Wspaniałego Nowego Roku 2011!

W ostatnim dniu starego roku życzę wszystkim czytelnikom Wspaniałego Nowego Roku 2011. Niech przyniesie wiele zdrowia, szczęścia, radości, spełnienie marzeń i planów.
Ci, którzy mają zamiar udać się na huczną zabawę życzę udanej zabawy, tym, którzy chcą spokojnie przywitać Nowy Rok, niech mają ten wymarzony spokój.
Przyznam się, że nie żegnam kończącego się roku z żalem, był dziwny i jednak trudny, a więc z nadzieją na o wiele lepszy przywitam 2011.

„Niespokojny człowiek”. Henning Mankell.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).
Przełożyła Beata Walczak-Larsson.
Tytuł oryginału Den orolige mannen.

Pożegnanie z Kurtem Wallanderem, tak można nazwać ten kryminał, co logiczne więc, będący ostatnim z serii opowieści o najbardziej chyba znanym mieszkańcem Ystad, policjantem zmagającym się z przestępcami, przeszłością i kłopotami, problemami z córką i zdrowiem, z życiem po prostu.

Czy jest to pożegnanie godne Wallandera? Nie umiem jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wśród opinii osób, które już książkę przeczytały, wyczytałam, że uważają one, że autor bardzo chciał się już pozbyć swojego bohatera. Bohatera, którego, co ważne, gdzieś to wyczytałam, sam autor nie bardzo lubi. Dla mnie to fenomen, stworzenie postaci literackiej, której się nie lubi i poprowadzenie jej przez tak przecież długą kryminalną serię.
Co zaś do samego pytania o "godność" pożegnania się z Kurtem. Cóż, ja sama nie odniosłam wrażenia, że autor bardzo chciał się go już pozbyć. Raczej nadał konsekwencje temu, co działo się w życiu Wallandera wcześniej. Czego sam bohater się mógł obawiać, a co niestety, staje się realne. Ale takie właśnie bywa życie, rzadko kiedy lubi hojną ręką rozdawać nagrody, częściej lubi karać.
Nie mam jasnej odpowiedzi też na pytanie, które zadaję sobie samej, kto tak naprawdę jest w tej książce tytułowym "niespokojnym człowiekiem". Mimo warstwy kryminalnej nacechowanej silnym politycznym akcentem, odnoszę wrażenie, że jest to tak naprawdę książka psychologiczna, dotykająca tego, co takie jest przecież oczywiste, a mianowicie rozliczeń ze swojego życia, kiedy jest się już blisko starości. Kiedy to zadajemy sobie oczywiste pytania "co w naszym życiu osiągnęliśmy? co po nas zostanie? czy warto było i jakie zostawimy po nas samych wspomnienia u innych?".
Tak więc ów niespokojny człowiek to jak dla mnie Kurt, który w tej ostatniej części zdaje się być jeszcze bardziej, niż zwykle niepewny siebie i swojej przyszłości, tego, co przyniesie mu życie, co będzie się dziać i jaką jemu w tym przyjdzie odegrać rolę. Czy czynnego działacza czy biernego obserwatora?
To interesujące studium odczuć osoby, która zaczyna zdawać sobie sprawę z choroby, która ją dotyka, ale i po prostu faktu oczywistego, że na pewne sprawy, wydarzenia, możliwości nie ma się czasu czy chęci i już się ich nie dokona.

Oprócz psychologicznej warstwy mamy tu jednak oczywiście i tę kryminalną. Tym razem akcja zaczyna się, kiedy Kurt dowiaduje się, że wkrótce zostanie dziadkiem. Poznaje więc zarówno przyszłego ojca wnuczki jak i jego rodziców. Ojciec partnera córki jest emerytowanym oficerem marynarki wojennej, który pewnego wieczoru opowiada Kurtowi pewną historię, która miała miejsce w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a która nie daje mu spokoju.
Wkrótce po tym, ów oficer zapada się pod ziemię. Znika i nie ma żadnego śladu zaczepienia co mogło doprowadzić do zaginięcia. Ba, nie wiadomo nawet czy w ogóle żyje on jeszcze. Kurt zaczyna więc swoje indywidualne dochodzenie w tej sprawie, które to dochodzenie poprowadzi go przez kręte meandry zarówno polityki, historii jak i ludzkich dramatów.

Mnie się ta książka bardzo podobała i ja daję jej ocenę 5.5 / 6.

