyklu, bo ja nabrałam znowu apetytu na następne przygody Anfisy i Żeńki.

„Pawilon Kwiatu Brzoskwini”. Mingmei Yip.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Z angielskiego przełożył Krzysztof Obłucki.
Tytuł oryginalny Peach Blossom Pavilion.

Raz na jakiś czas mam chęć na czytadło i "Pawilon Kwiatu Brzoskwini" dobrze się w ten nurt wpisuje. Nie udaje literatury nie wiedzieć, jak wysokich lotów, jednocześnie ma klimat wschodni, który mi pasuje. Co prawda nie dotyczy problematyki Chin współczesnych, która to mnie interesuje bardzo, ale czyta się tę książkę dobrze i z zainteresowaniem. Być może nieco "papierowe" zdają się być postaci opisane w niej, dość stereotypowo, ale akurat w tej książce to specjalnie nie razi.

Książka zaczyna się w momencie, kiedy to w Stanach Zjednoczonych do leciwej prababki przychodzi wnuczka i jej narzeczony, aby namówić ją na opowieść o przeszłości babki, która będąc w Chinach była ongiś słynną na cały Szanghaj ekskluzywną prostytutką. Nie pełniła tej roli z własnej woli, została bowiem po tragicznej śmierci swego ojca podstępem sprzedana do domu publicznego. Tamże zostaje poddana kształceniu w celu stworzenia z niej jednej z najbardziej obiecujących i popularnych w owym domu publicznym prostytutek.
Opisuje ona swoje nielekkie początki życia tamże, przyjaźnie z niektórymi z "sióstr" jak również nienawiść i wrogość, jaka panowała w domu publicznym. Opisuje też świadomość więzionych tam tak naprawdę "kwiatów" bycia zabawkami w rękach zarówno prowadzących dom publiczny jak i odwiedzających te miejsca mężczyzn.
Losy głównej bohaterki Xiang Xiang zmieniają się jednak, jak w kalejdoskopie. Chęć wyrwania się z dotychczasowego miejsca jak również przemożne pragnienie zemsty potrafią sprawić wiele.

Jak pisałam powyżej książkę tę powinno się raczej traktować w kategorii czytadła, za to uważam, całkiem jak na tę kategorię, przyzwoitego.
Mnie ta książka wciągnęła, co było miłym zaskoczeniem po kilku wcześniejszych podejmowanych próbach lektury innych książek.

Moja ocena, to 4.5 / 6.

no i mamy…

…Nowy Rok 2011.
Ładna dziś data. 1.01.11;)
Z Sylwestra we dwoje zadowolona jestem bardzo. Na szczęście sąsiedztwo z góry, które pierwszy raz wróciło zaraz po Świętach, wybyło (częściowo) na imprezkę i samo takowej nie zorganizowało a ta część, która została, nie przeszkadzała, więc mogliśmy spokojnie przywitać Nowy Rok.
Dokładnie tak, jak chciałam.

Dziś też dzień miły, aczkolwiek pierwszy dzień Nowego Roku zawsze zdaje mi się być jakiś taki senny, w zwolnionym tempie, jeśli nawet się wyśpię wystarczająco. Cóż, widać taka jego uroda.
Mam nadzieję, że i Wy przywitaliście Nowy Rok w sposób, w jaki sobie wymarzyliście.
Raz jeszcze życzę Wam Wspaniałego Nowego Roku 2011!