„Niespokojny człowiek”. Henning Mankell.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).
Przełożyła Beata Walczak-Larsson.
Tytuł oryginału Den orolige mannen.

Pożegnanie z Kurtem Wallanderem, tak można nazwać ten kryminał, co logiczne więc, będący ostatnim z serii opowieści o najbardziej chyba znanym mieszkańcem Ystad, policjantem zmagającym się z przestępcami, przeszłością i kłopotami, problemami z córką i zdrowiem, z życiem po prostu.

Czy jest to pożegnanie godne Wallandera? Nie umiem jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wśród opinii osób, które już książkę przeczytały, wyczytałam, że uważają one, że autor bardzo chciał się już pozbyć swojego bohatera. Bohatera, którego, co ważne, gdzieś to wyczytałam, sam autor nie bardzo lubi. Dla mnie to fenomen, stworzenie postaci literackiej, której się nie lubi i poprowadzenie jej przez tak przecież długą kryminalną serię.
Co zaś do samego pytania o "godność" pożegnania się z Kurtem. Cóż, ja sama nie odniosłam wrażenia, że autor bardzo chciał się go już pozbyć. Raczej nadał konsekwencje temu, co działo się w życiu Wallandera wcześniej. Czego sam bohater się mógł obawiać, a co niestety, staje się realne. Ale takie właśnie bywa życie, rzadko kiedy lubi hojną ręką rozdawać nagrody, częściej lubi karać.
Nie mam jasnej odpowiedzi też na pytanie, które zadaję sobie samej, kto tak naprawdę jest w tej książce tytułowym "niespokojnym człowiekiem". Mimo warstwy kryminalnej nacechowanej silnym politycznym akcentem, odnoszę wrażenie, że jest to tak naprawdę książka psychologiczna, dotykająca tego, co takie jest przecież oczywiste, a mianowicie rozliczeń ze swojego życia, kiedy jest się już blisko starości. Kiedy to zadajemy sobie oczywiste pytania "co w naszym życiu osiągnęliśmy? co po nas zostanie? czy warto było i jakie zostawimy po nas samych wspomnienia u innych?".
Tak więc ów niespokojny człowiek to jak dla mnie Kurt, który w tej ostatniej części zdaje się być jeszcze bardziej, niż zwykle niepewny siebie i swojej przyszłości, tego, co przyniesie mu życie, co będzie się dziać i jaką jemu w tym przyjdzie odegrać rolę. Czy czynnego działacza czy biernego obserwatora?
To interesujące studium odczuć osoby, która zaczyna zdawać sobie sprawę z choroby, która ją dotyka, ale i po prostu faktu oczywistego, że na pewne sprawy, wydarzenia, możliwości nie ma się czasu czy chęci i już się ich nie dokona.

Oprócz psychologicznej warstwy mamy tu jednak oczywiście i tę kryminalną. Tym razem akcja zaczyna się, kiedy Kurt dowiaduje się, że wkrótce zostanie dziadkiem. Poznaje więc zarówno przyszłego ojca wnuczki jak i jego rodziców. Ojciec partnera córki jest emerytowanym oficerem marynarki wojennej, który pewnego wieczoru opowiada Kurtowi pewną historię, która miała miejsce w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a która nie daje mu spokoju.
Wkrótce po tym, ów oficer zapada się pod ziemię. Znika i nie ma żadnego śladu zaczepienia co mogło doprowadzić do zaginięcia. Ba, nie wiadomo nawet czy w ogóle żyje on jeszcze. Kurt zaczyna więc swoje indywidualne dochodzenie w tej sprawie, które to dochodzenie poprowadzi go przez kręte meandry zarówno polityki, historii jak i ludzkich dramatów.

Mnie się ta książka bardzo podobała i ja daję jej ocenę 5.5 / 6.

Z wielkim zaś żalem żegnam się już z postacią samego Kurta Wallandera, którego to przez te kilka lat lektury bardzo polubiłam. Mam sentyment do postaci nie lukrowanych, mających swoje wady, wstydzących się czegoś ze swojej przeszłości, walczących ze swoimi osobistymi demonami. Jednocześnie budzących we mnie jakieś pozytywne uczucia chyba za tę właśnie normalność, zwykłość, podejmowanie walki ze sobą, życiem, własnymi słabościami.

Zainteresowanym podaję link do artykułu o autorze i samym Kurcie, który niedawno był w Gazecie Wyborczej.