Z wielkim zaś żalem żegnam się już z postacią samego Kurta Wallandera, którego to przez te kilka lat lektury bardzo polubiłam. Mam sentyment do postaci nie lukrowanych, mających swoje wady, wstydzących się czegoś ze swojej przeszłości, walczących ze swoimi osobistymi demonami. Jednocześnie budzących we mnie jakieś pozytywne uczucia chyba za tę właśnie normalność, zwykłość, podejmowanie walki ze sobą, życiem, własnymi słabościami.

Zainteresowanym podaję link do artykułu o autorze i samym Kurcie, który niedawno był w Gazecie Wyborczej.

poświątecznie…

…nie rzucę tu tradycyjnym zdaniem, którego można by się spodziewać, a które oznajmiało by nam prawdę oczywistą, że już po świętowaniu.
Mam nadzieję, że Wasze Święta były właśnie takie, jak oczekiwaliście przed, zależnie od tego, jakie kto miał potrzeby.
Nasze minęły bardzo przyjemnie, tak, jak chciałam, spokojnie, ale i z radością i optymizmem.
Mikołaj tradycyjnie mnie rozpieścił albo i po prostu, (taka prawda:) , byłam wyjątkowo grzeczna w tym roku.
Z książek, dostałam ciekawe wydanie wierszy Wisławy Szymborskiej na cd i dvd. Na cd są piosenki z tekstami jej autorstwa i czytane przez nią samą wiersze. Jest też film na dvd, który już widziałam, dokument o poetce, "Czasami życie bywa znośne". Bardzo to ciekawe, jak mi się to spodoba, to znaczy mam na myśli te czytane wiersze, sam film bardzo mi się podobał.
Dostałam też, z czego się ogromnie ucieszyłam, "Jak ryba w wodzie. Wspomnienia" Llosy i "Niespokojnego człowieka" Henninga Mankella.
Jest też coś dla ucha, dwie płyty, Duffy i Florence and The Machine" i coś dla ciała, czyli kolczyki z greckim wzorem meandra, co cieszy taką wielbicielkę Grecji, jak ja, zawieszka i fantastyczna bransoletka z działu biżuterii artystycznej, w której się dosłownie zakochałam parę miesięcy temu, kiedy kusiła mnie z okna galerii niedaleko nas otwartej.
Oczywiście nie obyło się bez uczucia obżarstwa, niestety. Taka uroda Świąt a raczej świętowania. Ale, raz w roku można poszaleć.
Atmosfera była dokładnie taka, jak chciałam i potrzebowałam, jednym słowem nie mogę narzekać.
Nawet tradycyjnie kolędowaliśmy. Nie wiem, czy lubicie kolędować w gronie rodzinnym, wiem, że nie u wszystkich się to praktykuje. U nas tak, z czego się cieszę. Może nie jestem gwiazdą i nie afiszuję się ze śpiewem, ale na dźwięk i słowa kolęd nie mogę się opanować i zaczynam wyśpiewywać. Moją ukochaną kolędą, w czym nie jestem oryginalna, bowiem ostatnio w radiowej Jedynce usłyszałam, że to ulubiona kolęda Polaków, jest "Wśród nocnej ciszy". Zawsze, kiedy słyszę pierwsze jej słowa niosące się w świat, coś ściska mnie za gardło. Nawet wiem, co, wzruszenie.
Druga kolęda, którą bardzo lubię, to "Bóg się rodzi" autorstwa Franciszka Karpińskiego. Bardzo ją lubię. Na trzecim miejscu też nie będę oryginalna, "Cicha noc" a potem "Lulajże Jezuniu".
A Wy? Macie swoje ulubione kolędy? Na pewno…

„Zimne wybrzeża”. Szczepan Twardoch.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2009).

I kolejna książka "podebrana" z tych, które nabył P. do własnej lektury. Ku mojemu zdziwieniu, mimo, że to sensacja wciągnęła mnie jak rzadko.
Uwielbiam w książkach czy to kryminałach czy właśnie sensacji jeden element. Otóż jest jakieś zamknięte, odosobnione miejsce gdzieś w świecie, grupa paru konkretnych osób, co do których każda zdaje się być z czasem kimś zupełnie, zupełnie innym niż ta, za którą mieliśmy ją na początku. I wydarzenie, które stawia na głowie życie danej małej społeczności lub poważnie je zaburza.
W książce Twardocha mamy do czynienia z późnymi latami pięćdziesiątymi XX wieku i początkiem bazy polskiej, a konkretnie Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie.
Spitsbergen tamtych lat zamieszkały był przez trzy nacje. Norwegów, którzy nim zarządzali, Rosjan, którzy zajmowali się tam górnictwem i Polaków, którzy na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego założyli tam swoją stację badawczą.
Oto więc książka zaczyna się w momencie, kiedy przybywa tam człowiek z paszportem brytyjskim, którego ani tożsamość ani narodowość nie jest do końca jasna. Przed zarządzającym terytorium gubernatorem jak również przed wszystkimi mieszkańcami wyspy występuje on jako naukowiec. Pracuje nad konkretnymi zagadnieniami, szybko jednak zostaje powierzone mu zupełnie inne zadanie, ma on bowiem wyjaśnić sprawę tajemniczego zaginięcia jednego z członków załogi Polskiej Stacji Polarnej.
Jak pisałam, nikt tu nie jest tym, za kogo jest brany, każdy ma tu jakieś tajemnice skrywane przed innymi, każdy ma uwierającą go przeszłość, która złą czkawką odbija się w teraźniejszości. I wpływa na rozwój wydarzeń.

Muszę powiedzieć, że sama książka oprócz mnie akurat ciekawiącej intrygi, która chociaż skomplikowana, wyjaśnia się na końcu zainteresowała mnie jeszcze pod innym kątem. A mianowicie zaciekawiła mnie sama tematyka Svalbardu i Spitsbergenu z jej wciąż działającą Polską Stacją Badawczą. Która ma nawet swoją stronę, oto ona.

To wydaje się być temat niezwykle ciekawy, być może dla niektórych zdawać się nudny, bo cóż może być do roboty na kawale lodu a jednak nie jest to takie oczywiste, mnie intryguje, w jaki sposób ta ziemia wciąż przyciąga do siebie ludzi, którzy zgadzają się żyć na niej w ciężkich przecież warunkach (mimo, że i tak współczesna technika czyni to życie o wiele, wiele łatwiejszym). Przyciąga i sprawia, że wielu z mogących tam pracować powraca na nią jakby przyciągała ich jakimś niewidocznym magnesem.

Moja ocena 5 / 6.

„Sztylet wenecki”. Jacek Joachim.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2009).

No, proszę. Nie sięgnęłabym, gdyby nie fakt, że książkę tę nabył sobie do czytania P. Przekonana, że to będzie jakaś sensacja nawet nie zainteresowałam się książką, gdyby nie fakt, że zaczęłam poszukiwać czegoś z kryminałów na własnej półce i wtedy P. podpowiedział mi tę właśnie książkę. I tak oto udało mi się przeczytać ją przed nim.
Znak wznowił wydawane w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kryminały piszącego pod pseudonimem Jacek Joachim (stanowiącym również dane osobowe zajmującego się śledztwami milicjanta z książek autora) Zbigniewa Kubikowskiego. Do tej pory z autorów kryminalnych z tamtych czasów znałam właściwie jedynie Joe Alexa, który to również był pseudonimem literackim. Widać, jak niegdyś traktowano ten gatunek literacki w Polsce, chyba z niechęcią a w najlepszym przypadku z przymrużeniem oka, skoro tak chętnie korzystano z pseudonimów literackich. Niesłusznie.
Obaj bowiem przywołani przeze mnie autorzy popełnili coś bardzo ciekawego i spełniającego warunki dobrego kryminału.
Ja cykl o Jacku Joachimie zaczęłam od książki przedostatniej, ale nie ukrywam, że nabrałam apetytu na zapoznanie się z jego wcześniejszymi książkami.
W "Sztylecie weneckim" jest atmosfera nieco zbliżona do tak lubianych przeze mnie kryminałów Agathy Christie, czyli jest rozpalone słońcem lato, które zdaje się mieszać w głowach, jest grono osób, które w większości się znają. Jest willa, w której całe to towarzystwo mieszka i pierwszy trup. Trup profesora historii, który ongiś nauczał Jacka Joachima. Joachim skręcił z drogi pasjonowania się historią w stronę milicji i śledztw, jednak na prośbę pewnych osób a i odpowiadając na własne chęci przybywa do willi profesora aby odkryć, kto i dlaczego zabił starszego pana. Czy powodem mogły być jakieś prace historyczne, którymi zajmował się jego dawny mentor czy też może w grę wchodziły jakieś sprawy osobiste? Tego Jacek Joachim będzie musiał się dowiedzieć.
Moja ocena tej książki to 5 / 6.

„Przesyłka dla kameleona”. Daria Doncowa.

Wydana w Wydawnictwie Videograf II. Katowice (2010).
Przełożyły Barbara Leszczuk. Ewa Skórska.

Pisałam już podczas recenzowania pierwszej części z serii o zabawnej i sympatycznej postaci amatorskiej pani detektyw, Eulampii Romanowej (zwanej przez bliskich Lampką)  o tym, że lubię czasem poczytać tak zwane bajki dla dorosłych. O ile romanse mi nie podchodzą, o tyle właśnie, może dla niektórych o dziwo, kryminały z Eulampią takową właśnie bajką mi się zdają. Jak już wspomniałam, przede wszystkim sama autorka lubi swoje własne postaci, tworzy kogoś, o kim pisze z sympatią. I tak, niektóre zbiegi okoliczności ratujące kogoś z naprawdę kiepskiej sytuacji są aż niemożliwe. Sympatia, wzajemne kontakty międzyludzkie zdają się być może nawet niemożliwe, a jednak do mnie to przemawia, ja to lubię. Lubię też Doncową za jej opisy współczesnej Moskwy i życia tak zwanego szarego człowieka. A wątek kryminalny, cóż, czasem może i nieco naciągany, czasem nieco niewiarygodny zdać się może, ale w całości jakoś mi się zgadza. Ja lubię jej książki za sympatyczny i z poczuciem humoru opis postaci i życia codziennego z wątkiem kryminalnym w tle.
Trzecia część serii o Lampce wydaje mi się nawet lepsza, niż poprzednia, jaką czytałam, czyli "Poker z rekinem".
Tym razem akcja zaczyna się od chwili kiedy jedna z mieszkanek domu, w którym od kilku lat mieszka Lampka, łamie nogę. Początkowo Julia trafia do szpitala, gdzie na sali leżą same młode osoby, atmosfera więc bardziej zdaje się być wesoła niż przygnębiająca. Do czasu, kiedy jedna z dziewczyn na sali umiera nagle, druga zostaje przeniesiona i wkrótce też okazuje się, że zmarła w nagły i dość niewytłumaczalny sposób. Spanikowana Julka wraca na własne życzenie do domu, a do rąk Eulampii trafia kluczyk do skrytki bankowej, w której znajduje ona list skierowany do brata drugiej zmarłej kobiety, która to przekazuje mu ogromną sumę pieniędzy. Lampka chce spełnić życzenie dziewczyny. Problemem jest jednak to, że brata trudno jest odnaleźć. A właściwie w pewnej chwili wydaje się to być niemal niemożliwe. Ale w końcu od czego jest dzielna Lampka?

Mnie pasowała, rozerwałam się przy niej, udało mi się nie raz uśmiechnąć, to było to, czego potrzebowałam.
Moja ocena to 5 / 6.

„Książę Mgły”. Carlos Ruiz Zafon.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2010).
Przekład Katarzyna Okrasko. Carlos Marrodan Casas.
Tytuł oryginalny El Principe de la Niebla.

To pierwsza, debiutancka powieść tak lubianego przeze mnie Carlosa Ruiza Zafona, która na polskim rynku ukazuje się sporo lat po pierwszej książce, jaka się ukazała, czyli "Cieniu wiatru". I muszę powiedzieć, że ten jego debiut zdecydowanie mi się podobał.
Sądzę, że książki Zafona adresowane są do ludzi, którzy lubią pewną magię opowieści, niekoniecznie logiczność i jasność odpowiedzi na pytania, raczej niedopowiedzenia, tajemnicę, często nawet mroczność, która unosi się nad historią podawaną nam w książce. Pewnie nie każdemu to pasuje, mnie tak, dlatego wiedziałam, że chętnie po tę książkę sięgnę i się nie zawiodę i tak właśnie było. Nie zawiodłam się.

Akcja książki nie dzieje się, do czego przyzwyczaiły nas chronologicznie wydane po niej książki w Barcelonie (nie ukrywam, wolę kiedy akcja ma miejsce właśnie w tym katalońskim mieście), a na wybrzeżu Anglii, gdzie pewna londyńska rodzina w czasie wojny wynosi się po tym, jak ojciec rodziny stwierdza, że tak będzie dla nich bezpieczniej.
Dom, w którym przyjdzie im zamieszkać obarczony jest pewną, niekoniecznie, jak się okazuje w czasie, optymistyczną historią.
Po przeprowadzce dzieci, dorastająca Alicja, Max i najmłodsza Irina początkowo nieufnie podchodzące do pomysłu przeprowadzki, zaczynają się powoli aklimatyzować mimo dziwnych wydarzeń jakie mają miejsce w nowym miejscu. Max i Alicja poznają młodego chłopaka, którego dziadek jest latarnikiem na wybrzeżu. Roland, młody znajomy, opowiada im o zatonięciu pewnego statku a dziadek chłopaka o tajemniczej postaci, która niby to zaginęła przed laty a której ponury cień wciąż jednak unosi się nad tym miejscem i ma wpływ na życie innych. O tym jak wielki, dowiedzą się sami i to bardzo szybko.

Mnie się podobała ta opowieść, mimo, że nie działa się w Barcelonie. Moja ocena to 5 / 6.